Wróć do katalogu

Murdo

Tajemnicza historia człowieka, który znalazł się tam, gdzie nie powinien.

DoktorUboot, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Jestem już kilka dni w drodze z Seattle do Milwaukee. Nie czuję się ani trochę zmęczony. Moje odrobinę zbyt drogie auto samo się prowadzi. Mijam unieważnione przez noc bezludne i pagórkowate okolice, należące do stanu Dakota. Jest ze mną Billy, czarny golden retriever. Śpi na tylnej kanapie. Megan mówiła, żebym go nie zabierał w tak długą trasę. Myślę o niej i o jej coraz większym brzuchu. Piąty miesiąc, imię wybrane - po prostu Jane.

Jest około pierwszej w nocy. Mam przy fotelu wielki kubek kawy, wciąż jest prawie pełny. W ogóle nie chce mi się spać, czuję się odprężony, zrelaksowany. Nocą wreszcie udaje mi się choć trochę uspokoić nerwy. Nikt nie dzwoni, nie zawraca głowy.

Stukam palcami po kierownicy, nieszkodliwa i nie dająca się sprecyzować muzyka, sączy się z głośników i lawiruje sobie gdzieś w tle na granicy słyszalności.

Nagle tuż przed moją maską wybuchają dwa przednie reflektory. Ułamek sekundy. Tego samochodu zdecydowanie nie powinno tam być, a już na pewno nie miał prawa jechać wprost na mnie po tym samym pasie.

Nie słyszę huku wywołanego zderzeniem, nie słyszę jęku gniecionych blach, pisku opon. Nagle po prostu wszystko znika, jakby wcześniej nie istniało nawet przez jedną sekundę.

Mimo wszystko jakiś wewnętrzny głos z dużą dozą pewności podpowiada mi, że nie umarłem.

---

Wątłe echo pobudzonej rozmowy dobiegało do mnie z trudem, jakby musiało przebijać się przez grube stalowe ściany. Instynktownie zamrugałem oczami, trochę jak człowiek gwałtownie przebudzony z głębokiego snu na więziennej pryczy. Oślepiły mnie dwie latarki trzymane przez dwa ciemne i rozmazane człekopodobne kształty. Ta z prawej ani drgnęła, uparcie mierząc we mnie nieruchomym i ciekawskim snopem. Ta z lewej krążyła niespokojnie we wszystkich kierunkach, nie odsłaniając niczego konkretnego, jedynie ponownie mnie oślepiając. W końcu w odruchu obronnym przysłoniłem oczy dłonią.

- Witamy w hrabstwie Jones - odezwał się kontur po prawej. Zabrzęczała w tym powitaniu ironia podszyta skrywaną histerią. Głos witającego miał lekką chrypkę.

- Przecież widzimy, że żyjesz, bo ruszasz powiekami i przestraszyłeś się światła. Wszystko chyba z tobą w porządku - sucho stwierdził głos z lewej. Był to głos nieco wyższy, lecz również niewątpliwie męski.

- Myślicie, że jak jesteście z Nowego Jorku to wszystko wam wolno, nie? - kontynuował głos prawy. - A tak w ogóle, to jesteś aresztowany. Evans, powiedz mu o jego prawach.

Siedziałem w rozbitym samochodzie. Szyby poleciały w drobny mak. Pasy nie puściły, przede mną leżał smętnie biały flak poduszki powietrznej. Ci dwaj stali po bokach mojego auta i wspomagając się latarkami zaglądali do środka przez pozostałości szyb w przednich drzwiach. Ten z lewej, w kanciastej czapce i bluzie od munduru, wyglądał na prowincjonalnego krawężnika. Facet z prawej przypominał sfrustrowanego nauczyciela ze szkoły średniej. Niski, grubawy, mocno łysiejący. Ubrany w niemodną szaroburą kurtkę. Na czole kręciła mu się strużka wspomnienia po grzywce. Obaj mieli sino-czerwone oblicza od migającego gdzieś w oddali policyjnego koguta. Policjant o nazwisku Evans przerzucił gumę na drugą stronę żuchwy i z dziwacznym uśmieszkiem na twarzy wyrecytował:

- Masz wszystkie możliwe prawa, nowojorczyku. Możesz mówić co chcesz, a i tak nic ci to nie pomoże. Wpieprzyłeś się właśnie w poważne kłopoty. My postaramy się jeszcze dodatkowo ci zaszkodzić. My, to znaczy ja, i pan prokurator, Ollson.

Nie miałem zielonego pojęcia, o co mu chodzi. W czasie gdy paplał, poruszyłem obiema nogami i rękami. Bardzo chciałem przekonać się, czy będę mógł chodzić, bo miałem wyraźne poczucie odrętwienia kończyn, lecz chyba nie doszło do żadnego paraliżu. Wszystko wskazywało że wziąłem udział w wypadku samochodowym, a urazy kręgosłupa i głowy są najbardziej niebezpieczne. Tak podpowiedział mi z urzędową skrupulatnością mój własny instynkt. Poza tym nic mnie nie bolało. Pomacałem twarz dłonią. Dłoń była na szczęście sucha, ani śladu krwi.

Prokurator Ollson nie doczekawszy się ode mnie żadnej reakcji, chrząknął znacząco, zapewne dla zbudowania większego napięcia. Siląc się na niedbały ton, rzucił:

- Twój kolega miał mniej szczęścia.

I przekierował światło latarki na boczny fotel. Obok mnie siedział nieznany mi człowiek o azjatyckich rysach i skośnych oczach. Miał śmieszną łysą głowę, na krańcach ust hodował cienkie wąsiki, na podobieństwo mistrzów kung-fu ze starych filmów. Był dziwnie przekręcony w bok, mogłoby się wydawać, że złośliwie się na mnie gapi. Jego wzrok mówił o nim wszystko. Trup.

- Dobra, szanowny panie - powiedział policjant, irytująco ciapiąc gumą. - Nie chcemy tu siedzieć do rana. Skoro już znaleźliśmy cię w aucie z szefem chińskiego gangu, to może nam się przynajmniej ładnie przedstaw. Na razie wiemy tylko tyle, że jesteś z Nowego Jorku. Tak czy siak, masz tamtejsze blachy. Skąd ty się tutaj w ogóle wziąłeś?

Skończył swoje z zaciętą miną, splunął jeszcze w bok. Wtedy wreszcie usłyszałem swój własny, zaskakująco spokojny, głos:

- A skąd mam wiedzieć?

--

Siedziałem drugą godzinę na twardym i niewygodnym krześle wpatrując się w jaśniejący kwadrat okna. Policjant Evans przywiózł mnie około godziny siódmej rano na komisariat strzegący prawa w małej mieścinie o nazwie Murdo. Komisariat to zresztą w tym wypadku przesadnie szumna nazwa. Był to po prostu zwykły drewniany domek, zdążyliśmy minąć dziesiątki jemu podobnych przez ledwie kilkanaście minut jazdy wysłużonym radiowozem. Od reszty otoczenia odróżniała go amerykańska flaga wisząca na niezbyt prostym maszcie i spora antena na dachu.

Zanim tam dojechaliśmy, zahaczyliśmy jeszcze o policyjny parking, gdzie odholowano rozbite auta. Ten w którym siedziałem wraz z moim nieznanym mi skośnookim "przyjacielem" oraz ten, na który rzekomo wpadłem, ponieważ zasnąłem za kierownicą - taka bowiem wersja wydarzeń wyłoniła się spomiędzy bełkotliwej i rwanej relacji Evans'a. Bordowe combi miało ledwie wgnieciony przód i zbite przednie reflektory. Gorzej wyglądał grafitowy sportowy mercedes na nowojorskiej tablicy. Jakby zderzył się z półciężarówką, auto nadawało się praktycznie do kasacji. Ponieważ milczałem, na każde pytanie reagując mimowolnym wzruszeniem ramion, Evans podstawił mi w końcu pod nos protokół do podpisania. Nie wiedziałem, co tam wpisać, więc mimo spętania rąk kajdankami, wykonałem fikuśnego lecz w miarę udanego bazgroła, na co mundurowy wykrzywił usta w grymasie ni to uśmiechu, ni to kpiny. Na komisariacie oddał mi do dyspozycji stare krzesło, rozkuł mi ręce - co bardzo mnie zdziwiło, ale nie dałem tego po sobie poznać - i przyniósł w papierowym kubku coś, co nazwał nie wiedzieć czemu kawą. Zapytałem go, dlaczego mnie nie zamknie za jakąś kratą skoro jestem podejrzany. Nic na to nie odpowiedział, teatralnym gestem rzucił na blat swój służbowy pistolet, rozwalił się za swoim biurkiem i przez bitą godzinę oglądał na podwieszonym do ściany maleńkim telewizorku powtórkę bzdurnego show, w którym różni dziwni ludzie śpiewali piosenki, a czteroosobowe nieme jury za pomocą ruchu ust - telewizorek chyba miał popsuty głośnik - oceniało te występy. Dopiero po mniej więcej kwadransie Evans zaszczycił mnie przelotnym spojrzeniem, którego z całą pewnością nie dawało zaliczyć się do gatunku przyjaznych.

- Masz przesrane nowojorczyku - wycedził cicho i prawie się oblizał na samo wyobrażenie moich przyszłych cierpień. Przesunął też rewolwer bliżej siebie, patrząc mi głęboko w oczy. Uśmiechnąłem się do niego, co sprawiło że szybko przeniósł swój wzrok na telewizor.

W końcu nastał pełnoprawny poranek. Za oknem jasne elewacje sąsiednich domków rozbłysły od cytrynowego słońca. Usłyszałem odgłos nadjeżdżającego auta. Po chwili otworzyły się rozklekotane drzwi wejściowe. Stanął w nich znany mi już człowiek w szaroburej kurtce - prokurator Ollson. Teraz jego twarz wyglądała jakoś inaczej. Była to twarz osoby zdecydowanej na ostateczne rozwiązanie głęboko trapiącego go zmartwienia. Kilka godzin wcześniej, tam, na autostradzie I-90, sprawiał wrażenie histeryka. Evans przywitał go znudzonym spojrzeniem. Splótł ręce na piersiach i całą mocą mowy ciała dał do zrozumienia, że nic innego niż jego telewizorek go w tej chwili nie interesuje.

Ollson bez słowa złapał za oparcie drugiego krzesła, które stało sobie dotąd spokojnie w kącie, postawił je jakiś metr przede mną i ciężko usiadł. Wbił jadowity wzrok prosto w moje oczy.

- Już mi wszystko przekazali - zaczął - udajesz, że nic nie pamiętasz, i nie wiesz kim jesteś. Bardzo oryginalne, muszę powiedzieć. W co piątej książce i w co drugim filmie ktoś traci pamięć. A teraz trafiło na ciebie, biedaku...

Zrobił pauzę, pewnie po to żebym zaczął się bronić. Milczałem.

- Dobra - gadał dalej - zbierzmy do kupy to, co mamy. Nasz kochany Evans zadzwonił do mnie w środku nocy, że ma wypadek na autostradzie. Kazałem mu się stuknąć w łeb, mam ważniejsze sprawy na tym zadupiu. Uparł się jednak. Mówi, że dostał nagłe wezwanie - dwa auta poszły na czołowe zderzenie. Grafitowy mercedes cls i bordowa toyota w wersji combi. W grafitowym mercedesie nie było nikogo. W toyocie natomiast zastał dwóch gagatków. Ciebie, czyli człowieka bez pamięci, oraz gościa, który znany jest tu w okolicy jako Abraham.

Przerwał na sekundę i jeszcze mocniej przyszpilił mnie wzrokiem. Chyba badał, jak zareaguję na podany mi pseudonim.

- Abraham... Jeden z miejscowych łobuzów, z którym nie możemy dać sobie rady. Wysoko postawionych łobuzów. A obok niego, a właściwie jego zwłok, jako kierowca, ty. Nasz pan tajemniczy. Nie masz przy sobie żadnych dokumentów. Sprawdziliśmy po rysopisie. Nikt cię nie poszukuje, ani nikt nie zgłosił przestępstwa, w którym mógłbyś brać ewentualny udział. Oczywiście w każdej chwili możemy takie znaleźć i dopasować do ciebie, tak żeby pasowało idealnie, perfekcyjnie. Na razie jednak wyjaśnij nam jedną podstawową kwestię. Co cię łączy z tym wesołym żółtkiem?

- Nawet gdyby mnie coś łączyło, to nie mam pojęcia, co. To już musi pan ustalić - odparłem spokojnie.

- Zrobię to, proszę być pewnym. No dobrze, ale skoro nie wiesz kim jesteś, to musimy stworzyć dla ciebie jakieś dane osobowe. Nazwiemy cię roboczo Adolf Hitler, co ty na to?

- W porządku, niech będzie, z niczym mi się nie kojarzy.

Ollson na te słowa zerwał się z krzesła. Podszedł do biurka za którym siedział mundurowy i rzucił sucho:

- Dawaj tę armatę, Evans.

Evans zarechotał ironicznie, jakby usłyszał dobry żart. Ollson jednak nie zamierzał się uśmiechać. Powtórzył raz jeszcze, niczym do krnąbrnego ucznia:

- Daj mi broń.

Policjant spoważniał. Wyjął z kabury swój służbowy pistolet i podał go prokuratorowi. Ten pokazowo go odbezpieczył, celując lufą w sufit, jak na filmach kryminalnych.

- Wynoś się stąd - burknął, nie patrząc na mundurowego, który gapił się na niego z głupawą miną.

- Panie prokuratorze...

- Won! Nie chcę mieć tutaj żadnych świadków.

Evans spojrzał trwożliwie na Ollsona, potem na mnie.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych