Moja Apokalipsa
Przeżyć własny Koniec Świata... Oceniajcie
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
23 października, godz. 10.00
- Nie wierzę, że udało nam się to zaliczyć! – powiedział młody mężczyzna, przekrzykując gwar małej grupki studentów wychodzących z gmachu uczelni. - Ja też nie!... – odrzekła będąca w tym samym wieku dziewczyna. – Uff... w końcu trochę odpoczynku. Magda, idziesz z nami do pubu? – zapytała ostrożnie idącej z nimi, ubranej elegancko, ale całkowicie na czarno koleżanki. Magda zawahała się chwilę, ale powiedziała: - Tak, mogę iść na trochę. Ale niezbyt długo, bo muszę jeszcze skoczyć do szpitala. - Jeszcze coś z mamą? – szepnęła przyjaciółka Magdy. - Nie – odrzekła i uśmiechnęła się lekko. – Z mamą już... już załatwione. Nie... tydzień temu oddałam krew do badania. Czuję się ostatnio jakoś... słabo. Idę po wyniki. - Spoko, Madziu – powiedział chłopak, który zaczął rozmowę. – Wszystko będzie okej! Teraz idziemy się upić!... Mimo niedawnej śmierci mamy, Magda była zadowolona – udało jej się zdać egzamin, tytuł magistra już w kieszeni. Taka mała osłoda po osobistej tragedii. Siedziała wyciszona i patrzyła z uśmiechem na szczęśliwych kolegów, do których fortuna puściła oko. W końcu wstała, pożegnała się ze wszystkimi i ruszyła w kierunku kliniki.
Judyta wyszła z domu z uśmiechem na ustach. Była zmęczona po nieprzespanej nocy – jej maleńki synek właśnie zaczął ząbkować i, jak to określił jej mąż, "odchodziły niezłe jazdy", ale była szczęśliwa. Weszła do samochodu, odpaliła i ruszyła. „Dzisiaj tylko jedna rozprawa, mam nadzieję, że pójdzie szybko”, pomyślała. Po pół godzinie dojechała do sądu. Wpisała się na listę i szybko skierowała się do swojego gabinetu. Po chwili weszła protokolantka z plikiem dokumentów. - Dzień dobry, Wysoki Sądzie, oto akta sprawy – powiedziała. Judyta kiwnęła głową. Po chwili udała się na wokandę. - Godzina jedenasta, państwo Nowakowie, sprawa o rozwód i podział majątku. Judyta patrzyła znad okularów na wchodzące małżeństwo – jeszcze małżeństwo. On – dumny i wyprostowany, ona – przygarbiona i załamana. Poczekała aż zajmą miejsca. - Otwieram przewód sądowy... Zaczęło się całkiem rutynowo, zwyczajnie, normalnie, jeśli takim określeniem można opisać rozstających – a kiedyś kochających się – ludzi.
- Olek, wołaj dzieci, jedźmy już, bo się spóźnimy! – krzyknęła przysadzista pani o pogodnych oczach w kierunku drzwi wejściowych do domu. - Dobrze, mamo! – odrzekł wysoki mężczyzna w okularach. Po chwili krzyk trójki małych dzieciaków rozdarł powietrze na posesji. Maluchy wypadły z domu i podbiegły do samochodu. Gwar był ogłuszający. - Babciu, babciu! A pojedziemy do „McDonalda”?! - Uspokójcie się!... – powiedział Olek. – Pojedziemy, ale najpierw udamy się na mszę. - Pomodlić się za mnie, prawda tato? – zapytał najmłodszy z trójki. - Tak, syneczku – odrzekł Olek. – Żebyś był zdrowy i żeby Pan Bóg ci pomagał. A później będziemy świętować twoje urodziny w restauracji. Co ty na to? - Super!... – odrzekł chłopczyk z błyskiem szczęścia w oczach. Po chwili już jechali, z przedmieść kierowali się ku centrum. Po kilkunastu minutach byli przed kościołem. Olkowi nic nie robiło tak dobrze na duszy, jak rozpieszczanie swoich dzieci i codzienna modlitwa. Wtedy był naprawdę szczęśliwy, czuł błogie ciepło na sercu.
Andrzej obudził się, ale nie otwierał oczu. Przez chwilę jeszcze raz próbował przeżyć przepiękny sen, jaki zrodził się w jego głowie kilka minut wcześniej. Nie pamiętał go zbyt dobrze, wiedział tylko, że był piękny, optymistyczny, dający nadzieję i otuchę. W końcu uznał, że trzeba wstać. - No, myślałem, że będziesz gnił do południa – powitał go chrapliwy głos. Andrzej spojrzał się z pogardą na swojego współtowarzysza, który siedział z założonymi nogami na zniszczonym taborecie. Odrzucił dziurawy koc i wstał ze sterty kartonów, które przez całe lato były jego łóżkiem. Było słonecznie, ale w wietrze czuć już było nadchodzącą jesień. - Niedługo trzeba będzie się przenieść do schroniska... – powiedział cicho, jakby do siebie. - Eee... – machnął ręką mężczyzna siedzący na taborecie. – Pójdziemy na dworzec, tam przynajmniej nie każą ci wstawać o siódmej rano. Idź lepiej po żarcie, zamiast filozofować. Andrzej nic nie odpowiedział, sznurował buty. Wstał i nie oglądając się za siebie wyszedł spod mostu. Szedł powoli wzdłuż rzeki, rozmyślając o swoim śnie. Wszedł po schodach na chodnik i przeszedł przez ulicę. Wszedł do parku i rozejrzał się wokoło – grzebanie w śmieciach wciąż było dla niego upokarzające. Podszedł do jednego i przemieszał w jego zawartości. Nic nie znalazł. Podszedł do kolejnego. Znowu nic. „Cholera, znów przyjdzie się prosić”, pomyślał. Zamieszał ręką w jeszcze jednym. Na samym dnie coś wyczuł. Było nieduże i zawinięte szmatę. Wyjął to z kosza. Ponownie rozejrzał się wokół siebie i rozwinął materiał. Zaparło mu dech w piersi. Szybko skierował się w kierunku swojego „domu”.
23 października, godz. 13.00
Magda czekała na korytarzu w szpitalu. Rozmyślała o reakcjach kolegów ze studiów na wieść o zdaniu egzaminu, o swojej przyszłości, o firmie, w której zamierzała złożyć podanie o pracę, o tym jak bardzo ucieszyłoby to jej mamę... Zatopiła się w swoich myślach. Nie wiedziała, że kilka metrów od niej, za ścianą, jej znajomy lekarz przeżywa prawdziwy dramat, moralny dylemat, czy raczej to, czego w swoim zawodzie naprawdę nie lubił – informowania o złych i przykrych dla pacjentów wiadomościach. Wreszcie, po prawie godzinie rozmyślań poprosił dziewczynę do siebie. Magda spokojnie weszła do gabinetu. Uśmiechnęła się na powitanie. Młody doktor nie wiedział jak zacząć rozmowę, patrzył na nią półprzytomnie, wiedział, że jej matka zmarła zaledwie kilka tygodni temu, a teraz jeszcze to...
Judyta z niedowierzaniem patrzyła na to, w jaki sposób zachowuje się
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Veron
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…