Mniejsze zło - część 10
"Nigdy nie widzi się wszystkiego, co można dostrzec" - STEPHEN KING - MROCZNA WIEŻA II
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
LV
Galhal szepnął coś niezrozumiałego i zielono-żółto-niebieskie pole magnetyczne wewnątrz portalu ożyło. Barwy oddzielały się od siebie i łączyły z powrotem tak szybko, że Amnebe ledwie nadążała za nimi wzrokiem. Kyias stanął tak blisko teleportu, że w jego źrenicach odbijały się falujące kolory. Był ubrany jak wojownik. Miał na sobie wysokie buty, brązowe spodnie, białą koszulę i czarny płaszcz, pod którym ukrywał miecz. Cirini zamieniła zieloną suknię na brązowe spodnie i szary sweter. Szyję miała ciasno owiniętą rzemykiem, na którym wisiał trójwymiarowy trójkąt. Amnebe nie miała pojęcia, jakie właściwości ma ten medalion. Widziała go pierwszy raz. Natomiast doskonale wiedziała, dlaczego Caod nosi medalion w kształcie ósemki. Talizman ten miał harmonizować świadomość i podświadomość, pomagać w osiągnięciu pełnej koncentracji. Dzięki niemu jej brat potrafił w ciągu sekundy rzucić nawet kilkanaście zaklęć. - Zaczynajmy! – powiedział Caod. Mimo protestów Amnebe ubrał długi, czarny płaszcz z kapturem. Setki lat temu czarodzieje chodzili tylko w takich strojach. – To moje dzieło, więc wskoczę pierwszy. - To i tak bez znaczenia – stwierdziła Cirini. – Nie dowiemy się, co się z tobą stało, dopóki nie wejdziemy do portalu. Galhal machnął lekceważąco ręką. - Nieważne. Wiemy, że portal działa i dokąd prowadzi. Idźcie już. I pamiętajcie, że teleportu nie da się przenieść. Tam gdzie się otworzy, pozostanie. Tylko z tego miejsca będziecie mogli wrócić. - Uważajcie na siebie – dodała Ryaia. – Tyko głupcy ryzykują, by nasycić swoją dumę. Caod pocałował ją w policzek i podszedł do portalu. Amnebe spojrzała na Ryaię i Laureain. - Wy też uważajcie. Wkrótce wrócimy, przynajmniej mam taką nadzieję – powiedziała, po czym ruszyła w stronę portalu. Coraz bardziej się wahała i czuła, że jeśli w ciągu kilku sekund nie przejdzie przez teleport, zrezygnuje z wyprawy. Caod skoczył, więc Amnebe wciągnęła głęboko powietrze i rzuciła się za nim w magnetyczną otchłań. Świat rozpadł się na małe kawałki i zaczął wirować.
LVI
Upadła na trawę i pierwszą rzeczą, jaką zobaczyła było szare, zadymione niebo. Amnebe nie łudziła się, że pochodzi z kominów. Widziała już takie niebo w książce z legendami o czarodziejach. Identyczne chmury powstawały w powietrzu zbyt przesyconym magią. Cirini wyleciała zza jej pleców i wylądowała kilka metrów przed nią. Jakimś sposobem utrzymała się na nogach. Pewnie już nie raz posługiwała się portalem, więc miała większą wprawę w lądowaniu. Amnebe wstała i rozejrzała się dookoła. Wszędzie znajdowało się mnóstwo drzew, ale rosły zbyt nieregularnie jak na las. Droga, która roztaczała się przed nimi także nie wyglądała na leśną. Była zbyt szeroka i kamienista. Trudno było stwierdzić, dokąd prowadzi. Ginęła kilka metrów dalej we mgle. Nagle coś rąbnęło ją w plecy i powaliło na ziemię. Błyskawicznie odwróciła się i wyszarpnęła zza pazuchy miecz. Kyias uniósł dłonie na wysokość twarzy. - To tylko ja. Przepraszam. - Nic się nie stało. Podała mu rękę. Dłoń Kyiasa była zimna jak bryła lodu. - Lepiej chodźmy – odezwał się Caod. – Wkrótce zorientują się, że tu jesteśmy. Zakładając, że jeszcze nie wiedzą. - Ilu czarodziei trzeba, żeby wytworzył się taki dym? – spytała Amnebe, spoglądając w niebo. - Trudno powiedzieć – Caod rozejrzał się dookoła. – Pięciu, może sześciu. - Albo jednego potężnego – stwierdziła Cirini. – Jeśli mamy iść, ruszajmy. Może uda nam się ich zaskoczyć. Amnebe przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinni wrócić do Antim i zorganizować większej grupy, jednak jeśli faktycznie gdzieś w pobliżu więziony był Amarth, ich odwrót mógł kosztować go życie. Kiedy czarodzieje dowiedzą się o ich obecności, zabiją go albo przeniosą w inne miejsce. - No to chodźmy – powiedziała i ruszyła za Caodem w mrok.
LVII
Mgła ograniczała widoczność do czterech metrów, więc poruszali się wolno. Amenebe starała się zwracać uwagę na każdy mijany krzak i drzewo, ale ponieważ rosły blisko siebie i miały gęste liście, nie była w stanie nic wypatrzyć. Nie zdziwiłaby się, gdyby ktoś specjalnie porozstawiał rośliny w ten sposób, by zza nich obserwować zbliżających się gości. Ścieżka, którą szli, była tak samo szeroka i wybrukowana jak na początku. Amnebe bardzo się to nie podobało. - Według mnie powinniśmy wejść do lasu – stwierdziła. - Zgubimy się – odparł Caod. Cały czas maszerował pierwszy, nikomu nie pozwalając się wyprzedzić. Cirini szła obok niego, a Amnebe i Kyias podążali za nimi. - Nie, jeśli znajdziemy jakiś punkt orientacyjny na niebie – Amnebe uniosła głowę. Kłęby dymu zasłaniały wszystkie gwiazdy, zakładając, że nadal byli na planecie, na której można je ujrzeć. - Spacer po magicznym lesie to… - Cirini urwała, szukając odpowiedniego słowa. – Niezbyt dobry pomysł. Amnebe była pewna, że czarodziejka ugryzła się w język. - Chciałaś powiedzieć głupota? Cirini obróciła się przez ramię i spojrzała na Amnebe. - Wiesz jak niebezpiecznie pułapki mogą się w nim znajdować? Kilkudziesięciometrowe doły przykryte iluzją liści. Zaostrzone pale spadające z drzew, liście rażące prądem. - A ten dziedziniec wydaje ci się całkowicie normalny, tak? Widoczność prawie zerowa, a droga pięknie wybrukowana, jakby pan tej magicznej krainki zapraszał nas do siebie. Możemy wejść w paszczę lwa i zorientować się dopiero, gdy nas połknie. - Możemy wyczarować ogień – stwierdziła Cirini, ponownie spoglądając do tyłu. Amnebe uchwyciła jej wzrok, ale nie potrafiła z niego odczytać myśli czarodziejki. Przypomniał sobie natomiast, że to ogień rozpalił konflikt między nimi. Było to na wycieczce w górach, na którą pojechali w czwartej klasie. Do szkoły w Antim uczęszczali zarówno młodzi czarodzieje jak i osoby nieposiadające zdolności magicznych. Wspólnie uczyli się przedmiotów podstawowych, a ci, którzy chcieli zgłębić tajniki magii, chodzili na dodatkowe zajęcia. Na wycieczkach obowiązywał zakaz używania czarów. Zwykle wszyscy się do niego stosowali. Tym razem także nikt nie pomyślałby o złamaniu zasad, gdyby nie głupia zabawa na orientację. Wychowawca, arcymag Cirmang, podzielił klasę na cztery grupy i każdą zostawił w innym punkcie lasu. Ta, która pierwsza wróciłaby do schroniska, miała dostać tort czekoladowy. Amnebe znalazła się w grupie z Cirini. Od początku im nie szło. Kręcili się w kółko i ciągle kłócili, którędy iść. Po godzinie było jasne, że się zgubili, po dwóch – że sami nie trafią do schroniska. Kiedy zaczęło robić się ciemno i zimno ktoś zaproponował, żeby użyć magii. Nie zależało im na deserze, byli zziębnięci i głodni, marzyli jedynie o ciepłym łóżku. Wymyślili, że jedna osoba mogłaby przy pomocy czarów unieść się kilkanaście metrów nad ziemię i poprowadzić resztę do obozu. Cirini się nie zgodziła, twierdząc, że czary nie służą ani do oszukiwania ani ułatwiania sobie życia. Teraz Amnebe słysząc coś podobnego, uszanowałaby słowa Cirini, ale wtedy nic nie zrozumiała. Była zła na czarodziejkę za głupi upór i na resztę grupy, że jej ulega. Kiedy po pewnym czasie natrafili na jaskinię Cirini zaproponowała, żeby w niej przenocowali i rano poszukali drogi powrotnej. Nikt nie miał na to ochoty, więc zaczęły się kłótnie. Cirini czuła, że nie przekona grupy, więc w pewnej chwili po prostu weszła do jaskini. Pozostali ruszyli za nią, nie przestając się spierać. Amnebe nie znosiła jazgotania, więc nie brała udziału w awanturze. Pewnie była jedyną osobą, która uważnie przyglądała się ścianom pieczary. Chociaż od razu wydały jej się mało stabilne, nie zareagowała. Sadziła, że takie wrażenie sprawiają wszystkie jaskinie. Dopiero kiedy tuż przed jej nosem oberwał się strop, zrozumiała, że to niekoniecznie prawda. Grupa wpadła w panikę i rzuciła się do wyjścia. Kilka osób oberwało kamieniami, ale poza tym nikomu nic się nie stało. Tyle, że to przepełniło kielich: ludzie mieli dość przygód i Cirini. Jeden z chłopaków, Reth, poinformował czarodziejkę, że niezależnie od tego co ona myśli, zamierza użyć