Wróć do katalogu

Nokturn 4/4

Drzewa mnie zainspirowały. Skoro te przedziwne formy życia mogę nazywać najzupełniej normalnie, to niech to miejsce będzie po prostu domem.

Kern, opublikowano , 20 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Cześć pierwsza http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77447 Cześć druga http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77611 Cześć trzecia http://opowiadania.pl/main.php?id=showitem&item=77640

***Placówka ATT-12B-43/6712f*** Edyta wpadła jeszcze kilka razy. Przeważnie na godzinę, dwie. Tylko z rzadka zostawała dłużej. Nasza znajomość stała się tym, co udawała od początku: znajomością. Bliżej poznałem ją, ona mnie. I tyle. Zdawało mi się to wystarczać. Poświęciłem kilka wieczorów na rozgryzienie tego orzecha mojej duszy. W końcu zadecydowałem. Zwykła, codzienna znajomość, nic szczególnego, jest dla mnie bardziej normalna niż głębszy związek. Brzmi paradoksalnie, ale Edyta miała być ostoją normalności, zwykłości, zwyczajności. Każdy z tych synonimów wydawał się tu nie na miejscu, ale właśnie tak to subiektywnie odczuwałem. Odwiedził mnie też Koniew z pękatą flaszką jego bimberki. Nawet smaczna i nie taka mocna jak się obawiałem. Niemniej wieczór zakończyliśmy na podłodze w salonie. Był też urzędnik z mobilnego multibiura terenowego. Nokturn zadziwia mnie coraz mniej. Intendenta do spraw wszelakich wszystkich możliwych urzędów, instytucji, agencji i pewnie sporej liczby firm komercyjnych, który pofatygował się do mnie mikro helikopterem przyjąłem kamienną twarzą bez śladu zdumienia. Przynajmniej nie chciał niczego konkretnego. Tu podpis, tam parafka. To, co zwykle. Wpadłem w rutynę, będącą zarazem rodzajem otępienia. Lepsze to niż depresja, ale niewiele. Postudiowałem, więc ten fenomen, jakim jest tu życie. Życie na Nokturnie można różnie definiować. I jak zwykle źródłem niezgłębionej wiedzy była tu Edyta. -Czy pani psycholog orientuje się, choć trochę, o co chodzi z tymi żertowcami? – spytałem kiedyś trochę uszczypliwie. -Jasne, chodziłam przecież do szkoły –odparła zadziornie. -Ja też, tyle, że nie na tej planecie – próbowałem się bronić. -Twoja strata. – Przeszła się po salonie udając, że jest niezmiernie zainteresowana moim ostatnim hobby. To właściwie nawet nie hobby tylko sentyment. Niemal jedynym towarem eksportowym Kowadła jest wywożone przez turystów rękodzieło. Większość z mieszkańców wsi para się na małą skalę rzemiosłem. Standardowo mężczyźni rzeźbili a kobiety haftowały. -Nawet ładne, choć toporne – stwierdziła Edyta patrząc na efekt moich dwudniowych starań. Niezbyt sprawnie udało mi się oddać realia, ale kto tu by się wyznał w faunie Kowadła. -Dziękuję. W domu takie robiliśmy. Myślisz, że uda się to sprzedać? -Może. Ale, po co? Przecież to grosze przy produkcji farmy. – Spojrzałem na nią przeciągle. – To nawet grosze w porównaniu z tym, co mi płacisz. – Dodała po chwili. -Pewnie tak, ale co mam z tym robić? –roześmiałem się bagatelizując sprawę. W końcu nie przypuszczam żebym długo bawił się w ten sposób. -To może porozdajesz. Taki prezent od serca – spojrzała mi w oczy i zatrzepotała rzęsami. – Na przykład dla mnie. -Podoba ci się? –Skinęła głową. - Jest twój. – Wyraźnie się ucieszyła. – Możesz tego nie uwzględniać w fakturze –zażartowałem. -Nie musze, prezenty od klientów są jak napiwki, dla nas. –Od jakiegoś czasu zaakceptowałem sprzedajność naszej znajomości i już mnie takie tematy nie krępowały. -Widać, że brak ci kobiecej ręki. Skoro zajmujesz się takimi rzeczami – dodała z uśmiechem. -Dlaczego? – spytałem. –Zresztą może i masz rację. Ale brak kandydatek. Chyba, że ty się zdecydujesz –spytałem niby przypadkiem. -Nie stać cię – ostrożnie odparła. -O. Nie chcę cię wynajmować na cały ten czas – beztrosko odparłem mocno akcentując słowo wynajmować. – Lokum proponuję. Bezczynszowe, okazja. -Wiesz, że tak nie można – oświadczyła ze łzami w oczach. Otarła je ręką i krzyknęła. – Zawsze musi tak być! Przecież wiesz, że to wszystko jest … -Udawane? – spytałem zimno. – Tak wiem. Nie mam złudzeń, po prostu jest tu kupa wolnego miejsca. Nie chcesz to nie. –Poczułem się dotknięty, choć tak naprawdę było właśnie tak jak powiedziałem i właściwie nie miałem, o co. -Nie o to mi cho… -No dobra, mniejsza o to. Co wiesz o tych żertowcach? – Chwilę siedziała naburmuszona. Po czym głośno westchnęła. -To może tak –zaczęła niejasno.- Zasadniczo podział organizmów przebiega po dwóch cechach. Sposobie pobierania składników potrzebnych do życia oraz sposób pobierania energii dla metabolizmu. –Spojrzała na mnie niepewnie, więc skinąłem głową. -Jest, więc grupa organizmów, które pobierają zarówno energię jak i pożywienie z zewnątrz, poprzez konsumpcję innych organizmów. -To zwierzęta – podpowiedziałem. -Tak. Kolejna grupa pobiera zarówno energię jak i materię z innych źródeł, powiedzmy półproduktów. -Rośliny. -Oczywiście. To znane, wszędzie tak jest. Kolejną grupą są organizmy, które same nie potrafią wyprodukować substancji odżywczych, ale mogą pobierać energię z zewnątrz. -Niemożliwe. Jak takie cuda miałyby wyewoluować? -Nie wiem, ale istnieją takie organizmy. Może to zdegenerowane rośliny? Albo rozwinięte zwierzęta? -No dobra, niech będzie. I pewnie istnieje też czwarta kategoria? -Jasne. Organizmy produkujące substancje odżywcze i pobierające energię. To właśnie są żertowce. -Czyli jak to niby działa? – zastanawiałem się głośno. Wątpiłem czy Edyta może mi to wytłumaczyć, jednocześnie byłem raczej pewien, że to, co powiedziała nie mija się bardzo z prawdą. -Trudno powiedzieć… Nie znam się na tym –skapitulowała w końcu Edyta. -No to będzie dwója – zażartowałem. -No nie, może trzy minus.

***Dom***

Drzewa mnie zainspirowały. Skoro te przedziwne formy życia mogę nazywać najzupełniej normalnie, to niech to miejsce będzie po prostu domem. Ten zdawałoby się prosty akt semantyczny w istocie był dla mnie ważnym, dziejowym nawet, wydarzeniem. Stanowił, jeśli nie akceptację, to zrozumienie i pogodzenie się. W zasadzie nie było to takie trudne. Jakby tego zresztą nie nazwać zdobyłem równowagę. Dobudowałem z pomocą Koniewa drugą halę gdzie zająłem się rolnictwem typu B. Takie nowe hobby, a przy okazji pomidory, mandarynki, pszenica.

***Wzniesienie 322***

Co jakiś czas gdzieś nade mną wybucha potężna burza. Do poziomu gruntu niewiele z tego, co prawda dochodziło, jedynie blade błyski rozświetlające najniższą warstwę chmur, ale uchodziło to za lokalną rozrywkę. Gdy byłem z Edytą szliśmy na spacer. Spacerowaliśmy w milczeniu. Po krótkiej wspinaczce wchodziliśmy właśnie na to wzgórze. Siadywaliśmy i oglądaliśmy słabe fajerwerki. Tym razem Edyty nie było, ale i tak odwiedziłem znajome miejsce. Nie rezerwowałem go dla niej. Po jakiś dwudziestu minutach delikatny spektakl został zaburzony przez mały helikopter, który z łoskotem wirników i blaskiem oświetlenia wydawał się nie na miejscu, tu na końcu świata. Powoli podniosłem się i wyruszyłem na spotkanie z nieoczekiwanym gościem. Gość poczynał sobie całkiem odważnie, bo nie przejmując się brakiem gospodarza wszedł do środka i myszkował mi po pokojach. Coraz bardziej zdziwiony przyspieszyłem. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że na stole rozłożone zostały jakieś importowane specjały. Z łazienki dochodził zaś szmer prysznica. Zaintrygowany podszedłem do drzwi i już miałem je otworzyć, gdy pomyślałem o niestosowności takiego zachowania. To w końcu mój dom, pomyślałem i zdziwiony własną śmiałością wszedłem do łazienki. W kabinie znajdowała się najwyraźniej kobieta. Naga kobieta, dodajmy. Szybka kabiny rozsunęła się. -Jesteś już? To dobrze. – Zabrzmiało to tak zwyczajnie. -Cyntia? – idiotycznie spytałem. -Odczywiście, a kogo się spodziewałeś? – przygryzła kusząco wargi. – Nie mogłeś się już doczekać, co? – spytała a ja uświadomiłem sobie, że stoję tuż obok niej. Porozumieliśmy się spojrzeniami. -Wskakuj – powiedziała, gdy zacząłem wyślizgiwać się z egzoszkieletu.

***Dom***

Ostatnie kilka tygodni było doprawdy dzikie. Tak odświeżająco nowe, że mój umysł nie potrafił sobie z tym poradzić. Nie radził, więc sobie a ja płynąłem w czasie. Żyjąc teraźniejszością. Nie wyglądając przyszłości i oglądając się wstecz. Tak jak jeszcze nigdy. Dziwne uczucie. Wszystko zaczęło się, gdy zrezygnowałem z usług Edyty. Cyntia planowała się wprowadzić, więc wydawało mi się to najlepsze rozwiązanie, dla wszystkich. Edyty też. Nie minęła jednak godzina, gdy w domu zjawiła się właśnie ona. Normalnie pewnie by wbiegła trzaskając drzwiami, ale automatyczne śluzy pozbawiły kobiet tego oręża. Łzy niestety zostały. -Jak mogłeś mi to zrobić? – spytała histerycznie, gdy wreszcie wygrzebała się z automatu Lebego. -Znaczy co? – spytałem idiotycznie. Widząc narastającą furię wtrąciłem, więc desperacko. -Wystawiłem Ci wyśmienite referencje, a jako powód wskazałem zmianę sytuacji… eee… towarzyskiej – tu przegiąłem. Edyta jednak chwilowo tego nie zauważyła. -Tak widziałem, w pracy mi powiedzieli – odparła jakby lekko chłonąc. – To nie chodzi o… Zaraz, zaraz jak to zmianą sytuacji towarzyskiej!? – Ten mój niewyparzony język. -Masz kogoś? – zarzuciła mi absurdalnie. Co miałem na to powiedzieć? -W zasadzie… tak. – Przewróciła oczami i usiadła. -W zasadzie? –spytała już spokojniej, ale też smutno. Przytaknąłem. -To chyba dobrze? - dodała jeszcze żałośniej. Widząc, że sytuacja się, jako tako opanowała odparłem szczerze. -Właściwie to sam nie wiem. – Żachnęła się i na moment ucichła. W końcu głęboko westchnęła. -No dobra opowiadaj. – Opowiedziałem, więc. Sam nie wiem, co plotłem, bo skupiałem się tylko na analizie jej zachowania. Dość nieskutecznej zresztą. Edyta była pierwszą osobą, której chciałbym wejść do głowy. I szczerze mówiąc zawsze wydawało mi się, że ta chęć jest nieprzyzwoita. -Nigdy mi o niej nie mówiłeś – zarzuciła mi na koniec. -No nie – zgodziłem się. Zmarszczyła czoło, więc dodałem. -A, co miałem powiedzieć? Dla mnie ta sytuacja była, jest, nieco dziwna. Niezręczna i w ogóle. -Dlaczego ? – W napięciu wbiła we mnie te swoje śliczne oczęta. No właśnie,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych