Wróć do katalogu

Opowieść Bez Tytułu - Rozdział 6, część 2

Dluzej niz zwykle, ale tak wyszlo ;). W tej czesci znajdziecie krew, pot i lzy. To pierwsza wersja, sa bledy i beda poprawki.

atreides, opublikowano , 18 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

* * *

- Pech. Po prostu pech. Prześladuje nas od początku – rudzielec wymamrotał po części do siebie, po części do swego ogromnego minotaurzego przyjaciela. Mierzył ze swego łuku do Stojącego parę kroków przed nim Erynkrista. Przed nimi stał niekompletny oddział konnych – wielu żołnierzy było rannych, części brakowało. Do granicy lasu, znajdującej się za plecami elfa było nie więcej niż pięćdziesiąt kroków. Minotaur z niepokojem rył ziemię kopytem, oczekując na działanie Lomyrianda. Co ja tu robię? Mogłem spokojnie siedzieć na bagnie i jeść gobliny – myślał lekko roztrzęsiony potwór. - Wydajcie sir Erynkrista, a nikomu nie stanie się krzywda! – krzyczał po raz kolejny jeden z konnych. Wszyscy jeźdzcy byli ponurzy i nerwowo poruszali się w siodłach. Rudy elf spróbował obliczyć w myślach odległość i czas, dzielący ich od lasu. Potrząsnął głową – nie dadzą rady dobiec, nim nie dopadnie ich konnica. W jego głowie zrodził się natomiast pomysł. Lomyriand opuścił łuk i zwolnił cięciwę, by dać odpocząć swemu ramieniu. - Wydamy go wam. Jednakże nie zrobicie ruchu w naszą stronę, aż nie odejdziemy – krzyknął w kierunku żołnierzy. – Idź – dodał ciszej do Erynkrista. Ten szybko ruszył w kierunku swoich towarzyszy. - Wolniej! Stopa za stopą, inaczej będziesz miał kołczan strzał, lecz nie tam gdzie byś chciał – powiedział elf i zachichotał do siebie, wyraźnie rozbawiony. – Tak, to było dobre. I jaki piękny rym... – wyszeptał do siebie i zaczął się pośpiesznie cofać w kierunku drzew, ciągle mając na oku Erynkrista i jego ludzi. Dwaj towarzysze byli już między drzewami, gdy Erynkrist dostał się do swoich ludzi, którzy natychmiast spięli konie, ruszając na zbiegów. Zawieszając łuk na ramieniu elf rzucił się biegiem w las, wołając Zora. Minotaur, zanim pobiegł, chwycił sporych rozmiarów polny kamień i ku własnemu zdziwieniu celnie rzucił w jednego z żołnierzy, wysadzając go z siodła. Po chwili Zor już biegł obok swego elfiego przyjaciela, coraz głębiej w las. Koronni nie będą ich ścigać konno po tym borze, a nie zostawią koni bez opieki. Zaś z kilkoma ciężko opancerzonymi pieszymi wojownikami powinni dać sobię radę. Jeśli nie wręcz, to łukiem. Szczęściem w nieszczęściu, jesteśmy prawie u celu – pomyślał Lomi, przedzierając się przez krzaki i gałęzie mniejszych drzew. - Lecz co dalej?

* * *

Na znak Tishy zatrzymali się na rozdrożu. Główny trakt skręcał w prawo, ku majaczącym w dali wzgórzach, które otaczały Anigr. Na lewo odbiegała ścieżka, wiodąc do gęstego lasu. - Musimy tutaj skręcić, do puszczy – powiedziała odwracając lekko głowę. Ponownie dzieliła wierzchowca z ludzkim złodziejem, podczas gdy Kalisto dosiadał drugiego konia. Mimo tych paru dni wypoczynku, taraer wciąż nie czuł się zbyt dobrze. Złodziej kiwnął głową z powątpiewaniem. Nigdy nie lubił zapuszczać się w dzikie lasy. Przebiegł mu po kręgosłupie dreszcz, gdy przypomniał sobie historie o takich lasach, jakimi był karmiony w dzieciństwie spędzonym na wsi. Tak naprawdę, to Everic czuł się dobrze tylko w miastach. Tam wszystko sprawiało przynajmniej wrażenie solidności i niezmienności. Ruszyli dalej, lecz gdy osiągneli las, byli zmuszeni zejść z koni – bliskie spotkanie z jakąś niską gałęzią nie byłoby porządane, poza tym ścieżka stała się wąska. Tisha szła pierwsza, za nią Everic, trzymając uzdę ich wierzchowca. Kalisto, powoli i niepewnie idąc, czuł się dziwnie odprężony. Złodziejowi zdało się, że ten stary bór musi być dla starożytnego przynajmniej namiastką domu. Gdy nostalgia zaczęła ogarniać łotrzyka, z zamyślenia wytrącił go jego wierzchowiec, który potknął się o jakiś wystający korzeń, po chwili odzyskując równowagę. Złodziej westchnął i zaczął się wsłuchiwać w odgłosy lasu. Minęło pół godziny, nim ktokolwiek z nich się odezwał. Przez ten czas, ścieżka totalnie zaniknęła. - Prawie jesteśmy u celu – powiedziała radośnie Tisha swoim melodyjnym głosem. Odwróciła się gwałtownie do Everica, a jej zaplecione w warkoczyki włosy poszybowały. Idąc tyłem, rozpostarła szeroko ręce. – Słyszycie to? Te cudowne dźwięki? Złodziej zwrócił uwagę już nieco wcześniej na dziwny świst. Początkowo myślał, że to jakies dziwne ptaki, lecz później zrezygnował z tej teorii – dźwięki mimo, że ciche, to były ciągłe. Nieprzerwane świsty w różnych tonacjach, układające się w zaskakującą, znajomą duszy melodię. Ale tylko duszy, bo Everic nie potrafił sobie przypomniec gdzie i kiedy mógł ją słyszeć. Elfka westchnęła głęboko, po czym ponownie gwałtownie się odwróciła, tym razem w stronę, z której płynęły melodyjne świsty. - Dogonicie mnie, muszę tam pobiec, bo nie wytrzymam! – rzuciła przez ramię już biegnąc między drzewami i śmiejąc się radośnie. Łotrzyk mimowlnie się uśmiechnął. Bardowie mawiali, że śmiech bywa zaraźliwy. W duchu złodziej przyznał im rację – nie mylili się. Parę minut później człowiek dojrzał polanę między drzewami, przyspieszył mimowolnie, zapominając o Kalisto. Przebiegł go dreszcz ekscytacji, gdy ujrzał polanę. To było coś pięknego. Polana miała kształt siedmiokąta. Na jej środku stało sześć wysokich, strzelistych głazów ustawionych w krąg, gdzie każdy odpowiadał jednemu boku polany. Roślinność rosła tu bujnie, choć nie chaotycznie. Kwiaty i pnącza, wijące się po pokrytych delikatnymi runami menhirach, zapierały dech w piersiach. Dodatkowo dziwne motyle latające po polanie nadawały jej swego rodzaju baśniowej atmosfery. Złodziej nie pomyślałby, że takie miejsca istnieją naprawdę. Dookoła głazów radośnie tańczyła Tisha, porzuciwszy swoje tobołki u stóp jednego z menhirów. Everic z trudem stłumił impuls, by się do niej dołączyć. To by było conajmniej idiotyczne – pomyślał sobie i zbliżył się do głazów, oglądając ich piękne zdobienia, zupełnie zapominając o swoim wierzchowcu, pozostawionym na granicy lasu. Doszedł do wniosku, że dźwięki musi powodować wiatr dmuchający w wywiercone w skale otwory. Kalisto zaraz potem wszedl na polanę i przywiązał obydwa konie na jej skraju. Następnie powolnie położył się w trawie, rozkoszując się melodią Śpiewających Skał. Przeciągnął się i ziewnął, zadowolony z chwili wypoczynku w tym znanym mu miejscu. Magię tej chwili zburzyło siarczyste przekleństwo, które dobyło się spośród drzew na południowy-zachód od polany. Taraer podniósł się, wypatrując ruchu między drzewami, elfka skoczyła po swoją torbę, a złodziej sięgnął po sztylety, niepewny co ich czeka. Po chwili w lesie, między drzewami były już widoczne dwie sylwetki. - Na wszystkie gromy Groundara! – parsknęła wyższa postać, iście zwierzęcym głosem. - Że też te gałęzie są tak nisko – zawyła. Po chwili na polanę przedarł się elf o rudych, potarganych włosach. Jego twarz natychmiast się roześmiała, gdy spojrzał na postaci na polanie. Zaraz za nim na łąkę wtoczył się minotaur z licznymi małymi zadrapaniami na głowie i torsie. Potrząsnął energicznie łbem i rozejrzał się po łące, mrucząc coś w sobie tylko znanym języku. - Lomyriand! – wykrzyknęła elfka porzucając swoje rzeczy i biegnąc na spotkanie elfowi. – Bałam się, że nie przyjdziesz, po tym jak miesiąc temu... Elf objął ją delikatnie, a sama blondwłosa się w niego wtuliła, opierając głowę na napierśniku. - Co się z tobą działo? Gdzieżeś się podziewał? – dopytywała, będąc bliska płaczu. Lomyriand chrząknął, spoglądając na swego towarzysza, następnie na obcego człowieka i Kalista. Taraer zdawał się świdrować go wzrokiem. - Spokojnie. Uważaj na kolce i kanty, skarbie – wymamrotał do Tishy, czekając aż ta zwróci mu swobodę ruchu. – To długa historia. Elfka puściła rudzielca, po czym z niepewnością spojrzała w oczy swego elfiego przyjaciela. - I dlaczego sprzymierzyliście się z minotaurem? On i jego pobratymcy to plugawe bestie – syknęła ciszej ostatnie zdanie. - Cóż, skoro ty masz za towarzysza taraera, czemuż ja nie moge wędrować z nim? – odparł z błyskiem w oku. Kalisto wydał z siebie niski pomruk, czując się znieważony poprzez porównanie do minotaura. Tisha nagle sposępniałą i spojrzała w stronę, z której przybył Lomi i Zor. Nikogo tam nie było. - Gdzie jest Altrind? – zapytała cicho. Wzrok Lomyrianda uciekł przed jej spojrzeniem na bok, szukając wsparcia w minotaurze. Na chwilę na polanie zapadła cisza, mącona jedynie przez melodię Śpiewających Skał. - Mów! - Altrind, widzisz skarbie – zaczął tłumaczyć, lekko się zająkując – on dołączył do przodków, na bagniskach... - Nie! – krzyknęła w proteście przez ściśnięte gardło. Łzy zaczęły jej się cisnąc do oczu. – On nie mógł umrzeć, przysiągł... – dalsze słowa elfki były już tylko niezrozumiałym bełkotem. Rudzielec natychmiast sposępniał, ogarnęły go wyrzuty sumienia. Czuł, że jego brat krwi zginął przez…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych