"Nadchodzące cienie" - rozdział II
Ciąg dalszy "Wielkiego sojuszu". Inny Strażnik Królestw, Balmir, dowiaduje się o nadchodzącym cieniu. Nie wie jeszcze, jak wiele zależy od jego osoby. Czy zdąży, zanim nadejdzie mrok? ...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
ROZDZIAŁ II – „NADCHODZĄCE CIENIE”
Gdzieś, w małej przejezdnej karczmie „Na końcu świata” w najlepsze trwała zabawa i hulanka. Głosy pijanych wędrowców i przybyszów grzmiały, jak wielka trąba, wprawiając szyby w oknach w drżenie. Z pojedynczego komina płynęła w górę samotna struga dymu, roztaczając wokół budynku smakowity zapach pieczonej baraniny i podsmażanej cebuli. Zaledwie kilka okien, cztery ściany i mała stajnie wchodziła w cały kompleks karczmy, jednak w zupełności wystarczało to do tego, aby się dobrze zabawić i odpocząć. Ważne, że w środku było piwo i wino, dlatego też szynkwas oblegał żywy mur spragnionych alkoholu mężczyzn, który w ich głowach już nieźle namieszał. Atmosfera była nadzwyczaj przyjemna i miła. Po sali na zmianę ganiało kilka dziewcząt, kołysząc w swych obfitych biustach kufle spienionego piwa. Ciemna postać w kącie, w milczeniu przyjęła posiłek i kolejny kufel. Ciemne oczy błyszczały temu jegomościowi spod przepastnego kaptura, skutecznie utrzymując ciekawskie spojrzenia w ryzie. Mężczyźni przy barze głośno wznieśli kolejny toast gospodarza, chwaląc go za przedni alkohol i piękne dziewczyny, nie dbając o to, że właśnie jakiś mały smark gwizdnął jednemu z nich sakiewkę, przyjemnie pobrzękującą złotymi monetami. Mężczyzna w kącie z uśmiechem patrzył na tę scenę, pozdrawiając malca gestem. Z przeciwległej ściany, na uczestników biesiady padał przyjemny żar z płonącego ogniska. Żarzące się polana przyjemnie trzaskały, co rusz rzucając w tłok sali piuropusze dymów i iskier. Sęki ogromnych bali co jakiś czas łamały się obwicie, a skwierczenie tłuszczu i smalcu przybierało na sile. Dym z licznie palonych ówdzie fajek, przybierał fantastyczne kształty, płynąc wolno we wszystkich kierunkach pomieszczenia. Kilku wesołych niziołków rozweselało towarzystwo, śpiewając jedną ze swoich zabawnych piosenek, co rusz wymachując nogami i machając rękoma we wszystkich kierunkach. Nic dziwnego więc, że jeden z klientów stracił nagle kapelusz, a drugi kufel spienionego piwa. Nagle dwaj wesołkowie, stojący na dębowym blacie, podjęło najweselszą z wesołych pieśni, mówiącą o złym leśniczym, który zamiast zwierza upolował sobie kapelusz. Wnet wszystkie usta zagrzmiały tą pieśnią.
Hej, las cię woła, Hej, las cię słyszy. Przywlec matoła, I innych przybyszy. Wykołować wszystkich, To nie dla nas sztuka. Pozdrów swych bliskich, Nikt cię nie odszuka.
Nie idź więc do lasu, Zapal fajkę zawczasu. Być może czas, Też już poszedł w las!
Hej, stąpię sarna, Hej, tu dzik burczy. Zdobycz to marna, Brzuch ci się skurczy! Popatrz na drzewa, Spójrz no w te lasy. Tu idzie śpiewak, Tu echo i basy!
Nie idź więc do lasu, Barki swe rozmasuj. Łuk odwieś na półkę, To nie idzie w spółkę!
Hej, gdzie twój rozum, Hej, gdzie twoja głowa? To nie jest sposób, Radzi mądra sowa! Chleb ci wystarczy, Trochę woskowego pszczelu.(chodziło mi o miód, lecz nie znalazłem odpowiedniego rymu:P) Wygrasz w te karty, Zielony kapelusz!