magii. Cirini próbowała przekonywać, że będą bezpieczni w jaskini, jeśli nie wejdą zbyt głęboko, a Reth w odpowiedzi uniósł się do góry. Wskazał ręką drogę i wszyscy oprócz Cirini ruszyli za nim. Amnebe nazwała czarodziejkę idiotką, na co Cirini zareagowała odwracając się w stronę pieczary i wchodząc do środka. Amnebe na początku zamierzała zlekceważyć ją tak jak reszta klasy, ale doszła do wniosku, że Cirini przydałaby się nauczka. Namówiła kolegę z klasy, Gezena, by zaprószył w jaskini niewielki ogień. Miała nadzieję, że widząc płomień, Cirini wyleci z pieczary z krzykiem i popędzi za Rethem. Jednak Gezen przesadził. Pożar, który wybuchł odciął Cirini od wyjścia. Dla czarodziejki ziemi, znającej tyle zaklęć co Cirini wydostanie się z takiej pułapki nie było problemem. Amnebe bała się, ale nie wpadała w panikę. Gezen natomiast stał się kłębkiem nerwów. Maszerował przed jaskinią, wrzeszcząc, że nie ma pojęcia, jakim czarem ugasić ogień. W pewnym momencie ziemia zadrżała, a z jaskini zaczęły wylatywać grudki ziemi. Amnebe odciągnęła Gezena na bok i ze strachem patrzyła na to, co się działo. Zaczęłaby wzywać pomoc, ale Gezen darł się tak głośno, że jej głos nie przebiłby się. Po chwili jednak ogień zaczął słabnąć, a zaraz potem z jaskini wyszła Cirini. Była cała czarna i trzęsła się jak w febrze. Amnebe ruszyła w jej stronę, ale widząc wzrok czarodziejki, zatrzymała się. Cirini była równie przerażona co wściekła. Patrzyła na Amnebe tak, jakby chciała ją udusić. Zanim Amnebe zdążyła wykrztusić: przepraszam na polanie pojawiła się ich grupa. Ktoś teleportował się po Cirmanga i powstało straszne zamieszanie. Amnebe była pewna, że wyrzucą ją ze szkoły i biednego Geneza także, ale tak się nie stało. Cirini powiedziała, że próbowała rozpalić ogień i przypadkiem podpaliła swój płaszcz. O dziwo wszyscy uwierzyli. Od tamtej pory Amnebe czekała na zemstę Cirini. Na początku się bała, potem dziwiła, że czarodziejka nic jej nie zrobiła, a w końcu przestała o tym myśleć. Jednak nie mogła pozwolić sobie na to, by zapomnieć, bo czarodzieje o niczym tak dobrze nie pamiętali, jak o wyrządzonych im krzywdach. Cirini mogła tylko odroczyć zemstę. - … odkryją. Jak myślisz, Amnebe? – oczywiście nie miała pojęcia o co chodzi Caodowi. - O czym? Brat odwrócił się i posłał jej złowrogie spojrzenie. - To chyba nie najlepszy moment na bujanie w obłokach, nie sądzisz? Wydaje mi się, że ogień powiadomi wroga o naszej obecności. Co ty na to? Mamy go zapalić czy nie? - Nie – odpowiedziała. Żałowała, że nie widziała twarzy Cirini.
LVIII
Mniej więcej po kwadransie, mgła znikła. Niebo ciągle było pochmurne i zadymione, ale zrobiło się na tyle jasno, by mogli dostrzec koniec ścieżki. Prowadziła wprost na żwirowy plac, w centrum którego stała czteropiętrowa willa. - Chyba… - słowa Caod zagłuszył grzmot. Amnebe spojrzała w niebo i zobaczyła, że dwie błyskawice lecą prosto na nich. Rzuciła się w prawo, ciągnąc za sobą Caoda. Kyias i Cirini odskoczyli w lewo. Pioruny rąbnęły w ziemię między nimi, tworząc dwie głębokie dziury. Zanim zdążyli się podnieść, na niebie pojawiły się kolejne błyskawice. - To musi być ten dom ze snu Yavethina! – krzyknął Caod, zrywając się do biegu. Rzeczywistość różniła się od rysunku wuja, ale i tak nie sposób było nie zauważyć podobieństwa. Po raz pierwszy uwierzyła, że może spotkać się z dziadkiem. Popędziła w ślad za Caodem, podobnie jak pozostali. Błyskawice rozwaliły ziemię za jej plecami. Nie odwróciła się, by się przekonać, jak niewiele brakowało, żeby ją trafiły. Powietrze rozerwał kolejny huk, a na niebie pojawiały się następne pioruny. Było ich co najmniej tuzin i spadały z różnych kierunków. W tym samym czasie od strony domu zaczęły nadlatywać kule ognia. Amnebe nie miała pojęcia co robić. Od willi dzieliło ją jeszcze dwieście metrów. Kyias wysforował się naprzód i parł do przodu niczym torpeda, ale nawet on nie miał szans zdążyć. Nagle Caod zatrzymał się, uniósł ręce do góry i wykrzyczał zaklęcie. To samo zrobiła Cirini. Nad ich głowami pojawiły się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Mgła
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…