Nowa Era Wuefu - część V
Odkrywanie prawdy o szkole, tajny kod w dziełach Mickiewicza, przywracanie do życia historii, walka pozytywistów z romantykami i tajemnice, które jeżą włos na głowie. Wartka akcja i dobry humor. Ta powieść wywraca świat do góry nogami.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
X
Zyta leżała w namiocie wielkiego wezyra, pełnym przepychu i bogactwa. Leżała na posłaniu z perskich dywanów i chińskiego jedwabiu. Z zaszytymi ranami i zamkniętymi oczami wyglądała tak niewinnie, wprost dziecinnie. Jednocześnie Leonid doskonale czuł płonący w niej ogień. - Co z nią? – spytał Klemens, wchodząc do namiotu. - Cały czas nieprzytomna, ale już jej nic nie grozi. - Marszałek uważa, że w ciągu dwóch dni nastąpi kolejny atak i tym razem z o wiele większą siłą. Kazał rozpocząć przygotowywanie okopów. Obaj wyszli na zewnątrz. Ujrzeli olbrzymie półkole ludzi, kopiące rowy przy zboczu góry. Co najmniej trzydzieści tysięcy robotników, z łopatami i kilofami przekopywało glebę, tworząc ziemne umocnienia. - Wtedy będziemy zabarykadowani – stwierdził Leonid. – Nie ma mowy o ataku. - Piłsudski powiedział, że ma specjalny plan. - A tak w ogóle, Kleks – zaczął Leonid. – Nie sądzisz, że to dziwne, że wuefiści posyłają do walki tylko swoje romantyczne armie, a sami nie zaatakują? Przynajmniej jeden oddział... - Właśnie tego się boję – odpowiedział Klemens. - To znaczy czego? - Pamiętasz PPP? Co mówił Tomczak? Prezes, poloniści i praktykantki. Prezes rządzi, praktykantki opanowują szkołę, a poloniści... - Poloniści są zbrojnym ramieniem wuefistów! – przypomniał sobie Leonid. - A przewodzi im Ptaszyńska. Leo, oni tutaj przyjdą. Jestem tego pewien. I boję się. Nawet, jeśli będzie ich tylko stuosobowy oddział, to nie damy im rady z jedną ściongą. - Mamy armię! - Materialne kule ani broń nie robi im krzywdy. A samej armii też się boję. - Przecież mamy marszałka. - Tak, ale nie wiemy, co oni teraz wymyślą. Praktycznie wszystko jest możliwe. Arka daje nieskończone możliwości. Tymczasem z wnętrza namiotu doszły ich jakieś szelesty. - Obudziła się chyba – rzekł Leonid i wpadł do środka. Istotnie dziewczyna siedziała i trzymała się za głowę. Klemens stwierdził, że lepiej ich teraz zostawić samych i odszedł w kierunku, gdzie marszałek przeprowadzał ćwiczenia z żołnierzami. - Jak się czujesz? – brzmiało pierwsze pytanie Leonida. - Co... Co się stało? - Nie rób tego nigdy więcej! Pogalopowałaś w sam środek bitwy. Wybuch kuli armatniej cię ogłuszył. Cudem uniknęłaś śmierci z rąk samego Stalina, który chciał cię podejść od tyłu! – wyrzucił z siebie chłopak, na jednym oddechu. - Rany! – Zyta była chyba bardziej zdziwiona niż przestraszona. Z powrotem położyła się na posłaniu, tępo patrząc w górę. - Straciłaś przytomność i teraz jesteś tutaj. – Przez moment trwała cisza. – Wygraliśmy bitwę. – znów przez chwilę Leonid nie wiedział, co powiedzieć. – Bałem się, że cię stracę. Popatrzyła na niego jakoś dziwnie. - Zyta, ja... kocham cię – wyrzucił z siebie i czuł się jak gorący wulkan, z którego właśnie wystrzeliły strumienie lawy. Noc była piękna, bezchmurna, ale też dość ciepła. Gwiazdy migotały na niebie. Pole pod Ślężą rozświetlone było tysiącem ognisk. Piłsudski pierwszy raz od początku dał żołnierzom czas na odpoczynek. Niektórzy więc z nich pokładli się spać, inni do późna upijali się piwem i bawili się. Przez cały wieczór równina rozbrzmiewała setką różnych pieśni, melodii i utworów muzycznych: turecko-islamskich, niemieckich, angielskich, tradycyjnych polskich, tatarskich tańców i ogólnie żołnierskich przyśpiewek. Rozrywki wojownikom dostarczały niewiasty, których tam nie brakło. Za to czwórka przyjaciół usiadła się przy ognisku z dala swojej armii, na miejscu, gdzie rozbili na Ślęży pierwszy obóz. Skończyło się już opracowywanie planów wojennych, ćwiczenia i przygotowywanie do walki. Teraz był czas na odpoczynek. Tak więc leżeli sobie w śpiworach, wokół ogniska, rozmawiając o tym i owym, spoglądając to na rozgwieżdżone niebo, to na płomienie, to na siebie nawzajem. - Wiecie – zaczął w pewnym momencie Adam. – Nie żałuję, że sprzeciwiłem się Ostrowskiej. – W tym momencie w ogniu pękła jakaś gruba gałąź. Snop iskier padł na trawę naokoło, przypalając jakąś przypadkową poczwarkę. - Tylko byś spróbował żałować – pogroził mu Klemens. - Mówię serio. Wczoraj zemdlałem ze strachu podczas bitwy, ale teraz myślę, że jest to jedna z kilku rzeczy w moim życiu, co do której nie mam żadnych wątpliwości. - A ja wam chciałem powiedzieć – odezwał się po chwili ciszy Klemens – że być może jest to nasza ostatnia wspólna noc. Jutro wuefiści zaatakują z siłą wielokrotnie większą i my sami już nie unikniemy uwikłania w walkę. - Uwikłania w historię, chciałeś powiedzieć – poprawił go Leonid. – Pamiętaj o Ptaszyńskiej. - Uwikłania w walkę – poparł Klemensa Adam. – Pokonamy Ptaszyńską. - Adam, nie poznaję cię – odparł Leonid. - Chłopak jeszcze wyjdzie na ludzi – stwierdził Klemens. - Pewnie, że wyjdzie. Wszyscy wyjdziemy. Klemens, jutro ponownie się spotkamy, żeby wypić za zwycięstwo nad wuefistami. - A co potem? – wtrąciła w tym momencie Zyta. – Kiedy już to wszystko się skończy? - Zaczną się wakacje – odparł Klemens. – Słońce, plaża, setki dziewczyn w bikini... - A ja wybiorę się na wielką wycieczkę rowerową – zadeklarował się Adam. - Ty, na wycieczkę rowerową? – nie mógł uwierzyć Klemens. – A dokąd? - Jakieś trzydzieści kilometrów na wschód od Zgorzelca jest miasto Lubań. Jadąc stamtąd, w kierunku gór Izerskich, przejeżdża się przez miejscowość o nazwie Leśna. Stamtąd do granicy polsko-czeskiej jest jakieś pięć kilometrów. I właśnie granica w tym miejscu wyznaczona jest na rzeczce – Kocim Potoku. Ten strumień to ostatnie miejsce w Polsce, gdzie można spotkać perłoródki. To takie ostrygi, które tworzą prawdziwe perły. Klemens zagwizdał z podziwem. - A ty, Leonid? - Ja? Ja mam niestety bardziej wygórowane marzenia. Zawsze chciałem zobaczyć oceanię, chociaż pewnie jeszcze tego nie spełnię w te wakacje. Mikronezja, Polinezja i Melanezja, Hawaje, Tuvalu, Nowa Zelandia, Kiri Bati i Vanuatu. Słońce, palmy, laguny, domy na palach, a jednocześnie nowoczesność i darmowy Internet. Tamten świat jest niezwykły. Nawet nie potrafimy sobie uświadomić, jacy są ludzie po drugiej stronie Ziemi. No i ten olbrzymi ocean, z dziesiątkami tysięcy wysepek, raf i atoli. Zachwyca mnie taki ogrom. Są tam miejsca nietknięte ludzką stopą. - Pojedziemy tam kiedyś razem – zapewniła go Zyta i wyciągnęła ku niemu rękę. Ten pocałował jej dłoń, po czym znów zapadła cisza. Następnego dnia, punktualnie o dziewiątej, trębacze zerwali cały obóz ze snu. Żołnierze wstawali, choć niechętnie i zajmowali swoje miejsca zgodnie z planem. Wały były obsadzone gęsto wojownikami o różnym pochodzeniu, którzy już kompletnie się ze sobą wymieszali. Przygotowywano zaplecze lekarskie. Gotowy był system łączności. Wszyscy stali na pozycjach. Wojsko, pod wodzą marszałka, grało jak w zegarku. Około jedenastej pojawił się przeciwnik. Ale nie była to już taka armia, jak wczoraj. Tym razem żołnierzy było o wiele więcej. Nie utworzyli oni zwartej formacji