Cała izba wypełniła się gromkim śmiechem, a pewien hojny podróżnik tak się rozweselił, że postawił wszystkim pozostałym okupantom szynkwasu kolejkę. Nawet tajemniczy mężczyzna nie mógł się nie zaśmiać, gdyż takie piosenki były najlepszą zabawą i żartem jakie mógłbyś sobie wówczas wymarzyć. W sali znów zapanował normalny rozgardiasz, huk i szum. Dziewczęta uwijały się z trudem w steku zamówień, jednak co chwila uśmiechając się życzliwie i mile. Nagle drzwi oberży otworzyły się z trzaskiem, a do środka hucznie wkroczyła kilkuosobowa kompania mężczyzn w różnym wieku, którzy wyposażeni byli w różnorakie instrumenty muzyczne. Od razu sala wybuchła entuzjazmem i radością, gdyż przybyła z dawna wyczekiwana kompania minstreli, czyli wędrownych grajków i śpiewaków. Mężczyźni od razu przykuli wszystkie spojrzenia, a uśmiechali i kłaniali się życzliwie i uprzejmie. W końcu jeden z nich wystąpił i tak oto przemówił: - Powitać dobrodziejów biesiadników i dobrodzieja gospody! Panienki, prosimy na stolik antał piwa i wina, a do tego baranka całego, tylko proszę pamiętać – mało pietruszki, a dużo cebuli! - Ty, Młody zjadłbyś sam tego baranka i wypił wszystkie beczki piwa w tej zacnej gospodzie, poprosimy więc panienki nie jednego, lecz o dwa pełne baranki, a antałków co najmniej trzy. – powiedział drugi mężczyzna z kompani. Ten miał łysą głowę, lecz buzię tak życzliwą i przyjazną, że od razu zyskał wszystkich przychylność. Wnet rozległy się zaproszenia biesiadników: - Proszę do naszego stołu, panom muzykantom, prosimy. Nie będziecie sami siedzieć, już piwo zimne czeka, już baran tłuszczem kapie i ocieka. Prosimy do nas! - Prosimy do nas! Nasza lepsza kompania! - Pod szynkwas! Pod szynkwas! Tu najlepsza atmosfera, tu najgorętsze dziewczęta! - Zamknijcie się! Oni do nas pójdą, tu najlepsze towarzystwo! - Hoho, dobrzy mosterdzieje – zaśmiał się jeden z muzyków. – Gdybyśmy mieli wysłuchiwać wszystkich waszych okrzyków i zaproszeń, zima by przeminęła, lato odeszło, a nawet i wtedy byśmy nie zaczęli grać ni jednej nuty. Zasiądziemy sami, tu w kącie, obok tego zacnego jegomościa w kapturze. Tu bowiem jest najspokojniej, atmosfera nie burzliwa, a jegomość Strażnikiem się być zdaje, przeto wieści nowe wymienimy. Tymczasem prosimy o baranki i antałki, ani chwili nie omieszkajac. Zaraz będzie koncert! W sali rozległy się wiwaty i gwizdy, a podniecona publiczność wzniosła nowy toast. Ciemna postać w kącie znała tą wędrowną grupę. Widziała ich już w dworze królewskim i książęcym w Amandarze i Gindldorze, a w późniejszych czasach i w Felearze i Humlandzie. Było to jednak dawno temu. Grajkowie bardzo się postarzeli, jednak zachowali dawną krzepę i piękną barwę głosu. Mimo tego, widoczne były siatki zmarszczek i włosy, tu i ówdzie poprzetykane nitkami siwizny. Jedynym nowym członkiem był młody mężczyzna, który najgłośniej przedstawił się w karczmie. Niejaki "Młody". - Powitać waćpana – minstrele podeszli do mężczyzny w kącie. – Nie przeszkadzamy? Można się dołączyć? - Proszę – odparł jegomość, usuwając się pod ścianę. - Można wiedzieć z kim mamy przyjemność? – zapytał jasnowłosy mężczyzna w średnim wieku, o nosie tak zadartym, że bardzo przypominał świnię. - Nazywam się Balmir, jestem Strażnikiem, jak słusznie zauważyliście. Widziałem was już na wielu dworach, choć wy mnie nie widzieliście. Powinniście znać moje imię. - Niemożliwe – głośno okrzyknął inny z minstrelów, dobrze udając oburzenie. – Zawżdy my znamy każdego, dla kogo koncertowaliśmy . Jeśli ukrywałeś się w cieniach Balmirze, nie