Wróć do katalogu

Nokturn 2/4

Poczułem się jak Adam. Opanował mnie szał nadawania nazw. I tak pomieszczenie A1-a zostało salonem, a A1-b sypialnią.

Kern, opublikowano , 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Cześć pierwsza dostępna pod linkiem http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77447

***Wieża ***

Miesiąc intensywnego treningu powoli mijał. A szkoda, bo zadomowiłem się w Wieży na dobre. Jako hotel sprawiała się znakomicie. Poziom komfortu znacznie przewyższał wszystko, co można znaleźć na Kowadle. Przypuszczam, że czeka mnie niemiła niespodzianka, gdy już trafię na docelową placówkę. Z drugiej strony chciałbym już rozpocząć normalne życie, zacząć podporządkowywać naturę pod swoje dyktando, jak mawiają tu trenerzy. Obecna tymczasowość nie pozwala mi zapuścić korzeni, jak mawiają moi krajanie. A w głębi duszy czułem się tu niepewnie. To sama budowla, jej monumentalność, przerażała. Sto kilometrów wysokości, dziesięć tysięcy pięter pewnie z milion pomieszczeń. Po co ktoś zbudował takiego kolosa na planecie z populacją nieprzekraczającą dwustu milionów? Totalny odjazd. Jutro miałem odebrać przydział, i za jakiś czas odjechać stąd na piętnaście lat. Przemierzałem właśnie korytarz ubrany w tą śmieszną zbroję. Lekki zgrzyt przy każdym kroku. I tak do końca życia? Nie wytrzymam. Ale czy mam wybór? 1,7 G, bez egzoszkieletu kości i przede wszystkim serce szybko by się poddało. Zbliżyłem się do szerokiego balkonu. Oddzielała mnie od niego pancerna szyba. Nagle, kierowany impulsem podszedłem do pierwszej lepszej śluzy. Gdy wewnętrzne drzwi się zamknęły usłyszałem mechaniczny odgłos. -Śluza zamknięta. Hermetyczna. Proszę nałożyć aparat Lebego. –Bez niepotrzebnej zwłoki założyłem nieporęczną maskę zasłaniającą usta i nos. Ogromne filtry powietrza, niczym dwie wielkie narośle, upodobniały mnie do {i}jeutha{/i}, zwierzęcia które translator tłumaczy jako kowadlany słoń. Nie czułem ich ciężaru wspomagany przez hydrauliczny siłownik szyjny. -Dziękuję. Aparat założony. Aparat sprawny. Proszę założyć gogle ochronne. – Automatyczny odźwierny z irytującą powolnością przeprowadzał mnie przez całą procedurę. Gogle zabezpieczały oczy przed śladowymi ilościami kwasu rozpuszczonego w atmosferze. Musiałbym być idiotą żeby o nich zapomnieć. W końcu zewnętrzne drzwi się otwarły i z jękiem uchodzącego nadciśnienia wyszedłem na taras widokowy. W oddali z lewej zauważyłem wycieczkę szkolną. Bliżej, z prawej kilku turystów napawało się egzotyką planety. Podszedłem do balustrady. Znajdowałem się na dziesiątym kilometrze. Tuż nade mną rozpościerała się gruba, żółta, jaśniejąca warstwa chmur. Poniżej, jakieś dwa może trzy kilometry w dole, kłębiła się kolejna warstwa, szarozielona. -Przepraszam. –Odwróciłem się. Dwójka niepozornych turystów nieporadnie starała się zrobić zdjęcie. – Mógłby nam pan trzasnąć nam fotkę? W tym kostiumie jest to nad wyraz… -translator zajęczał- niewykonalne. – Spodobał mi się jego styl mówienia. Znamionował melodię, której oczywiście przez głośniki nie było słychać. -Oczywiście. Pierwsze tygodnie są rzeczywiście trudne – odparłem grzecznie i zgodnie z prawdą. –Życzą sobie państwo na tle balonowca? -Balonowca? – turysta przez chwilę starał się zmusić transtlator do współpracy. –Chodzi panu o aequaliter nubila consectetuerus? – jęknąłem, co dla odmiany translator wyraził bezbłędnie. -Zapewne – odpowiedziałem, bo w końcu, o co się mógł tu pytać. -Nie trzeba – z uśmiechem odparł mój rozmówca. – Mamy już kilkadziesiąt zbliżeń. – To mówiąc podał mi ładne cacuszko rzeźbiące wkłady do holoprojektora. –Pan jest z obsługi hotelowej? – dopytał, gdy robiłem zdjęcie. -Nie, na kontrakcie – wzruszyłem ramionami. -Ah, tak? – spytał tak jakoś zimno. – Dziękuję za zdjęcie. Musimy już iść. Chodź Milium –Rzucił w stronę drugiego z turystów. Trudno powiedzieć czy była to kobieta, czy mężczyzna. Wzruszyłem ponownie ramionami i wróciłem do panoramy Nokturna. Rozległa, praktycznie pusta przestrzeń. W regularnych odstępach od Wieży odchodziły półmaterialne nici utrzymujące budowlę w pionie. Gdzieniegdzie balonowce, tutejsze odpowiedniki ptaków. Pękate cielska wypełnione wodorem raczej się unosiły dryfowane wiatrem niż leciały. Widziałem tą warstwę kilka razy i zawsze sprawiała wrażenie pustego snu. Żadnej dynamiki. Podszedłem, więc do stojącej, co kilkaset metrów odkrytej windy. Góra, czy dół? Z dziwnych powodów wpadłem w depresyjny nastrój, więc ostatecznie zjechałem cztery kilometry w dół. Nie powiem trochę to trwało, ale widok był nawet interesujący. Przejście przez warstwę chmur jest dość widowiskowe. Te niebieskawe podobno są zbliżone do normalnych, zbudowanych z pary wodnej. Co prawda nie pada z nich nigdy deszcze ani tym bardziej śnieg. Zresztą bardzo dobrze, bo pełno tu też amoniaku. Na sześciu kilometrach było już mroczno, a to bynajmniej nie koniec, bo kolejne trzy kilometry niżej przewalały się kolejne chmury. Wysiadając z windy zderzyłem się z kimś wysokim. -Przepraszam – zapewniłem jednocześnie rozpoznając, z kim ma do czynienia. – No proszę nie przypuszczałem, że się jeszcze zobaczymy. -Ja miałam taką nadzieję. – Była to tajemnicza kobieta, która tak mnie zaintrygowała. -Miała pani nadzieję, że się spotkamy? – udałem, że nie zrozumiałem. -Właśnie – zimno odparła, tak by już nikt nie miał wątpliwości. -Żadna strata – odpowiedziałem pozornie wesoło. – Za niedługo wyjeżdżam. -Do domu? – kobieta wbrew sobie zainteresowała się. -Nie, tutaj – wskazałem ręką w nieokreślonym kierunku. – Jestem najemcą na kontrakcie. -Ha. Zatem pewnie się jeszcze spotkamy –odparła bez jej zwykłego chłodu. Pytająco podniosłem brwi. Po chwili zorientowałem się, że przez gogole na pewno tego nie zauważyła. -To miło. Można wiedzieć, w jaki sposób? Zakładam, że pani nie jest najemcą. -Znowu jesteśmy na pani? – zmieniła temat. -No… - uśmiechnąłem się. Pewnie też tego nie zauważyła. – Nie próbuje mnie pani już obrazić. -Zawszę mogę spróbować – odparła przekornie. Przyjąłem to, jako dobrą monetę. Postaliśmy tak chwilę spoglądając na zielonożółty świat między chmurami. Później jak na komendę przeszliśmy się do najbliższej śluzy. Pechowo była to mała, jednoosobowa. Przepuściłem kobietę przodem, a gdy w ślad za nią wszedłem do Wieży byłem już sam. Zaintrygowany chwilę podumałem i wzruszyłem ramionami.

***Transporter Szynowy TL6070-2***

Poziom ziemi. Zero kilometrów nad poziom gruntu. Czułem lekką euforię, choć tak naprawdę to okoliczności były raczej pesymistyczne. Tak nisko w środku dnia było ciemniej niż późny wieczorem na Kowadle. Do tego większość światła pochodziła z czerwonobrązowych chmur. Chmur na wyjątkowo niskim pułapie. Miałem zupełnie absurdalne wrażenie, że co wyższe drzewa przebijają je wierzchołkami. Spojrzałem przez okno transportera. To, co tu uchodzi za rośliny miało, w większości ciemny, niebieskozielony kolor. Przedstawiciele królestwa, które nie za bardzo miałem gdzie wpakować, choć ciemnobrązowe czy nawet czarne zdobiły się setkami bladych światełek. Efekt był naprawdę upiorny, jak cmentarz późną nocą. -Piękne, prawda? – spytał najwidoczniej zupełnie zwichrowany współpasażer. W niewielkim przedziale oprócz nas siedziała jeszcze dwójka mężczyzn, ale obaj spali snem sprawiedliwego. -Nie wiem czy użyłbym tego słowa. – Przyjrzałem się mojemu rozmówcy. Wcześniej byłem zbyt zaabsorbowany odmiennością, żeby zawracać uwagę na pasażerów. Mężczyzna ubrany był w standardowy tutaj ubiór: czarny, obcisły kombinezon i kolorowy egzoszkielet. Bywalcy odróżniali się tym od przybyszów, którzy woleli odwrotny układ. – Dla mnie to egzotyka z sortu tej makabrycznej. -Przywyknie Pan. Ja zakochałem się w tej planecie. Jestem tu już czterdzieści lat i właśnie wracam z mojej rodzinnej planety. Uwierzy pan czy nie, ale szczerze tęskniłem za tym krajobrazem. -Jest Pan dzierżawcą? – spytałem mając nadzieję na spotkanie z doświadczonym Nokturianinem. Na szkoleniu bombardowano nas propagandą i świetlaną przyszłością, która to wyglądała bardzo blado po zajęciach z zakresu „jak przeżyć na Nokturnie, z co najmniej trzema kończynami i jednym okiem”. -Byłem przez piętnaście lat. Potem z zysków wykupiłem farmę i od trzydziestu lat prowadzę ją na swój własny rachunek. – Wiedziałem, że ten…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych