Nieodkryte miasto
Gdzieś na świecie istnieje miasto, które ujrzał tylko jeden człowiek,urodzony poza nim... a to jego relacja z owego miejsca.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nękany koszmarami sennymi, w których widzę siebie, piszącego – być może nawet to – sprawozdanie z pewnego (prawie) niewytłumaczalnego epizodu z mojej nie takiej znowu zamierzchłej przeszłości, po czym napada mnie biurko i próbuje mnie wykończyć, gwałtownie wysuwając szuflady wymierzone prosto w moją głowę, postanowiłem to z siebie wyrzucić. Raz na zawsze. Otóż w wieku lat osiemnastu, zafascynowany rozwojem technologicznym w latach 1914-1918, przypadających – jak powszechnie wiadomo – na czas, w którym toczyła się I wojna światowa, zakończyłem budowę mojego największego życiowego projektu: wielkiego, pięknego dwupłatowca o sześciu silnikach, którym niedługo później uciekłem z domu (i w ogóle z kraju). Silniki zużywały na tyle mało paliwa, że w powietrzu spędziłem około tygodnia. Być może leciałbym dłużej (i wrócił, aby wybadać nastroje rodziców, a jeśli okazałyby się dla mnie korzystne – zostać), gdyby nie zdarzenie, mające miejsce w nieokreślonym geograficznie miejscu, a którego nie chcę opisywać, zwłaszcza zagadkowej iskry, kłębu dymu z silnika numer pięć i dość potężnej eksplozji, która mimo swej siły nie uszkodziła mojego środka transportu tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. Niemniej jednak nie miałem innego wyjścia niż przymusowo lądować. Pamiętam jeszcze moje rozpaczliwe niemal próby w miarę bezpiecznego posadzenia maszyny na piaszczystym pustkowiu, mocne szarpnięcie podczas uderzenia w ziemię… a potem straciłem przytomność. Oczy otworzyłem nawet nie wiem kiedy, za to wiem gdzie: w malutkim, ciemnym mieszkaniu, składającym się z jednego tylko pokoju, z jedną, jedyną żarówką w zwisającym smętnie ze ściany kinkiecie. Podniosłem się ze zmaltretowanego łóżka i próbowałem rozpoznać cokolwiek spośród gratów wokół mnie. Udało mi się to tylko z kredensem, szafą i regałem. Inne klamoty pozostały dla mnie do dziś zagadką tyleż niepotrzebną do rozwiązania, co – mimo wszystko – nierozwiązaną. Po chwili zza jednej ze ścian doszedł mnie ryk syren – nie wycie, ale ryk, tak głośny, że ogarnęło mnie przerażenie i nieodparta, prawie instynktowna chęć podjęcia próby ucieczki z tej klitki. Szybko znalazłem klamkę, otworzyłem drzwi i wypadłem na klatkę schodową, omal nie spadając ze schodów; drzwi od stopni dzielił może metr podłogi. Po bokach zaś, w świetle mrugającej do mnie podejrzanie żarówki (też z kinkietu) zobaczyłem tylko dwie błyszczące klamki. Syreny tymczasem drążyły mi w głowie dziury wielkości pięści (przynajmniej tak się czułem), a „impuls ucieczki” jeszcze bardziej przybierał na sile. Popędziłem wąskimi schodami w dół. Czasem drzwi innych mieszkań się otwierały, dzięki czemu miałem okazję ujrzeć (to znaczy „zobaczyć zarys”; „ujrzeć” to zbyt mocne słowo, zwłaszcza, że na każdym piętrze był tylko jeden kinkiet dyskusyjnej jakości i żadnego okna) wychodzące z mrocznych zakamarków MOCNO skromnych wnętrz (jak mniemam skromnych, rzecz jasna) niewyspane, ziewające i przeciągające się postacie. Część wychodzących nie okazywała jednak kompletnie nic – po prostu wychodzili z mieszkań, szli na schody i podążali w dół, spokojnie, podczas gdy mnie przez wycie syren o mało mózg nie wypływał uszami. Kiedy wypadłem z ciemnej klatki schodowej przez szeroko otwarte drzwi, moje oczy na tyle przywykły do prawie całkowitego mroku, że zobaczywszy ostre, słoneczne światło, myślałem, iż oślepnę; musiałem zamknąć oczy, zmrużonymi rozejrzeć się dookoła, a z powodu (ciągle) słabej widoczności, zamknąć je znowu. Dopiero po chwili natarczywą biel zastąpił widok, który, prawdę mówiąc, nie bardzo mnie zdziwił. Ujrzałem oto bowiem ulicę niemal nienormalnie długą, z obu stron zajętą przez ponure, zakurzone kamienice z nienajgorszymi nawet rzeźbami, stojącymi we wnękach, najczęściej na piątym piętrze. Szczególnie zauważalny był fakt, iż w żadnej kamienicy nie było ani jednego okna. Zamiast nich, w równych odstępach, ze ścian wystawały zardzewiałe, ale – jak miałem okazję się przecież przekonać – bardzo mocne, głośne syreny, które, nawiasem mówiąc, zaczynały już cichnąć – powoli, bo powoli, ale