Nie proś mnie o zrozumienie
Smierć matki zawsze jest ciosem dla dorastającego dziecka. Szczególnie, że dowiaduje się o czymś, czego nie miało wiedzieć...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Koniec wakacji zbliżał się nieubłaganie. Beata wróciła z ojcem z Lazurowego Wybrzeża trzy dni przed rozpoczęciem się roku szkolnego. Opalona i pełna wrażeń, jakie zrobiła na niej Francja, opowiadała matce najrozmaitsze etapy z ich podróży, wciąż przeskakując z jednego etapu do drugiego. Była pod wrażeniem, gdyż po raz pierwszy wyjechała za granicę. Zwykle jeździli na wakacje do Ustki, Świnoujścia, na Mazury a zimą najczęściej do Zakopanego. Matka słuchała jej opowiadań i nie mogła się nadziwić, jaka ożywiona wróciła jej córka. Sama żałowała, że nie mogła z nimi pojechać – pracowała w redakcji i nie udało jej się załatwić urlopu na ten termin. Beata miała trzynaście lat. W czasie tych lat zwiedziła niemal całą Polskę. Rodzice uwielbiali podróże, dlatego każde wakacje spędzała poza domem. Nic więc dziwnego,że namiętność podróżowania udzieliła się także jej. Po tych wakacjach we Francji jej żądza poznania świata wzrosła parokrotnie. Tymczasem rozpoczęła się szkoła. Beata miała szczęście – podstawówka do której chodziła mieściła także gimnazjum, więc nie musiała zmieniać szkoły ani nawet klasa zbytnio się nie zmieniła, doszło tylko parę osób. Pierwsze dni nie różniły się od siebie. Dziewczyna jednak nie narzekała na nudę – uwielbiała rysować. Farbami, ołówkiem, nie ważne co wpadło jej pod ręce. Portretowali jej już chyba wszyscy – ojciec, kiedy jeszcze miał wąsy, matka w kapeluszu babci, dziadkowie, a nawet jej przyjaciółka – Nikola. Obecnie próbowała naszkicować Nimi’ego, który niestety, strasznie się wiercił i niemal co chwilę zmieniał pozycje. Nimi, brązowawy jamnik, należał do Beaty, dostała go na swoje dziesiąte urodziny. Często także ojciec wychodził z nim na spacer, polubił bowiem nocne spacery. Matka ograniczała się tylko do karmienia Nimi’ego. Teraz właśnie jamnik leżał na swoim posłaniu, zmęczony 30 stopniowym upałem. Beata od razu wzięła szkicownik do ręki. Przez jakiś czas w mieszkaniu słychać było tylko skrobanie ołówka o papier, gdyż w domu nikogo nie było. Ojciec, architekt, dostał pilne zlecenie i od tygodnia prawie nie ruszał się z biura. Matka miała napisać jakiś pilny reportaż o wyrzucaniu śmieci w lesie i pewnie także wcześnie nie wróci. Tak więc siedziała na krześle i zawzięcie rysowała. Spieszyła się, gdyż Nimi w każdej chwili mógł się obudzić. Na papierze można już było rozpoznać niektóre części ciała jamnika. Najpierw długi brzuch, potem mały, zadziorny pyszczek i śmieszny ogonek. Właśnie kończyła rysować ogon, kiedy w mieszkaniu rozległ się dźwięk telefonu. „Cholera” – zaklęła pod nosem. Nie lubiła kiedy jej przerywano pracę. Kiedy rysowała, była jakby w transie, z którego budziła się dopiero pod koniec swojej pracy. Na domiar złego na dźwięk telefonu zareagował Nimi, podskoczył i zaczął ujadać na telefon, co zresztą było w jego zwyczaju. - Słucham? – odebrała - Czy rozmawiam z panem Filipem Fikusem? - Ojciec jest w pracy – powiedziała zniecierpliwiona. Czy ojciec naprawdę musiał podawać swój prywatny numer klientom? Już nie raz odebrała podobne wiadomości. - Domyślam się, że jesteś córką pani Grażyny Fikus. – powiedziała kobieta w słuchawce. - Tak. - Twoja matka jest w szpitalu. Miała wypadek… - Beata nie dosłyszała więcej, gdyż słowo „wypadek” kojarzyło jej się tylko z jednym – ze śmiercią. Jej jedyny kuzyn, Konrad, zmarł potrącony przez samochód. Zaś jej przyjaciel z sąsiedztwa zmarł, kiedy autobus, którym jechał do Niemiec, do swego ojca, rozbił się gdzieś po przejechaniu granicy. - Gdzie leży? – zdołała tylko wydukać, bo głos zamarł jej w gardle. - Na ulicy Mickiewicza 4… Odłożyła słuchawkę. Sięgnęła po klucze i w niedługim czasie siedziała już w taksówce. Nerwowo ściskała w ręce klucze, a w duchu modliła się, żeby to nie było nic poważnego, żeby okazało się, że to tylko głupie złamanie nogi. W tej chwili uświadomiła sobie, że nawet nie wie jaki wypadek miała jej matka. Drżącą ręką zapłaciła taksówkarzowi i wbiegła do szpitala na ostry dyżur. Wiedziała gdzie to jest, gdyż dwa lata temu miała ostre zapalenie wyrostka i też tu trafiła. Kiedy wpadła do poczekalni, zobaczyła swojego ojca. Siedział pochylony na krześle, a twarz miał zakrytą dłońmi. Miała złe przeczucie. Beatę zauważył dopiero, kiedy ta podeszła blisko niego. Spojrzał na nią i Beata już wiedziała, że zna to spojrzenie. Pełne rozpaczy i bezradności. Rozpłakała się. Ojciec tylko przytulił ją do siebie i nic nie powiedział. Bo słowa były tu zbędne.
***
Okazało się, że została postrzelona. Nie wiedziała, iż w lesie jest od 18.00 do którejś tam rano jest godzina myśliwska. Postrzelił ją jakiś stary myśliwiec, który wziął ją za zwierzynę. Kiedy zobaczył, że postrzelił człowieka, natychmiast zawiadomił pogotowie i policję. Niestety, zmarła na bloku operacyjnym. Kula trafiła prosto w krtań. Dla Beaty następne dni były koszmarem. Przeżyła już śmierć kuzyna, bliskiego przyjaciela, ale matki? Pierwsze dni były dla niej szczególnie trudne i była wdzięczna Nikoli, że była z nią przez ten czas. Ojciec niewiele bywał w domu – załatwiał sprawy z pogrzebem. Tak naprawdę to w przeciwieństwie do Beaty, nie mógł wysiedzieć w domu. Pogrzeb był chyba najgorszym zdarzeniem w jej życiu. Modliła się tylko, by jak najprędzej się skończył. Chciała wrócić do domu. A tak musiała jeszcze przyjąć kondolencje od nieznanych jej osób – współpracowników jej matki, przyjaciół ze „środowiska” i ludzi z miasteczka, którym pomogła. Tymczasem po jakimś czasie Beata wróciła do szkoły. Nauczyciele okazali wyrozumiałość i współczucie, dlatego nie obarczali jej zbytnio nauką. Mimo tego jej oceny nie były zadowalające, żeby nie powiedzieć, słabe. Cała chęć do życia wyparowała z niej niczym woda z czajnika. Czuła się rozbita, ale wiedziała, że musi się wziąć za siebie i od nowa poskładać swoje życie. Po jakimś czasie wszystko wróciło do normy. Ojciec wrócił do pracy, zaś ona wzięła się za naukę. Ludzie, którzy spotykali ich na co dzień bez wątpienia mogli orzec, że wszystko jest jak dawniej. Jednakże nie było. Beata zrezygnowała z rysowania. Wetknęła nie dokończony portret Nimi’ego do teki i wyjęła portret swej matki w słomianym kapeluszu babci. Powiesiła go sobie nad łóżkiem i często spogląda na tę twarz z tęsknotą. Minęły jakieś trzy miesiące od tej tragicznej śmierci. Zbliżała się Wigilia. Ojciec w końcu pewnego dnia zaczął rozmowę, która i tak była nieunikniona. - Trzeba będzie sprzątnąć rzeczy matki. - Wiem.- powiedziała Beata znad talerza z zupą. - Chciałem tylko wiedzieć, czy czegoś nie potrzebujesz. Przejrzyj sobie, może coś ci się przyda. Jutro wezmę pozostałe rzeczy i oddam do Czerwonego Krzyża. Beata nic nie odpowiedziała. Rozmowa na temat matki była dla niej jeszcze dość bolesna, dlatego unikała tych rozmów. Kiedy tylko ojciec wyszedł, Beata zabrała się za rzeczy matki. Najpierw przejrzała garderobę. Kilka sukienek, parę bluzek. Parę by jej pasowało, ale każda rzecz przypominała jej matkę, więc w końcu zostawiła wszystko. Potem przeszła do kosmetyków. Zdecydowanie kremy do twarzy odpadały. Wzięła perfumy, lakiery do paznokci, balsam do ciała, kilka szminek i inne drobiazgi. Przeterminowane rzeczy wyrzuciła do kosza. Następnie zostało biurko. Za bardzo nie wiedziała, czy ojciec miał na myśli także to, ale pomyślała, że wyjmie stamtąd chociaż zdjęcia, które zrobiły wspólnie w lipcu, kiedy to z matką pojechała do Warszawy. W Warszawie nie była pierwszy raz, ale spędziła tam z matką cały miesiąc. Jeździły po mieście i robiły zdjęcia w ciekawszych miejscach. Jednym słowem: poznawały stolicę. Biurko matki należało kiedyś do dziadka. Miało z obydwu stron po cztery szuflady, a także dwie wąskie, ale długie pod blatem. Całe biurko było dość duże i obszerne – zajmowało jedną czwartą pokoju dziennego. Matka zawsze trzymała album w prawej szufladzie pod blatem. Beata energicznie szarpnęła szufladą, ale ta nawet się nie ruszyła. No tak, klucz. Zapomniała już, że jako jedyna w tym biurku szuflada jest zamknięta. Nie miała problemu z odszukaniem klucza – już dawno podpatrzyła matkę, gdzie go chowa. Wstała odwróciła się i podniosła skrawek dywanu. Na podłodze leżał srebrny kluczyk. Beata nie zastanawiając się otworzyła szufladę. Na samym wierzchu leżał album. Przez chwilę zastanawiała się, czy zamknąć z powrotem szufladę, kiedy jej wzrok padł na kopertę leżącą niedbale w szufladzie. Rachunki i listy zawsze trzymała w innej szufladzie, skąd więc wzięła się tu ta koperta? Po chwili wahania wzięła ją i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest… z sądu! Beata oniemiała. Matka nic nie wspominała o jakieś sprawie, którą musiałaby załatwić w sądzie. Ani zawodowo, ani prywatnie. Otworzyła list, a jej oczom ukazał się… pozew rozwodowy. „Pani Alicja Fikus (…) proszona jest o wstawienie się w sądzie dnia 18 września w sprawie rozwiązania związku małżeńskiego z panem Filipem Fikusem (…)”. 18 wrzesień. Mama umarła 14 września. Beacie list wypadł z ręki. O Boże, nawet nie wiedziała… Te osobne wakacje, to wcale nie z nawału pracy. To była tylko symulacja. Chcieli ją przygotować. W jej głowie kłębiło się tyle pytań. Rozpłakała się. W tym stanie zastał ją ojciec. - Dlaczego mi nie powiedzieliście? – zapytała płaczliwie wymachując samą kopertą - Chcieliśmy. – powiedział niepewnie, domyślając się o co chodzi. – Ale dopiero po fakcie. Woleliśmy cię niepotrzebnie nie denerwować. - Ale dlaczego…? - Widzisz, tak ułożyły się sprawy. – odparł zbliżając się do córki – Nasze drogi z twoją matką dawno już rozeszły się w inne strony. Nie było sensu kontynuować czegoś, co i tak jest skazane na niepowodzenie. - Zamiast rozwodnika stałeś się wdowcem, tato. Proszę, nie proś mnie o zrozumienie, bo ja nigdy nie zrozumiem, dlaczego chciałeś odejść od mamy. – powiedziawszy to chwyciła album i wybiegła z pokoju.
***
Przez następne dni między ojcem a córką panowała grobowa cisza. Nie było to zbyt trudne, gdyż ojciec prawie nie bywał w domu. Kiedy Beata wstawała do szkoły, ojciec jeszcze spał, kiedy zaś kładła się spać, ojciec wracał do domu. Beata wciąż nie mogła uwierzyć w to, co zobaczyła tamtego popołudnia. Nigdy nawet przez myśl jej nie przeszło, by jej rodzice mogli się kiedyś rozwieść. A jednak tak się stało. A raczej miało się stać. Beata nie mogła pojąć, dlaczego rodzice chcieli się rozwieść. Ojciec nie był awanturnikiem, a matka alkoholiczką. Więc czemu? Nie wiedziała też, czemu jej gniew był skierowany właśnie do ojca. To, że to on wniósł pozew do sądu, nie znaczy, że matka też tego nie chciała. W tak grobowej ciszy minęły dwa miesiące. Rozpoczęły się ferie zimowe. Beata była zrozpaczona, bowiem zawsze te dwa tygodnie spędzała poza domem. A ojciec nawet nie zaproponował jej żadnego wyjazdu. Beata postanowiła, że tak dłużej być nie może. W piątek wieczorem zaczęła się pakować. - Co robisz?! – zapytał wystraszony ojciec, kiedy zobaczył pakującą się córkę. - Pakuję się. – Beata celowo nie powiedziała, gdzie zamierza jechać. - Jak to… - zaczął niepewnie.- Gdzie chcesz jechać? - Do babci. - Aha – odetchnął z ulgą. – Zawiadomiłaś ją, że przyjeżdżasz? - Zrobiłam wszystko, co trzeba.- powiedziała tylko i spokojnie pakowała się dalej. Ojciec nie wnikał w szczegóły. Było mu wstyd, że nie zaplanował córce ferii. Mógł ją wysłać w góry, na jakiś zimowy obóz czy coś. Mógłby ją też wziąć do Austrii, gdzie jeździliby na nartach. Wiedział, że Beata uwielbia jazdę na nartach. Teraz już pewnie nie dostanie rezerwacji, a poza tym prawdopodobnie nie przydzielą mu urlopu. A niech to licho – zaklął pod nosem. Trudno tu ukrywać, że Beata była wściekła na własnego ojca. Miała ochotę wygarnąć mu wszystko, powiedzieć, ile jej sprawił przykrości. Wiedziała jednak, że się nie odważy. Bo przecież to jej ojciec, którego ciągle kochała. Mikołajki były położone dosyć daleko od Torunia, w którym mieszkała. Dlatego zdecydowała, że pojedzie pociągiem. Nie raz już jechała do babci tym środkiem transportowym. Zwykle z mamą, ale czasem jechali całą rodziną. Stała na peronie i niecierpliwie spoglądała na zegarek. Zmarzła od tego stania i jedynie czego teraz pragnęła, to wsiąść do pociągu i ogrzać się trochę. Obok niej stał coraz to większy tłum. Jakaś matka, z dwojgiem malutkich dzieci stała tuż przy niej. Beata z zainteresowaniem przyglądała się niemowlakowi. Bardzo lubiła dzieci i zawsze żałowała, że jest jedynaczką. Dziecko patrzyło na nią i wesoło gawędziło. Beata uśmiechnęła się do niego. W końcu pociąg się pojawił. Jeszcze raz sprawdziła czy ma bilet – była pod tym względem aż do przesady dokładna, gdyż bała się, że wezmą ją za uciekinierkę i odeślą do domu. Wsiadła do pociągu jedna z ostatnich, nie lubiła bowiem ruchu. Z ulgą rozsiadła się w jednej z pustych kabin. Następnie wyjrzała przez okno. Żegnaj Toruniu – wyszeptała pod nosem i w tej samej chwili drzwi kabiny otworzyły się. Beata z ulgą i, nie ma co ukrywać, radością przyjęła fakt, że to ta młoda, czarnowłosa matka z dwojgiem dzieci. Kobieta uśmiechnęła się do niej, a ona odwzajemniła uśmiech. Pociąg ruszył. Beata zapatrzyła się w okno. Lubiła patrzeć na mijające lasy, pola, łąki. Wtedy zawsze myślała o tym, jak szybko mija życie. Miała dopiero trzynaście lat, a jednak cieszyła się, że ma tyle, że nie jest starsza i że wszystko jest jeszcze przed nią. Nie rozumiała swoich przyjaciółek, w większości rówieśnic, które bardzo by chciały być starsze, żeby chodzić na dyskoteki, mieć większe prawa w domu, no i oczywiście chłopaka. Większość z nich była zdania, że koledzy z klasy i w ogóle rówieśnicy, są zbyt dziecinni, a uważały, że starszy chłopak nie zainteresuje się takimi „małolatami” jak się wtedy nazwały. Najczęściej Beata słuchała tych pogadanek w milczeniu albo po prostu odchodziła, ale niekiedy próbowała im wytłumaczyć swój punkt widzenia w tej sprawie. Bezskutecznie. Z zamyślenia wyrwał ją płacz. Zdziwiona odwróciła głowę i widząc kobietę z dziećmi przypomniała sobie, że nie jest sama. Płakał gdzieś na oko dwuletni chłopczyk. Jego buzia wykrzywiła się w śliczny grymas i Beata mimowolnie się uśmiechnęła. Chłopczyk patrzył na nią zdumiony, nie przestając jednak łkać. Beata widziała, że kobieta sobie nie radziła. Przez chwilę patrzyła, jak nieporadnie próbuje uspokoić malca, nie budząc przy tym niemowlaka. Zaoferowała, że z chęcią potrzyma dziecko. Kobieta patrzyła na nią zdumiona. Przez chwilę wahała się, ale podała jej dziecko. Sama wzięła chłopczyka na kolana i podała mu butelkę z herbatką. - Jak się nazywa? – skinęła głową na malca. - Damian. – odparła z widoczną czułością.- A to jest Karolcia. – skinęła na zawiniątko, które trzymała. - Ma pani prześliczne dzieci. A więc to dziewczynka, pomyślała przyglądając się małej. Tak słodko spała. Jej mała piąstka ściskała skrawek koca, w który była owinięta. Beata patrzyła na jej małe paluszki z czułością. Jakie dzieci potrafią być bezbronne – po raz pierwszy pomyślała o tym Beata. Tymczasem malec usnął matce na kolanach i kobieta przyglądała się Beacie. - Widać, że lubi pani dzieci – powiedziała, a Beata się wzdrygnęła. Pani? Przecież miała dopiero trzynaście lat. Ale rzeczywiście, miała prawo uważać mnie za starszą. Była wysoka, jak na swój wzrost i jak na swój…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil norah18
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…