Nowa Era Wuefu - część I
Odkrywanie prawdy o szkole, tajny kod w dziełach Mickiewicza, przywracanie do życia historii, walka pozytywistów z romantykami i tajemnice, które jeżą włos na głowie. Wartka akcja i dobry humor. Ta powieść wywraca świat do góry nogami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Nie jestem trubadurem nie jestem rybałtem nie jestem truwerem Nie jestem też gawędziarzem ani pieśniarzem Mimo to opowiem teraz historię do wysłuchania której wzywam wszystkie miłościwe damy i mężów sprawiedliwych którym nie są obce niedole edukacji społecznej Żyłem z wami - cierpiałem i płakałem z wami Wiem co myślicie o tej instytucji którą zwiemy szkołą Niech ją szlag trafi i ziemia pochłonie! Uważajcie – wasze życzenia mogą się spełnić Oto bowiem nadchodzi
NOWA ERA WUEFU
Marek Hojnacki Leszno 2004
Opowieść tę, o prawdzie, miłości, bohaterstwie i odwadze Dedykuję tym, którzy prawdę zatajają, miłość gniotą, z bohaterstwem walczą, a odwagę zniszczyć próbują A także moim serdecznym przyjaciołom: Narcyzowi, Pigmalionowi i Syzyfowi
Wszystkie postacie i wydarzenia przedstawione w niniejszej powieści są w całości autentyczne.
PROLOG
Wuef. Nie ma chyba innego słowa, które byłoby tak piękne w swej prostocie. Słowa, które, choć tak krótkie, znaczyłoby tak wiele. Wuef towarzyszy ludzkości od początku jej istnienia. Był obecny w czasach faraonów, na średniowiecznych uniwersytetach, wśród krakowskich żaków, w gimnazjach jezuickich. Wuef istnieje dzisiaj i będzie trwał wiecznie. Ale czym wuef właściwie jest? Wuef to rzeczywistość. To, co nasz otacza i przenika. My sami. Wuef to nauczyciele i uczniowie, mury szkolne, woźni, toalety szkolne i komputery w sali informatycznej. Na pewno trudno wam to sobie wyobrazić. Niestety nie da się naprawdę poczuć i docenić wuefu, jeśli się go nie straci. Gdy myślę wuef, to widzę zegar. Wielki zegar, który odmierza czas trwania edukacji społecznej. Tarczą zegara jest szkoła, nauczyciele i uczniowie – to jest niezmienne, mimo, że rolę tę odgrywają kolejne pokolenia. Ale zegar ma jeszcze wskazówki. Wskazówki te okrążają tarczę i w regularnych odstępach czasu pokrywają się. Wtedy bowiem dochodzi między nimi do walki... Pierwszą wskazówkę stanowią wuefiści. Niestety ich istoty też nie da się wyjaśnić, jeśli samemu się jej nie poczuje. Nie są to byty materialne ani duchowe, choć mogą przybierać jedną i drugą postać. Nie są to wampiry, wilkołaki ani kosmici z UFO, z którymi niekiedy są myleni. Nie rodzą się, nie żyją i nie umierają. Nie jedzą, nie palą, nie piją. Cel ich istnienia jest jeden: przejąć władzę nad systemem oświaty. Przejęcie władzy przez wuefistów mogłoby doprowadzić do przerwania ciągłości wuefu. Dlatego właśnie istnieją ci, którzy z nimi walczą, a którzy stanowią drugą wskazówkę. W historii nazywali siebie różnie: Zakon Wuefu, Obrońcy Wuefu, Strażnicy Wuefu, Mistrzowie Wuefu – oni istnieją po to, by walczyć z wuefustami. Rekrutują się najczęściej spośród uczniów i studentów. Ale dlaczego tak zawzięcie walczą przeciw wuefistom? Bo wuef musi trwać! Trudno sobie uświadomić, jak ważny jest wuef – zrozumiecie to w dalszej części tej opowieści. Wojna między wuefistami i ich przeciwnikami nie trwa ciągle – do walk dochodzi tylko w momentach pokrywania się wskazówek zegara. Potem następuje długi okres spokoju i zapomnienia – wszelkie ślady zanikają i pamięć po wuefistach przepada. Gdy jednak wskazówki znów się zbliżają, a wuefiści ponownie atakują, obrońcy odradzają się w takiej, czy innej postaci. Wuef jest więc w uproszczeniu zegarem, w którego skład wchodzą szkoła, wuefuści i obrońcy. Wuef nie może istnieć bez wuefistów, a ci z kolei pociągają za sobą obrońców. Wreszcie obrońcy i wuefiści nie mają racji bytu bez wuefu. Dawno temu wuefiści zaatakowali – przy pomocy czarów i mikrobiogenetyki próbowali przejąć kontrolę nad umysłami uczniów. Zostali wtedy odparci przez parę bohaterów. Zapoczątkowali oni organizację Strażników Wuefu. Ci przez następne pokolenia dzielnie stawiali czoło wuefustom. Pokrywanie się wskazówek nie trwa jednak wiecznie i z czasem wuefuści odkryli, że pozostało im niewiele czasu. Zdecydowali się na desperacki krok i wypowiedzieli wielką, otwartą wojnę Strażnikom. Dzięki długim przygotowaniom, ćwiczeniom i ponadludzkiemu wysiłkowi organizacja zdołała odeprzeć wuefistów w wielkiej bitwie. Przepadli oni... – wskazówki rozłączyły się. Strażnicy nie byli pewni, czy pobili wuefistów do ostatniego. Organizacja trwała jeszcze przez długi czas, ale kolejne ataki nie następowały. W końcu podjęto decyzję o rozwiązaniu Strażników Wuefu. Kolejne pokolenia przychodziły i odchodziły – przekazy o wuefistach zostały zdegradowane do roli legend, mitów i bajek, aż w końcu całkowicie o nich zapomniano. Wuef trwał bez przeszkód. Teraz jednak wskazówki znów zbliżają się do siebie... I Pogoda cudowna. Na niebie ani jednej chmurki. W ogóle cały świat zdawał się być pokrytym wielkim, błękitnym płótnem. Słońce świeciło, mimo to dało się odczuć siarczysty mróz. Powietrze również było czyste i idealnie przejrzyste. Ze szczytu Kopy rozciągał się wspaniały widok na Kotlinę Jeleniogórską. Był luty, więc wszystko pokrywały tony białego puchu. Odległe Góry Kaczawskie, Jelenia Góra po lewej, wioski, lasy i łąki kotliny – wszystko było białe. Wystarczyło odwrócić się w prawo, by ujrzeć Królową Sudetów. Śnieżka wybijała się majestatycznie spośród głównego grzbietu Karkonoszy. Kolejno od dołu z jej zbocza znikały najpierw lasy, potem kosodrzewina, olbrzymie połacie porostów i mchów, aż wreszcie zostawały tylko nagie, białe skały. Te skały były teraz częściowo zasłonięte jedyną w okolicy chmurką. Szczyt Śnieżki wyłaniał się właśnie z tej mgły, a był to widok zapierający dech w piersiach. Ale był jeszcze jeden kierunek, w który wystarczyło stąd spojrzeć, by serce podeszło do gardła – w dół. Pod dziobami nart zaczynała się wyścielona białym puchem nartostrada – droga samobójców. Stojącym na szczycie Kopy wydawało się, że mają zjechać niemal pionowym zboczem, a ci, którzy stali tu po raz pierwszy żegnali się już z życiem. Instruktorka wiedziała swoje: w klasie wszyscy już umieli jeździć, a na łatwiejszych stokach każdy radził sobie bez problemu. Nie było kłopotu, aby wejść i zejść z wyciągu „Zbyszek”, którym tu wjechali. Wszyscy byli przygotowani. A więc – do dzieła. Instruktorka – prof. Urbaniak ruszyła pierwsza. Za nią ruszyła wychowawczyni, a następnie lepiej jeżdżący. Uczniowie ruszali jeden po drugim, aż przyszła kolej też na niego. Klemens bardzo powoli odepchnął się kijkami. Natychmiast nogi same mu się ugięły i siła odśrodkowa tak nim rzuciła, że omal się nie przewrócił. W ciągu chwili rozwinął ogromną – jak na niedoświadczonych – prędkość. Unoszące się w powietrzu płatki śniegu uderzały go w twarz, a wiatr prawie zdmuchiwał czapkę. Mimo wszystko było to wspaniałe uczucie. Nartostrada wkroczyła do lasu i miejsce rozległego krajobrazu zajęły nagie, białe drzewa. Chłopak z zadziwiającą lekkością wchodził w zakręty, wyrzucając wokół siebie tumany śniegu. Wyprzedził już kilka osób ze swojej klasy. Wtedy stało się coś dziwnego. Niewiadomo skąd nadciągnęły ciemne, granatowe chmury. Powietrze stało się mgliste, a śnieg potwornie śliski. Mgła miała popielaty kolor i zasłaniała wszystko. Nie było nawet widać ściany lasu. Zerwał się potworny wiatr. Wyłaniające się niekiedy drzewa machały konarami jak upiory. „Co się stało?” – pomyślał tylko chłopak, gdy nagle zdał sobie sprawę, że jest zupełnie sam. Nikogo wokół. Co to miało znaczyć? Wszystko zaczęło się półtora tygodnia wcześniej, kiedy po PINOL-u, czyli Pierwszym I Najlepszym Ogólnokształcącym Liceum rozeszła się informacja, że klasa 01 wyjeżdża na obóz zimowy. - That’s interesting – stwierdziła prof. Ostrowska, gdy uczniowie ją powiadomili, że w przyszłym tygodniu ich nie będzie. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że następnego dnia do pracy nie przyszła inna nauczycielka – prof. Frąckowiak Bień, zwana również BB, Bieniową, Frąc van Bień itp. To jeszcze też było nic. Ale kolejnego dnia – w środę – dyrektor Wain zaczął wozić na dachu swojego samochodu jakieś plastikowe, podłużne pudło. Nie wiadomo też, kto pierwszy rozpuścił pogłoskę, że pudło to jest trumną, ani też kto pierwszy powiedział, że w pudle tym zamknęli naszą Bieniową. Reszta tygodnia, nie licząc nieobecności Bieniowej, minęła bez przeszkód i w sobotę rano klasa 01, zaopatrzona w opiekunów: historyczkę prof. Stoczczak, instruktorkę: prof. Urbaniak i wychowawczynię: prof. Ptaszyńską, zwaną po prostu Gosią, wyruszyła autobusem w drogę na obóz narciarski. Na miejscu wszyscy rozlokowali się do 3-sobowych pokoi, niekiedy po 4 osoby. Pokój nr 14, zaraz obok szczęśliwej 13-stki, przypadł trójce chłopaków: Klemensowi, Leonidowi i Rufinowi. Nie wątpię, że na obozie inni uczniowie przeżyli wiele niezapomnianych przygód, jednak to na tej trójce skupia się ta opowieść. Obóz ten, z założenia narciarski, skupiał się na jeździe na nartach. Nie zabrakło jednak takich absurdów, jak zadanie domowe z soboty na niedzielę, czy 2-godzinna lekcja polskiego w niedzielę wieczorem, wskutek czego obóz narciarski stał się obozem koncentracyjnym, gdzie uczniowie koncentrowali się na nauce. Pogoda była dobra: od niedzieli śnieżyca jak cholera. Na szczęście wszyscy już jako tako utrzymywali się na nartach. Dlatego tylko pierwsze dwa dni poświęcono na trening na stoku i wyciągu orczykowym, który, delikatnie mówiąc był przykładem, jak producent, chcąc stworzyć produkt funkcjonalny i wygodny dla klienta, zawala robotę i wychodzi mu coś zupełnie odwrotnego. A do tego ten wredny facet, który wyciąg obsługiwał. W poniedziałek wieczorem odbyła się lekcja historii. Temat: Polskie Państwo Podziemne. I wszystko jasne. Lekcja skończyła się koło dwudziestej pierwszej. Tego wieczoru nikt nie miał zamiaru wariować, bowiem jutro cała klasa miała dostąpić zaszczytu wjazdu i zjazdu ze szczytu i zarazem najdłuższego stoku kompleksu narciarskiego „Kopa”. Wszyscy chcieli być wypoczęci. W pamięci wciąż mieli obrazy z poprzedniego roku, jak kilku kolegów i koleżanek z ich klasy, którzy w nocy grali się w butelkę, następnego dnia nie miało siły do manewrowania w czasie jazdy. Biedacy już zawsze będą się odżywiać przez rurki. Chłopacy z pokoju nr 14 od razu przygotowali się do spania. Rufinowi przypadł tapczan. Klemens spał na górze łóżka piętrowego, a Leonid na dole. Rufin przyszedł do klasy 01 dopiero w tym roku i nigdy nie wyjaśniał, gdzie chodził wcześniej, ani dlaczego się przeniósł. Klemens i Leonid byli natomiast przyjaciółmi do zawsze. Cała trójka zgadała się doskonale. Leonid siedział w łazience. - O czym myślisz? – spytał Klemens. - Zastanawiam się nad tym opowiadaniem, które muszę napisać dla Ptaszyńskiej. – odparł Rufin, który już leżał w łóżku i gapił się w sufit. Klemens zakładał akurat piżamę, gdy nagle poczuł swędzenie w biodrze i zaczął się drapać. - Coś ci się stało? – spytał, dostrzegając to Rufin, a w jego oku błysnął ognik. - Chyba komar mnie ugryzł albo coś. - Co nowego, panowie? – spytał Leonid, wychodząc z łazienki. - Nic. Rufin myśli nad swoim dziełem dla Ptaszyńskiej – odparł Klemens. - Spoko, Rufin. Na pewno coś wymyślisz. - Oby. Jutro rano muszę to napisać i jej oddać. - Faktycznie. O której ty wyjeżdżasz na ten konkurs polonistyczny? - O drugiej. O pierwszej trzydzieści zmywam się ze stoku. Niestety Rufin nie będzie należał do grona szczęśliwców, którzy będą mogli zjechać z samego szczytu Kopy, dwukilometrową nartostradą, na dół, ponad pół kilometra niżej. Wszyscy trzej położyli się do łóżek. Rufin zgasił światło. Po półtorej minuty odezwał się pierwszy Leonid: - Śpicie? - Usiłujemy – odparł Rufin. - Ja śpię – powiedział Klemens. Puk puk puk – Leonid zastukał w ścianę. - Proszę – rzekł Rufin. Nikt jednak nie wszedł, a Leonid zaśmiał się cicho. Po chwili znów: puk puk puk. - Kleks, nie pukaj – poprosił Rufin. - To nie ja. To Leo. - Leo, nie pukaj. Puk puk puk. - Leo! - Tym razem to ja – powiedział Klemens. Puk puk puk puk. - Leo! – powiedział zdecydowanie Rufin. - To znowu ja – odparł Klemens, chociaż zapukał Leonid. - Przestańcie pukać! Cisza trwała sto czternaście sekund. Puk puk puk puk. - Proszę – znów rzekł Rufin. Nikt nie wszedł. Po chwili znów: puk puk puk puk. - Proszę! – krzyknął ze zdenerwowaniem Rufin. Tymczasem Leonid i Klemens wybuchli śmiechem. - Bardzo śmieszne – podsumował Rufin. Puk puk puk. - Zgadnij, kto? - Leo – odparł Rufin. - Błąd. - Prawda. - Stąd wiesz? - Kleks pukał cztery razy. - Ciii – uciszył ich Klemens. - Co jest? – spytał po chwili szeptem Leonid. - Zgadnijcie, kto za oknem? – spytał Klemens. - No kto? - Powiedz, Kleks. - Ciii – uciszył ich znowu. – Widzę... Bieniową. Wszyscy trzej wybuchli głośnym śmiechem. Jeszcze przez jakiś czas śmiali się, rozmawiali i opowiadali historie o duchach. W końcu pozasypiali kolejno. Najdłużej utrzymał się Klemens, który znów poczuł swędzenie w biodrze, jakby go komar ugryzł. Będąc już w pół śnie, pół na jawie, spojrzał w okno. Rzeczywiście zobaczył Bieniową, razem z Ptaszyńską i Stoczczakową. Ale ona przecież została w Lesznie. Klemens był już jednak prawie nieprzytomny i nie był w stanie zareagować. Zasnął po chwili. Nazajutrz Leonid pytał innych chłopaków z klasy: - Zgadnijcie, kto przyszedł do nas w nocy? - Kto? - Bieniowa – odparł Leo, z trudem powstrzymując śmiech. Klemens, posłyszawszy to, przypomniał sobie natychmiast wizję z wczoraj. To była jej twarz na sto procent. Musiało mu się śnić po tych żartach. Po śniadaniu Rufin w pośpiechu pisał swoje wypracowanie. Odniósł je Ptaszyńskiej i, około dziesiątej wszyscy zaczęli się przygotowywać do wyjścia na stok. Zanim jednak dotarli do wyciągu, kupili bilety i oporządzili się, była jedenasta. Najpierw trochę czasu na niskim wyciągu, potem godzina na bocznym „Euro” i dopiero wjazd „Zbyszkiem” na samą górę. Od rana pogoda była wspaniała. Na stokach było pełno świeżego śniegu, a widoczność była świetna. Najbardziej odważnie, z tych mniej zaawansowanych, szusował Leonid. Wjechał na samą górę stoku bocznego, na drewniany podest i stamtąd spuścił się w dół. W zakręty wchodził lekko, prawie jakby leciał. Obsypywał przy tym wszystko wokół śniegiem. Wyprzedził paru kumpli z klasy. Z boku, pod wyciągiem, w śniegu, w niebieskiej kurtce leżała jedna z jego koleżanek. - Wstawaj! – krzyknął do niej i zrobił taki ostry zakręt, że całą ją dodatkowo obsypał śniegiem. Dalej leżała przewrócona inna koleżanka, ale już nie pod wyciągiem. Miała kombinezon, cały oblepiony śniegiem, więc wołano do niej „królowa śniegu”. Biała droga prowadziła prosto w dół. Po lewej stronie, za pasem lasu, widać było sąsiedni stok. Kilkaset metrów dalej i niżej stała natomiast główna stacja całego kompleksu. Im niżej, tym stok był mniej stromy, a śnieg bardziej nierówny. Nawet przy mniejszej prędkości narty podskakiwały na wybojach. Poza tym i tak już zbliżał się koniec trasy. Dolna stacja bocznego wyciągu „Euro” była oblegana przez największe tłumy narciarzy. Kolejka miała kształt wachlarza, rozszerzającego się we wszystkie strony. Obok stacji, w drewnianej budce był sklepik, a obok sklepiku, na zardzewiałym rożnie facet koło czterdziestki przypiekał kiełbasy. - Dziesięć minut przerwy, a potem jedziemy na samą górę – zakomenderowała instruktorka. Rufin pożegnał się ze wszystkimi i zjechał na sam dół. Klemens podjechał do grilla. - Jedną kiełbasę – powiedział do faceta, któremu coś chyba błysnęło w oku, gdy spojrzał na chłopaka. – Tę mocno przypieczoną. „Dziwne” – pomyślał Klemens, dobierając kiełbasę na plastikowej tacce. - „Zupełnie, jakby miał czerwone szkło kontaktowe”. Całą, trzydziestosześcioosobową grupą zjechali na dół. Wyciąg „Zbyszek” był jednoosobowy, więc trwało dosyć długo, nim wszyscy dotarli na górę. Wyciąg liczył ponad dwa kilometry długości, a różnica poziomów wynosiła pięćset dwadzieścia metrów. Wjazd na Kopę trwał dwadzieścia minut. Niejeden też próbował uciec, gdy z dołu zobaczył potężny szczyt. Wszyscy zostali zmuszeni do posłuszeństwa. Całą grupą stanęli na krawędzi, jeden obok drugiego... Prędkość rosła, narty podskakiwały na wybojach, wiatr wiał coraz silniej. Mgła ograniczyła widoczność do kilku metrów. Zaczął padać grad i grudki lodu biły chłopaka w twarz i ręce, niczym bicze. Z mgły wyłoniła się barierka, gdyż nartostrada w tym miejscu ostro zakręcała w lewo. Wystarczy chwila, a Klemens roztrzaska się w drzewach... SIUUUUUUU!!! – zakręt z szaleńczą prędkością spowodował wyrzucenie zwałów śniegu na wysokość kilku metrów. RZUUU, RZUUU, RZUUU – ryczało powietrze i śnieg przy każdym zakręcie. Klemens chyba straciłby zaraz panowanie nad sobą, gdyby jakiekolwiek myśli wpadły mu teraz do głowy. Na szczęście jego umysł zajęty był całkowicie reagowaniem na sytuację na drodze. FUUUUUUU!!! – zatrzeszczał wiatr, gdy droga stała się zbyt wąska na zakręcanie i Klemens musiał jechać całkiem prosto, przez co rozwinął ogromną prędkość. Wtem rozległ się ryk: RUUUUUUUUUCHCHCH. Chłopak słyszał dźwięk, jakby leciała za nim lawina śnieżna. Nie mógł jednak ani na ułamek sekundy oderwać wzroku od trasy przez sobą. Huk stawał się coraz silniejszy i w pewnej chwili nawet zaszła dyfrakcja światła – obraz zdawał się falować. Klemensowi wydawało się, że goni go jakiś wielki, śnieżny potwór albo jakby uciekał przez wpadnięciem w bramy piekła. Padał śnieg, grad i deszcz, wichura wyginała drzewa we wszystkie strony, szara mgła zasłaniała wszystko, a świat zdawał się płonąć. Jakby nagle do głowy chłopaka wdarł się czysty, dziki szał i zawładnął jego zmysłami. „Gdzie ja jestem?” – pytał sam siebie Klemens. Serce waliło mu jak młot pneumatyczny, a ciśnienie krwi omal nie rozsadzało żył. Ale on w ogóle tego nie czuł. Nie był w stanie o niczym myśleć. Nagle płonąca fala za nim wzięła jakby zamach, chcąc go zupełnie pogrążyć. Do końca został ułamek sekundy, gdy z mgły wynurzył się nasyp na jakieś półtora metra, który wykorzystywano jako małą skocznię. Klemens, choćby nawet chciał, nie miał szans zwolnić ani skręcić. Uzbierana energia kinetyczna wyrzuciła go z potężną siłą do przodu. Chłopak przestał czuć śnieg pod nartami i miał wrażenie, że już w ogóle nie ma żadnego wpływu na swoje położenie. Leciał, po prostu leciał. Wiatr dmuchał mu w uszach i był to jedyny bodziec, jaki Klemens odbierał. Energia kinetyczna zmieniła się w energię potencjalną i chłopak zaczął spadać. Sam nie wiedział jak długo to trwało. Leciał z zamkniętymi oczami, czekając na ostateczny koniec. Lecące ciało grzmotnęło o nawierzchnię i fala śniegu wytrysnęła w powietrze. Klemens nie zatrzymał się jednak od razu, mimo, ze stok w tym miejscu był prawie płaski. Potworna siła upadku wykręciła go całego, narty wystrzeliły do przodu jak z procy, a kijki zostały odrzucone na boki. Klemens jeszcze przez jakiś czas toczył się bezwładnie, aż w końcu cała energia została wytracona. Ciało chłopaka zatrzymało się, zostawiając za sobą szeroką bruzdę wyrzuconego śniegu. Narty i kijki pozostały gdzieś, wbite w biały puch. Okoliczni narciarze, którzy to oglądali, natychmiast podjechali do chłopaka. Nikt z nich jeszcze nie widział takiego upadku i zapewne nie myśleli oni, że ktoś byłby go w stanie przeżyć. Niebo znów było błękitne, a powietrze mroźne, ale przejrzyste, gdy Klemens otworzył oczy. Leżał, rozłożony na wznak i patrzył, jak pochylają się nad nim Urbaniakowa, Ptaszyńska, Leonid, paru innych kolegów z klasy oraz przypadkowi narciarze. - Jak mnie mijał, wołałem do niego „lepiej zwolnij!” – mówili jacyś inni chłopacy z klasy, którzy stali z boku – A o nic. Leciał jak wariat. O wypadku wiedziały już odpowiednie służby. Na środku stoku zrobiło się niemałe zbiegowisko i na jakiś czas zamknięto wyciąg. - Gosia, zostań tu z resztą, a pojadę z nim do szpitala – powiedział Urbaniakowa do Ptaszyńskiej. Gosia kiwnęła głową, choć na jej twarzy malowało się raczej niezadowolenie niż zdenerwowanie.
II
Klemens wracał ze szpitala z połową ciała obandażowaną. Lekarze stwierdzili, że cudem jest sam fakt, że przeżył, a to, że nic nie złamał to już prawdziwa łaska Boża. Był piątek, godzina piętnasta, gdy wracał do pensjonatu. Generalnie, oprócz tego, że wszystko go bolało, był w niezłej formie. Z tym większą ulgą uwalił się na swoje łóżko. Klemens zasnął natychmiast, jednak już po pół godzinie obudził się ponownie, dysząc głośno. To, co się tam stało, było potworne. Jakby nagle wszystko zwróciło się przeciwko niemu. Cała natura i wszystkie żywioły. Dreszcz przechodzi na samo wspomnienie... ten falujący obraz, ten potworny huk i ryk, ta mgła, grad i wiatr – wszystko to sprawiało wrażenie samego dna piekła. A on jechał, nie mogąc się zatrzymać, aż nagle rzuciło nim strasznie, a potem już tylko ból, ból, ból... Klemensowi nagle zrobiło się przeraźliwie zimno. Skulił się pod kołdrą. Niedługo później do pokoju wpadł Leonid, a za nim reszta klasy, która wróciła ze stoku. - Kleks, żyjesz!? – brzmiało pierwsze pytanie Leonida. - Kleks już wrócił? – spytał ktoś z progu i zaraz zwaliła się gromada koleżanek i kolegów. Klemens czuł się trochę niezręcznie, leżąc na łóżku i nie mogąc się ruszyć, podczas, gdy oni wszyscy tak nad nim stali. - Kleks, jak się czujesz? - Dzięki, bywało lepiej. Jak widać, żyję. A potem były już tylko życzenia powrotu sił i zdrowia, masa dobrych chęci i w końcu chłopak znów został sam. „Znowu to swędzenie” – pomyślał, drapiąc się w biodro. Do pokoju wrócił Leonid. Tym razem sam. - Rany, jak cię wtedy wyrzuciło, to myślałem, że nie przeżyjesz. Serio, tak zaryłeś w śnieg... - Jak to wyglądało? – przerwał mu Klemens. - Jechałeś jak wariat. Jakby nagle ktoś ci założył klapki na oczy. Wyprzedzałeś wszystkich z taką prędkością, że nawet Urbaniakowa nie mogła cię dogonić. Potem, na tym zwężeniu w ogóle rzuciłeś się prosto w dół, jakbyś nie widział tego nasypu. Wjechałeś na niego i wystrzeliłeś jak Małysz. - Tylko, że nie udało mi się wylądować – pomyślał Klemens i znowu poczuł dreszcz na wspomnienie tego, co widział. I wtedy zamarł, bo nagle dotarło do niego, ze to, co działo się z nim, wcale nie było odczuwane przez innych na stoku. Jakby tylko na nim skupiły się jakieś moce piekielne. A może to wszystko mu się tylko wydawało? Może to były omamy? Zły sen? Fatamorgana? Chwilowa utrata przytomności? Wszystko to możliwe. To musiał być wypadek. Przecież to niemożliwe, żeby niego się zachmurzyło, powietrze się zamgliło i wiatr zaczął wiać tylko dla niego. Przez cały czas była piękna pogoda i koniec. A może to początki schizofrenii? „Dosyć tego. Jutro powrót i nie chcę mieć już nic nigdy więcej do czynienia z nartami” – postanowił twardo Klemens, leżąc w łóżku i nagle poczuł napływ sił. - Co mieliście na lekcjach, jak mnie nie było? Mam pewnie sporo do przepisania? - Jesteś pewien, że chcesz teraz odpisywać lekcje? - Inaczej będę musiał to zrobić w domu. A teraz i tak nie ma co robić. - Jak chcesz – odparł Leonid i wyciągnął zeszyty z historii i polskiego. – „Opowiadanie Sienkiewicza o Neronie jako literackie studium narcyzmu” - wypracowanie z polskiego na za tydzień. „Porąbało ją, czy co?” – spytał sam siebie. - A masz jakieś informacje od Rufina? Jak mu poszło? – spytał…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marccus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…