jednak. Sama ulica wyglądała jak ziemia w miejscu, w którym niegdyś znajdował się zbiornik wodny, poddany działaniu globalnego ocieplenia i pory ekstremalnie suchej: spękana, twarda, parująca powierzchnia. Asfalt (jeśli to w ogóle był asfalt) poprzecinany był „rozpadlinami w skali mikro”, jak zwykłem je już nazywać. Ponadto z nawierzchni i chodnika przy każdym moim kroku unosiła się chmura pyłu, jakby to surrealistyczne miasto znajdowało się na środku pustyni. Zdążyłem się już nawet przestraszyć w momencie, kiedy minęła mnie duża grupa ludzi, idących chodnikiem w szeregu, równym krokiem zmierzając ku – najwyraźniej – wspólnemu celowi, który znajdował się po mojej lewej stronie. Po chwili, kiedy syreny całkowicie ucichły, z pozostałych drzwi kamienic zaczęły wychodzić podobne ciche, karne szeregi mieszkańców, co przywiodło mi na myśl film pod tytułem „1984” na podstawie książki George’a Orwella. Nie wiem tylko za bardzo, czemu, niemniej jednak tak właśnie było. Wszystkie grupy – oddziały? – zmierzały ku jednemu celowi, znajdującemu się po środku ulicy. Dołączyłem do jednej z grup i szedłem z nimi, nie wypowiadając ani jednego słowa; nie śmiałem nawet westchnąć ani kichnąć, szczególnie to drugie było trudne, ponieważ jako idący na samym końcu miałem najgorzej z racji tumanów kurzu, wznoszonych przez ten zaspany, milczący, całkowicie spokojny tłum. Podobnych grup naliczyłem dziesięć, wszystkie twarze miały taki sam wyraz: rezygnacja, zmęczenie i skrajne otępienie. Wraz z „moją” grupą przeszedłem na tyle spory kawał, że zdążyły rozboleć mnie nogi, a rozkojarzenie wywołane tak nagłym hałasem, spowodowanym przez te zardzewiałe syreny minęło, lecz na jego miejsce wstąpiło rozbijające mi się cały czas po głowie pytanie: Skąd się tu wziąłem?, czasem ustępując swego stanowiska zgoła innemu, ale pokrewnemu zapytaniu: Gdzie ja jestem, do ciężkiej… Zgłupiały, o mało nie wpadłem na człowieka przede mną: widocznie poczułem się na tyle pewnie, że pogrążyłem się w swoich myślach, zamiast pilnować szeregu. „Oddział” zaś zatrzymał się przed wysokimi, otwartymi na oścież drzwiami, do których kolejka ciągnęła się też z drugiej strony. Po około pięciu minutach czekania rozbrzmiał "Requiem" Wolfganga Amadeusza Mozarta, kolejka zaś momentalnie ruszyła. Co pół sekundy musiałem robić krok do przodu, co bardzo mnie zdziwiło, ponieważ przyjmowano jednocześnie ludzi z tej drugiej kolejki, która stawała się coraz dłuższa tak po mojej, jak i przeciwnej stronie. Z każdą chwilą trwania utworu tempo przyspieszało, a ponieważ byłem bliżej początku niż końca kolejki, zacząłem się nieco obawiać o siebie: co tam się dzieje? Jak udaje im się obsłużyć tak dużą liczbę ludzi w coraz krótszym czasie? Te pytania rozbijały mi się po głowie, a kiedy dotarłem do samych drzwi, o mało nie upadłem: kafelki się ruszały! Ruchomy chodnik, prowadzący w głąb pomieszczenia, nie wydał mi się zbyt przyjazny, toteż przeskoczyłem nad nim – skręcał w lewo – i przyjrzałem się całemu wnętrzu uważniej. Niestety, zostałem potrącony mniej lub bardziej umyślnie i, aby nie przewrócić się, nadepnąłem nogą na krawędź sunącej przed siebie kafelkowej taśmy, która poniosła mnie w zawrotnym tempie na sam środek pokoju. Tak samo jak mieszkania, tak i to pomieszczenie oświetlone było tylko przez kinkiety, ale tutaj było dwoje drzwi, przez które mogło wpadać światło, toteż było tu o niebo jaśniej. Dzięki temu zobaczyłem dziwaczne ustrojstwa piętnaście osób przede mną, przez co nie zauważyłem, że obydwa ruchome chodniki najpierw dzielą się na troje, aby potem dwie „ścieżki” połączyły się i razem do owych ustrojstw, które zaraz opiszę, prowadziły ludzi, jak bydło do zakładu mięsnego (tego bardziej uprzemysłowionego), z tą różnicą, że tutaj ludzi nie zabijano. Wróćmy jednak do owych tajemniczych maszyn: przed każdą z „dróżek” stało coś, co przypominało okulary, wyłożone z zewnątrz i wewnątrz kabelkami, układami scalonymi i podobnymi elektronicznymi szczególikami, oraz ustnik, połączony z elastyczną, białą rurką, przyrośniętą do podłogi, a do którego to ustnika za pomocą drucików i kabli połączone były swoiste okulary. Postanowiłem nie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil del Mirjarz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…