jak poprzedniego dnia. Nadciągali ze wszystkich stron i otoczyli całe obozowisko wielkim półpierścieniem. Ale to nie koniec. Wcześniej pochodzili oni z różnych epok, wielu autorów. Tym razem wuefiści skoncentrowali się całkiem na jednym okresie. Z naprzeciwka zbliżała się bowiem ARMIA KOLUMBÓW Przyboś, Broniewski, Baczyński i Kamiński, Wańkowicz i Świrszczyńska, a także Białoszewski i Lechoń oraz Miłosz i Różewicz – wszyscy podczas pisania nie byli świadomi tego, jak wielką siłę tworzą. Wuefiści teraz siłę tę ożywili, wykrzesali ją z tych wierszy, wydobyli na światło dzienne. Nadchodziły olbrzymie zastępy młodzieńców, ledwie uzbrojonych, działaczy Małego Sabotażu, żołnierzy kampanii wrześniowej, cywilów, wmieszanych w powstanie, wielkie oddziały porcelany, młodzież, a nawet dzieci, budujące barykadę. Były też oddziały armii niemieckiej. Nie było już mowy o układach. Żołnierze mieli w sobie tyle zapału, że wyskoczyliby z okopów i ruszyli na przeciwnika. Jednak Piłsudski kazał czekać. Za to nie wytrzymał Adolf Hitler, który nie mógł znieść widoku jego żołnierzy, stojących po stronie przeciwnika. Niemiec nie słuchał rozkazów marszałka i samotnie wypuścił się galopem ku przeciwnikowi. Chciał stanąć przed swoimi żołnierzami i przeciągnąć ich na swą stronę, tak jak to zrobił wczoraj Napoleon. Stanął przed nimi, sam jeden, a wszyscy patrzyli na niego zdziwieni. - Żołnierze III Rzeszy – zaczął Hitler. – Jako wasz wódz, zwracam się do was z pytaniem: komu służycie? Szmery rozległy się w wojsku niemieckim. Żołnierze nie wiedzieli już co robić. Nikt z nich nie odważyłby się podnieść ręki na samego Hitlera. Wtem jednak przed szereg wyjechała na koniu inna postać: wielka, potężna pani na Lesznie, the Empress-Game profesor Ostrowska. - ARMIO REPUBLIKI! DO ATAKU!!! I ani jeden szeregowiec nie miał już najmniejszych wątpliwości. Żołnierze twardą linią ruszyli przed siebie. Dla samego Adolfa było to zbyt wielkim ciosem, że jego ludzie odmówili mu posłuszeństwa. Biedak stanął jak sparaliżowany. Nikt się nim nie przejmował. Żołnierze szli przed siebie, stałym, miarowym krokiem. Hitler został zadeptany pod ich twardymi podeszwami. - Przygotować się do obrony! – zakomenderował marszałek. – Armaty, uwaga, przygotować się do strzału. Czekać, aż podejdą. Jeszcze nie, nie... Już! I kilkadziesiąt dział wypaliło jednocześnie. Potężny huk wstrząsnął ziemią, a powietrze przecięły śmiercionośne pociski. Słupy czarnej gleby wystrzeliły w powietrze. Co najmniej setka ludzi padła od pierwszej salwy. Mimo to oddziały szły niewzruszenie do przodu, jakby miały przed sobą jakąś niewidzialną osłonę, która ochroni ich od kul. - Ognia ze wszystkich dział! – polecił dowódca i znów śmierć zebrała wielkie żniwo. Gdy armia Republiki była jakieś sto metrów od okopów, przestali oni maszerować równą formacją, ale rzucili się do przodu, jeden przez drugiego z olbrzymią wściekłością. - Strzelcy na wały! Strzelać bez rozkazu! – zakrzyknął marszałek i cztery tysiące wyborowych żołnierzy napoleońskich, angielskich, arabskich, a także egipskich łuczników stanęło na okopach. Nie czekali oni już na nic. Wybierali najlepszy cel i strzelali. Pierwsza linia atakujących padła na ziemię. Pozostali przeskoczyli tylko przez nich i dalej biegli z dzikim impetem. Strzelcy wypalili znowu, ale to też nie zmniejszyło uporu szturmujących. W końcu stanęli oni na samych okopach i zaczęli przeskakiwać rowy obronne. Wtem zza wałów wyskoczyli żołnierze broniący: walka rozgorzała na nowo. Rozległy się krzyki rannych i umierających. - Rycerze, do boju! – zakrzyknął król Jagiełło i poprowadził swoich rycerzy na wroga. Na swych wielkich, silnych rumakach przeskoczyli wały i rowy, po czym wpadli wprost na wrogich żołnierzy. Ci biedacy w życiu nie zetknęli się z wielkim, silnym rycerzem w zbroi, z metrowym mieczem. Głowy sypały się gęsto, a rycerze siekali obcych na wszystkie strony. Wtem z wałów wyskoczyli też husarze Skrzetuskiego i Sobieskiego i wpadli w wir bitwy. Zdawało się, że kule broni palnej wręcz się ich nie imają. I, mimo że żołnierze Republiki padali gęsto, to jednak było ich tak dużo, że wkrótce zaczęli dziesiątkować coraz bardziej zmęczonych rycerzy i husarię. Strzelcy cały czas bili w nich z łuków i karabinów, ale wreszcie i im zaczynało brakować prochu i amunicji. Wreszcie też zza okopów wyskoczyli piechurzy, wyćwiczeni w walce wręcz, Turcy, Arabowie, derwisze Mahdiego i Tatarzy. Armaty szwedzkie i tureckie biły bez przerwy we wroga. A patrząc ze szczytu Ślęży, jak okiem sięgnąć, cała równina pokryta była wielkim mrowiem ludzi, walczących ze sobą. I nie można było precyzyjnie wyznaczyć ogniska bitwy, bo walczyli wszyscy. Co po chwila słychać było wystrzały z armat, karabinów i niemieckiej broni maszynowej, a także zwykłych pistoletów, w jakie wyposażeni byli żołnierze Dywersji oraz powstańcy z Warszawy. Właściwie nie można było powiedzieć, kto wygrywał, bo taki się kocioł uczynił, że nie widać było już nic: jakbyś oglądał bitwę między mrówkami z dwóch wrogich mrowisk, to czy rozpoznałbyś, którą są z którego? Tak było właśnie tutaj. I do walki ruszyli już chyba całkiem wszyscy: i marszałek wielki i królowie i sam sułtan z wezyrem i Napoleon ze swą armią i obaj Ramzesowie, na czele pułków libijskich, greckich i egipskich i kapłani, księża i duchowni islamscy. Bili się Tatarzy, Kozacy i Derwisze, nawet dzicy wojownicy z Afryki. I każdy niemal obywatel Rzymski stanął do walki, i patrycjusze, a także nawet sam Neron. Niewolnicy też wszyscy ruszyli, szlachta i ziemiaństwo, bo każdy chciał mieć swój udział w tej bitwie, która miała już być ostateczną. I tak też Anglicy ze Szwedami i Francuzami bez przerwy strzelali, rycerze i husaria w jedną i drugą stronę rozjeżdżała na koniach przeciwnika, a pozostali siekli ich i mordowali z bliska, szablami, mieczami, widłami i kosami, nożami, sztyletami i toporami. Ani jednak powstańcy z Warszawy, ani Mały sabotaż, ani Dywersja, ani też cywile nie pozostawali dłużni, i atakowali z taką samą zaciętością, co doborowa armia niemiecka. Strzelali z ciężkich karabinów maszynowych i zwykłych pistoletów. Taka też zawierucha trwała bez przerwy przez jakieś dwie godziny, gdy już kolejni opadali z sił. Ci natychmiast ginęli, bowiem odpocząć nie było gdzie. W jednym miejscu wały były niemal całkiem rozjechane przez końskie kopyta, gdzie indziej rowy zawalono po brzegi trupami, jeszcze w innym miejscu rycerze albo piesze chorągwie zdołały wybić całą formację i uczynić nieco miejsca wolnego. Raz po raz też atakującym udawało się przerwać okopy i wedrzeć się do obozu: tam natychmiast ginęli, rozstrzeliwani przez snajperów i rąbani przez piechurów. - Niepodobna mi się to – stwierdził Leonid. - Długo tak nie wytrzymamy. - I tu masz rację – zgodził się z nim Adam. Dopiero po chwili jednak wszyscy zauważyli, że chłopak zabierał ze sobą szablę i karabin. – Jadę na dół. - Racja. Nie można tutaj tak wyczekiwać – zgodził się z nim Klemens i poszedł po swoja zbroję. - I ja także – odezwała się Zyta,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marccus
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…