Opowiadania z Wieloświata: Siostra Czerwień cz.1
Czas na pomirki
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Noc ślizgała się powoli po winnych wzgórzach, przykrywała ziemię ciemnym całunem mistycznego mroku, koiła chłodem umęczone pracą ciała i szeptała obietnicę kresu wszelkiego znoju. Jednak wieś nad rozlewiskiem Złotej Łączy nie zapadała w błogi letni sen. Światła świec nadal sączyły blask przez drewniane okiennice, a mieszkańcy osady krzątali się śpiesznie niczym myszy w obejściu. Każdy chciał zdążyć z przygotowaniami do przejścia starej i schorowanej Dobrosławy z Chojników: wianki zdobione powojnikami, białe suknie z motywami winorośli, koszyki z dobrami na pożegnanie, a wszystko osnute aurą sakralnej, świątynnej wzniosłości.
Sulisława, którą we wsi wołali Suli, oporządziwszy dzieci, przyodziała się w suknię i zasiadła w zaciszu niewielkiej sypialni, żeby zapleść długie włosy w poręczny warkocz. Matka trzech pannic zręcznie przekładała kosmki i patrzyła w poszczerbione lustro podarowane jej lata temu przez świętej pamięci ojca Zdzisława. Obraz już nie najmłodszej kobiety promieniał silnym, dojrzałym pięknem i… smutkiem, bo choć twarz Suli zdobiły pełne czerwone usta, a nadal jędrna skóra świeciła zdrowym rumieńcem, to jej oczy zdradzały sekret, odkrywały wnętrze niczym szczerby w skorupie z ciała, przez które wyzierała pustka. Zwierciadło odbijało spojrzenie pozbawione chęci, pokazywało oczy pozbawione woli, oczy, które nie czekają, nie pragną, a jedynie służą ciału.
Długi gruby warkocz spoczął na ramieniu, a wianek poprzetykany niebiesko-białym kwieciem powędrował na głowę. Suli spojrzała jeszcze raz na twarz, która już dawno zapominała, co to prawdziwe szczęście.
Upstrzona wydmuszka, pomyślała, ale powstrzymała się od płaczu.
– Nie przy dzieciach, nie przy nim, nie zasłużył na to… – szeptała, żeby wytrząsnąć myśli z głowy i pogonić jak natrętne licha. – Nikt na to nie zasłużył, ja jestem sobie winna, ja i moje diabelskie pragnienia.
Zacisnęła pięści na zdobionej haftem sukni. Zakup tego rytualnego stroju należał do obowiązków każdego ojca, a potem męża. Nie było wyjątków, nie było wymówek. Każda kobieta od starowiny aż po młódkę musiała mieć w czym wielbić Bachusa. Taki był nakaz Zielonej Matki. Choćby nie było co do gęby włożyć, to suknie zdobione musiały być – tak kazała wiara, tak nakazywał obyczaj.
Drzwi do izby rozchyliły się, skrzypiąc zawiasami.
Suli pośpiesznie otarła oczy rąbkiem od sukni.
– Pochód już się zbiera; jesteś już… – Rasław zaniemówił na widok żony siedzącej przy skromnej toaletce przyozdobionej tak, że wyglądała na niewielką kapliczkę. Codzienność zwykle zacierała piękno Suli, ale teraz… Teraz przypomniał sobie, jakie szczęście go spotkało.
– Tak. – Odwróciła się i uśmiechnęła lekko, smutnie.
– Wyglądasz cudownie. – Mężczyzna dopadł do Suli jak wilk do sarny, jak buhaj do jałówki. Jedną ręką przyciągnął ją do siebie.
Dreszcz odrazy przemknął Suli po plecach, ale nie był już tak silny, jak kiedyś, teraz Suli była już znieczulona, była już prawie jak ta jałówka, której dolą jest dać i donosić cielaka.
– Nie mamy czasu, Rasławie. – Spojrzała za okno; niby z ciekawości, ale chciała po prostu uciec, uciec od wzroku, który kocha i oczekuje tego samego: oczekuje niemożliwego.
Spojrzał w tę samą stronę. Światła lampionów sunęły powolnym świetlnym potokiem w stronę lasu.
– Masz rację, Suli. – Pogłaskał policzek żony: czule i smutno zarazem. Nigdy nie było dość czasu. – Chodźmy.
***
Modlitewny pochód szedł leśną ścieżką, nucąc pieśni spoza fizycznego świata. Drogę znaczyły mieniące się znaki pozostawione przez Zieloną Matkę. Las niósł, mieszał i oddawał rezonującą melodię kilkudziesięciu kobiet. Mężczyźni nie śpiewali, wiedźmy zakazały. Mówiły, że głos męski przyzywa wojnę, a kobiecy koi zmysły, łagodzi obyczaje i przyzywa duchy.
Staruszka Dobrosława z domu Bogorja, lub babcia Borja, jak ją we wsi ochrzczono, kroczyła wspierana przez córki i wnuczki. Memłała krwawnik w bezzębnych ustach, on dawał jej złudne siły na ostatnią wędrówkę. Babcia szła i nuciła wraz z resztą kobiet, bo na własnym pogrzebie nie wypada nie śpiewać. Nie bała się, nie można się bać spotkania z bogiem.
Trzy córy Suli i Rasława Pomianów: Jagna, Dobrała i Ludmiła otaczały matkę jak Rodzanice boginię Dolę. Wszystkie niosły łojowe znicze nasączone wonnościami, a gęsty dym unosił hipnotyczny zapach i ciągnął się za pochodem niczym długi kotylion. Za kobietami kroczył milczący Rasław wpatrzony w żonę jak w piękny akt samej Jutrzenki. Odwróciła się do niego i uśmiechnęła ciepło, czuła, że na nią patrzy, lubiła jego spojrzenia, ale tylko z daleka; wtedy wiedziała, że jest bezpieczna, że nie będzie próbował.
Las przerzedził się i w końcu ustąpił miejsca wysokiej skarpie z jamą szeroką na kilkanaście łokci. Przed wejściem stała kobieta, opalizowała zieloną łuną. Pochodnie rozstawione przy wejściu do jaskini zapłonęły – nie gwałtownie; powoli, jakby ktoś ściągnął z nich niewidzialny klosz.
Najstarsza córka Babci Borji podprowadziła staruszkę przed oblicze Zielonej Matki. Oczy wiedźmy skrzyły się magicznym światłem, emanowały esencją ziemi i lasu.
– Dobrosławo z wiernego domu Bogorja! – wezwała tę, która miała zjednać się z Bachusem.
Najstarsza Jaga trzymała matkę za rękę, młodsze córki i wnuczki podfruwajki oblepiły babcię i zaczęły całować jedna po drugiej, aż kobieta zrobiła się mokra od łez.
– Już, już, pisklaki wy moje – odezwała się babcia Borja. – Dobre to życie było i ciężko mi się z wami żegnać. – Dzieci zakwiliły stłamszonym płaczem. – Sławka, zabierz je, niech nie patrzają – nakazała babcia średniej z córek.
– Dobrosławo, już
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…