dziwne więc, że cię nie dostrzegliśmy. A nuż się nas przestraszyłeś, co? - Siedziałem po prawicy Alberta przy stole, gdy ten niechcący wylał karafkę piwa na suknię damy Ledauwen – ze śmiechem powiedział Balmir. Kompania zawyła wspólnym śmiechem, jak starzy przyjaciele, gdy przypominają sobie wybryki z młodych lat. - Hoho, popamiętałeś wtedy gniewu tej damy Albert – wołali inni. – Sprała cię, jak własna matka. - Zamknijcie się. To był wypadek, no i za dużo piwa wypiłem. - Ha, jeśli o piwie mowa, to właśnie widzę wędrującą w naszą stronę beczułkę. Napijcie się z nami, panie Balmir. - Dziękuję. Mężczyźni wypili, zdrowo się śmiejąc i poklepując przyjaźnie po barkach, a przy okazji szepcząc jakieś miłe półsłówka dziewczętom. - Mówił już ktoś panience, że jest śliczna? – zapytał się z uśmiechem Młody jednej z dziewcząt, która właśnie zostawiła na ich stole pokaźnego baranka. - Owszem mówił i to pewnie nie raz – włączył się do rozmowy drugi muzyk, który bardzo się rozochocił na widok kraśniejącej dziewczyny. – Ale ty Młody nie licz na miód z tej bartni, nie on dla ciebie. - Za przeproszeniem pana, niby dlaczego? – zapytała się dziewczyna. – Pan Młody, jest bardzo uprzejmy i miły. - Wiedzieć panience, że on na każdym dworze pięć dziewcząt tak potrafi przegadać, że potem sam nie wie do której się zalecał, albo do której się zalecać. - Jak tak, to ja pożegnam panów niegrzeczną kompanię – złotowłosa dziewczyna prychnęła, po czym obróciła się na pięcie i odeszła. - Ty Rudolf, musisz coś zawsze zepsuć! – z nie udawaną złością wykrzyknął Młody. – Tak już mi dobrze szło, szubrawcze! Czemu sam nie zalecisz się do którejś dziewki, mało ich masz na sali? Zawsze wąchasz tam, gdzie mój nos wyczuł już słodycz. Większość biesiadników od pewnej chwili przysłuchiwało się tej dyskusji, a teraz wybuchli strasznym śmiechem, co chwilę chwaląc dziewczynę za jej męstwo i odwagę. Młody stracił całą chęć do śpiewania, a jego mina była przedziwną mieszaniną złości, rozgoryczenia i niedowierzania. - Nie martw się – pocieszał Młodego najstarszy z grupy minstreli, Stary Boman, który przygrywał na bębnach. – znajdziesz dzisiaj inną. Najmłodszy jesteś i szybkiś do zalotów. Idę w zakład, że jak po koncercie nie podejdzie do ciebie choć jedna dziewka, to jestem stary kiep i rzepa. - Ja stawiam piwo, jeśli słowa Bomana się sprawdzą – wtrącił się Balmir, który dotychczas w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie muzyków. - Prawie bym zapomniał, że tu siedzisz. Czemu nic nie mówisz? – wyrzekło na raz pięć głów do Strażnika. - Przecież wiecie, że nie słyniemy z elokwencji – odpowiedział im mężczyzna. – To ja miałem nadzieję posłuchać o ciekawych rzeczach z nad granicy, albo innych krajów, tymczasem jestem zmuszony słuchać o waszych problemach miłosnych Młodego. - Przecieżeś Strażnik, hę? Po co nam gadać o sprawach zza dalekich gór. Strażnik, to Strażnik. On pierwszy do bitki i do wypitki, a wieści niosą oni, jak płomień, powiadam wam – rzekł minstrel o nosie świni. - Może i jak ogień między nami wieści się szerzą, jednak do bitki i do wypitki mnie nie ciągnie. Sami widzicie przecież, żem trzeźwy jak dziecię. A bitka mi nie w głowie. - Może i nie w głowie, ale srogi miecz przecież przy boku nosisz. A nuż ci go wyciągnąć, uszy poobcinać, ręce pokrwawić, a głowy pościnać? – powiedział inny muzyk. - A po co się miecz nosi, panie minstrel? Żeby ładnie wyglądał? Nikt nie odpowiedział Strażnikowi - teraz zrozumieli absurd swoich zarzutów wobec niego. Odparł mu natomiast wesoły śmiech starca Bomana. - Hehe, dzieci moje. Zostawicie pana Balmira w spokoju. Srogie nosi on żelazo, lecz nie na was ono przeznaczone, jeno na zbójców, łotrów i zbirów, którzy mnogo na trakcie krążą. Ani w głowie, powiem ci Balmirze jechanie po nocy drogą, gdyż zasadzka i śmierć pewna. Wilcy się nawet boją tych bandytów. Kto to widział. Trakt z Amandaru do przełęczy w Górach Źródlanych, jest zasypany tą hałastrą. A na przełęczy czyha śnieg i potwory, które nigdy nie opuszczają starych wierchów. - Mów dalej, proszę – odrzekł Balmir. - Złe wieści idą panie Strażniku. A skoro o nich nie wiecie, długo musiałeś bawić za Górami – gdy dziadek zaczął mówić o sprawach zza granicy, ich stół szybko otoczyła zwiększająca się stale grupka ciekawych mężczyzn. Pozostali minstrele, jakby posmutnieli i obwisły im ramiona. Piękne twarze nie chciały się uśmiechać. – Otóż, od początku tego roku świat przemierzały liczne przekleństwa i proroctwa. Jako to, że zima wcześnie odeszła, lecz ziemia nie obrodziła. Kometa na niebie się pojawiła, lecz długo nie chciała opuścić towarzystwa miesiącowi. Wilcy się pomnożyli wielce, lecz żaden z nich nie przekroczył stopą brodu na rzekach, jakby czekając na odpowiedni moment i sygnał. Na niebie coraz więcej kruków zaczęło latać, a wielki Sęp Jouhldar nieustannie latał nad wschodnimi Królestwami. W karczmie zapanowała bezwzględna cisza, co jakiś czas przerywana strzelaniem bierwion i polan w kominie. Stary Boman zaczerpnął łyka piwa i mówił dalej. - Złe czasy nastały, powiedzieć muszę państwu. Bardzo złe. Miałem wielką nadzieję, że nie będzie mi dane żyć w tych latach. Oto moje proroctwo, które mówi następującymi słowy: „ Nadejdzie czas pożogi i ciemności. Słońce nie przebije się przez kołdun szarości i zła, na ziemi nie wstanie ze snu żadna żywa roślina, nie obrodzi ni jedno drzewo. Wielkie Królestwa upadną. Wielkie rzeki wypełnią się pianą i krwią. Wielkie Połoniny zasypią szczątki mieczy i łamanych kopii, tarcze zardzewieją, stare pancerze skruszą się. Konie przestaną biegać, na ziemię nie spadnie deszcz. Nastanie czas popiołów i zniszczenia. Czas Jedynego Władcy. Czas śmierci wszechrzeczy. Nastanie czas, gdy ludzi zastąpią watahy orków i goblinów. Elfy zamkną się w swych lasach, krasnoludy zawalą wejścia swych prastarych Królestw w Górach. Ciemne morze zatopi wszystkie statki i uniemożliwi wszystkim przeprawę. Góry staną się strome i niebezpieczne. Po świecie krążyć będzie ciemniejszy od cienia mrok, niosąc w swym zanadrzu tylko śmierć i ból. Głód stanie się chlebem powszednim, nastanie czas zawiści i zemsty, a także bezwzględności i cierpienia. Czarni Władcy obudzili się z stuletniego snu. Ciemność już nadchodzi. Strzeżcie się”. Bezwzględna cisza, miarowe, głośne przełykanie śliny i piwa, a także ustawiczne strzelanie bierwion i sęków w ognisku. Dziad przepił do wszystkich i powiedział: - Nie bójcie się jednak, dzieci moje. Dziś daleko jeszcze do mej przepowiedni, w którą wierzę od lat. My jesteśmy na dalekim zachodzie, w krajach, które nigdy nie zaznały szczęku stali i galopu koni. Tu wojna i Ciemność nie dojdą. A teraz pora nam grać! Brzuchy mamy suto napchane, gęby wypłukane, trzeba nam iść grać, a gospodarzom i waćpanom weselić się i śmiać, o-ha! Dziad pierwszy chwycił w sękatą dłoń instrument i zaczął żywo wymierzać szybki rytm. Pozostali grajkowie szybko zrozumieli o co chodzi staremu Bomanowi i również schwycili po swoim instrumencie, a salę wypełniły dźwięki kobzy, fujarki, bębnów, a także pięknej harfy i melodyjnego sopranu Młodego.
Hej dziewuszko, Hej tyś moja, W serce moje, godzi strzała Amora. Hej, dziewczyno, Hej najmilsza, Dziś mi będziesz dużo bliższa.
Lecz ona, patrz no tam, Z kim ona tańczy, ram-tam-tam. Szybko biegnij, złap ją w pół, Dzisiaj tańce, bądź wesół!
Hej słowiku, Hej ma sowo, Zagraj mi melodię nową. Hej, więc skaczmy, Hej się śmiejmy, Taniec bez uśmiechów beznadziejny!
Lecz ona sama, patrz no sam, Czemu nie podejdziesz, bam-dum-sam. Jasny uśmiech, piękne oczy, Hej, to miłość, czy w nie wskoczysz?
Hej, biedronko, Hej w kropeczki, Czy czerwone masz majteczki? Hej, Kochanie, Hej Słoneczko, Poboćkaj mnie proszę Stokroteczko. O-ha!
Przy tej piosence wszystkie pary skakały tak żywo, że aż drzazgi sypały się spod obutych żelazem stóp, a uśmiechy ani na moment nie znikały z wesołych i rumianych twarzy. Gdy tańce się skończyły, wszyscy wybuchli wspólnym śmiechem i pogratulowali minstrelom wybornej pieśni. Stary dziadek polecił zastąpienie go przy bębnach jakiemuś młodzianowi, a sam podszedł do uśmiechniętego Balmira. - Wyborna piosenka. - Dziękuję, Strażniku. Przyznaję, że jest jedną z lepszych w naszym dzisiejszym repertuarze, jednak co mogliśmy począć, gdy po mojej opowieści zapanowała taka smutna atmosfera. Musiałem inderweniadać. - Chyba interweniować? - No właśnie. Wiem, że jesteś łasy na świeże wieści. Moja przepowiednia, była tylko przynętą dla biesiadników. Jednak znalazły się tam ziarna prawdy. - Jak w każdej bajce – odparł Strażnik. - Chcesz posłuchać, co tak naprawdę dzieje się we wschodnich Królestwach? – zapytał Boman. - Oczywiście – odrzekł Balmir i nalał po kuflu piwa, z mocno opróżnionego już antałka. Boman tęgo pociągnął, przepijając z Balmirem, po czym zaczął mówić. - Jak już mówiłem, zły cień nadchodzi Strażniku. Upadły już pierwsze warownie i zamki ludzi. - Jak to!? – wykrzyknął mężczyzna, wstając i prostując się na pełną, imponującą wysokość. – Niemożliwe, przecież przy Górach Cienia, Królestwa zbudowały najmocniejsze strategicznie zamki i strażnice. Chyba mysz, albo ptak mogłyby wejść do zamku niepostrzeżenie, ale armia? Nigdy! - Uspokój się i usiądź bracie – spokojnie powiedział dziad i znowu nalał trunku. – Niestety, moje serce ubolewa razem z twoim, jednak nie możemy nic zrobić, aby temu biegu wypadków zapobiec. - Właśnie, że możemy! Muszę czym prędzej zdążać na przełęcze i stare trakty, gdzie moje nogi szybko zaprowadzą mnie do Królestw. Mogę być pomocny i potrzebny. - Nie zdążysz tam dojść, Balmirze. Po drodze napotkasz tysiące i setki niebezpieczeństw, w których nikt ci nie pomoże. - Jednak muszę spróbować. Myśl, że tu zostałem i nie robię nic, aby zatrzymać powódź będzie tak samo bolesna, jak ta, gdy wyjadę, lecz nie będę mógł dotrzeć do celu swej wędrówki. Nie mam wyboru, Bomanie. Dziad zasępił się i podrapał po spieczonej łysinie. Żywo myślał, podczas gdy Balmir wahał się i zastanawiał. - A orki, gobliny i wilki? Nie masz oręża. Twój miecz jest złamany – powiedział z powagą minstrel. Strażnik smutnie pokiwał kasztanową głową, jednak zaraz szybko podniósł ją i bacznie przypatrywał się dziadkowi. - Kim jesteś? – zapytał się podejrzliwie Balmir. - Dziadem podróżnikiem. Członkiem grajkowej trupy. - Kłamiesz! Nikt nie wie, że mój miecz jest złamany! Boman uśmiechnął się przebiegle i splótł ręce na brodzie. - Bystry jesteś Balmirze, synu Belgara. Zachowałeś czujność i sprawność umysłu. Rozluźnij swe dłonie – szybko wytłumaczył Balmirowi dziad, gdy zobaczył, że dłonie Strażnika wędrują do poły pod płaszczem. – Nie jestem wrogiem. Nie chcę z tobą konfliktu. - Mów więc, ktoś zacz i o co ci chodzi. - Dobrze – odparł Boman. Stary mężczyzna wstał i z ciągłym uśmiechem na ustach wyszeptał kilka dziwnych słów, a rękami zakręcił kilka młyńców. Nagle, jego sylwetkę otoczyła dziwna mgła, która przybierała na sile i zakręcała się wokół postury człowieka. Wyglądało to mniej więcej tak, jak kształt, który tworzy wielki wir wciągający nieboraków w przepastne otchłanie. Mgle, nagle zaczęła towarzyszyć kolorowa tęcza, mieniąca się tysiącem różnorakich kolorów, a wszystko to nagle rozbłysło blaskiem stu słońc i tak szybko jak się zaczęło, tak się zakończyło i zgasło. Jednak, gdy Balmir otworzył oczy, (nie mógł znieść strasznego blasku) jego oczom ukazała się postać nie starego grajka Bomana, lecz siwego starca o pogodnej twarzy i sędziwych rysach twarzy. - Jestem Ingwaer, Czarodziej Rady Mędrców z Amanoru. Już wcześniej się spotkaliśmy Balmirze. - Ingwaer? – niedowierzająco powiedział Strażnik. – Tyle lat cię nie widziałem. Gdzie się podziewałeś, niczego nie rozumiem! Mówże rychło. - Najpierw wyjdźmy przed karczmę – odparł odziany w biały płaszcz, czarodziej. Nie wiadomo skąd w jego ręku pojawił się wielki, szpiczasty kapelusz, a w drugiej ręce trzymał długą laskę, na końcu zwieńczoną wielką, niebieską kulą. – Za dużo tu ludzi. Balmir zauważył, że nikt nie zobaczył, że Boman zamienił się w Ingwaera. Na pewno tkwił w tym jakiś czar starca. Na dworze panował głęboki mrok, gdyż było już grubo po północy. Było zimno. Za zimno, jak na cienki, podróżny płaszcz, jednak Balmir nie przejmował się tym: zahartowane ciało bez mrugnięcia przyjmowało każdą zmianę warunków pogodowych. Noc była piękna. Mimo dokuczającego chłodu, urzekała swym pięknem: świecące gwiazdy lśniły tysiącem błyszczących mrugnięć. Ciężkie jawory i klony uginały się pod naporem lekkiego wiatru, a ich liście szeleściły, mącąc i kojąc niespokojnych słuchaczy. Nocne ptaki szumnie przecinały powietrze, przemierzając powietrzne Królestwa i Kraje. Czarodziejski płaszcz czarodzieja zabłyszczał tysiącem migoczących odbić i refleksów, a jego poły fantastycznie falowały na lekkim wietrze. Balmir bardzo się uradował, gdyż spotkanie z czarodziejem – jego starym przyjacielem, którego nie widział przez kilka lat – gwarantowało dużo nowych wieści, a przede wszystkim pomoc, której Strażnik tak bardzo potrzebował. - Spójrz na niebo, Balmirze – powiedział Ingwaer. – Widzisz te wszystkie gwiazdy? - Widzę. - Czy widzisz ten jeden księżyc, teraz zasnuty nikłą mgiełką chmur? - Widzę Ingwaerze – odparł mężczyzna. - Więc wyobraź sobie, że księżyc to my: ludzie, elfy, krasnoludy. Ogółem, ludy myślące i dobre. Natomiast te wszystkie pozostałe gwiazdy, to Wróg. Niezliczone tysiące bestii, orków, trollów, sępów, wilków, gadów i nietoperzy. Nie krzyw miny – pocieszył Balmira, Ingwaer. – Do tego dnia, jeszcze długi czas, jednak zbliża się on nieuchronnie. Nikłe mgiełki zasłaniające księżyc, zastąpią grube, jak ściana kołdry trujących wyziewów z Ognistych Gór. Na ziemię miast deszczu, spadnie popiół i zaduch. Strażnik i czarodziej patrzyli w piękne, rozgwieżdżone niebo, na chwilę zostawiając problemy świata za sobą. Uciekli do spokojnej przystani, gdzie odetchnęli wreszcie, jak nurek, gdy wyłoni się z toni wodnej po głębokim zejściu. Jednak chwila nie była długa. Miny wysokiego, poznajomionego z trudami i znojem Strażnika i sędziwego, a także mądrego starca zasępiły się i zmarszczyły. - Gdzie przebywałeś przez tyle lat, Ingwaerze? Nieraz wyczekiwałem nad stromymi przepaściami z widokiem na wschodnie i północne gościńce w nadziei, że się pojawisz. Żyłem nadzieją, że znów usłyszę klekot kopyt twego konia. Teraz zjawiasz się nagle i cóż mam począć? Chciałbym wędrować razem z tobą, lecz wiem, że nie weźmiesz mnie ze sobą. Nie tym razem – jak zwykle. Przecież… - Nie mów już niczego, Balmirze. Niedługo nadejdą dni pokoju, który na chwilę przesłoni ciemność i zawieruchę. Tymczasem, powiem ci: kieruj się na południe, do gaju Learien – przerwał Strażnikowi starzec, którego głos stał się mocny i wyraźny ponad wiek. – Tam dowiesz się o sprawach, które nie pozwoliły mi na powrót do naszych przygód, tam też postanowimy wraz ze wszystkimi przyjaciółmi dobrych plemion i ludów, co robić. Na razie nie mogę ci zdradzić nic po za tym – starzec skurczył się w sobie. – Jednak nie długo poznasz prawdę, obiecuję ci to. Kto wie, może czeka na nas jeszcze większa przygoda, niż ci się wydaje Balmirze. Kto wie. - Ingwaerze, stary przyjacielu, kiedy się zobaczymy ponownie? Daj mi jakiś znak – rozpaczliwie poprosił czarodzieja, Strażnik. – Nigdy nie chcę stracić cię z oczu, a ty, wtedy, po prostu zniknąłeś. - Więc dobrze, powiem ci – odparł Ingwaer. – Byłem więziony. - To jakiś żart? Ty? Więziony? Nie wierzę w ani jedno twoje słowo – zdziwiony odrzekł mężczyzna. – Przecież jesteś najpotężniejszą osobą, jaką znam i jaka prawdopodobnie krąży po świecie. - A jednak Balmirze. Tak jak ostrze twego miecza, niemalże niezawodne, nieraz przecież zawodzi i pęka. Moja moc, została pokonana przez jeszcze większą, a na świecie krąży nie tylko dobro, lecz i zło. Pamiętaj o tym i zdążaj do Learien. Tam, wszystko stanie przed tobą otworem. Pamiętaj i zdążaj do Gaju! Do zobaczenia! Czarodziej podrzucił do góry swój szpiczasty kapelusz, krzyknął dziwne słowa, rozległ się huk, trzask i błysk, a w następnej sekundzie po siwym starcu, zostały zaledwie odciski butów na ziemi. Nie chcąc stracić ani chwili więcej, wysoki Strażnik wspiął się na swego siwego bachmata ze strzałką, którego błyszcząca sierść świeciła w nocy. Rumak miał niezwykle symetryczną i gładką sylwetkę, pełną tak wielkiej ilości werwy i wewnętrznej siły, że aż nie dało się oderwać od niego oczu. Balmir szybko poszedł w cwał, aż zsunął mu się kaptur, a włosy zafalowały w pędzie końskim. Obraz znikał sprzed jego oczu tak gwałtownie, że mężczyzna wychwytywał jedynie pojedyncze fragmenty drogi i jej zakręty. Jechali wschodnim gościńcem kraju, ciągnącym się przed opuszczone stare lasy i puszcze, a także wzgórza i uroczyska. Kiedyś, bardzo dawno temu przez ten kraj przewalały się niezliczone armie różnych ras, toczących boje ze złymi wodzami potworów zza Gór…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Maciusza666
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…