Opowieści Wielkiej Wojny - Grób Legionisty
Opowiadanie historyczne o Polsce.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
- Kiliński, ty socjaliku z niewyparzoną gębą. Rusz tyłek, bo nas Moch wywącha – krzyknął szeptem żołnierz w szarym uniformie – jak nas Piłsudski dopadnie to się zakończy nasza wojaczka. - Było biec do rzeki, a nie kryć się po stodole. Teraz nasi już za Wisłą, a my oddzieleni od nich nie tylko wodą, ale też Ruskimi. - Gdzie za Wisłą. Był rozkaz cofania się wzdłuż brzegu z Korczyna na Winiary. Musimy się tylko dostać nad rzekę i przedzierać szuwarami. - Ale przecież inni cofali się przez rzekę. - I co z tego. Masz mapę? No oczywiście dostała w stodole. Dwaj młodzi Piłsudczycy nie mieli dziś dobrego poranka. Pierwszy kontakt z Moskalem nie wypadł dla nich najlepiej. Przewaga technologiczna wroga zmusiła legionistów do porzucenia zajętych pozycji. Życie mógł im uratować jedynie śmiały odwrót. Ale oni zawahali się. Po pięciu minutach było już za późno. Koledzy odbiegli, a Moskale wpadli pomiędzy obejścia i wtoczyli działo na podwórko. Armata zaczęła swój koncert pod stodołą w której się schronili. Jak to się stało, że zamarudzili? Nie starali się odpowiadać na to pytanie. Rosjanie strzelali przez całe przedpołudnie, a oni siedzieli jak trusie w sianie. Jabrocki rozmyślał o swoim życiu, które zaczęło przewijać się mu przed oczyma wyobraźni. Nie wiedział dlaczego tak się działo. Czuł ulgę, że jednak po wstąpieniu w Kielcach do oddziału zdecydował się na spowiedź u tego kapucyna, ojca Kosmy, czy jak go tam nazywali. A Kiliński? Młody socjalista z długoletnim doświadczeniem działacza i rewolucjonisty popierający ruch robotniczy. Przyłapał się w stogu na rozmyślaniach nad tym, dlaczego nie wierzy już w Boga i dlaczego ta Niewiara jest tak mało przekonywująca. Potem Moskale przeszli do ofensywy. Szybko przetoczyli działo i odbiegli z podwórka, a nasi bohaterowie rozpoczęli operację przedzierania się do swoich. Ruszyli natychmiast. Nie czekali na magiczną osłonę całunu nocnych ciemności. Dlaczego? Może były to nerwy, może brak doświadczenia. Obeszli zajęty przez Rosjan Korczyn dużym łukiem i mieli zamiar wrócić nad brzeg Wisły. - Dobra socjaliku, Korczyn za nami. Teraz przez to pole do tamtego zagajnika. Tam gdzie ta krowicha. - Myślę, że za tymi drzewami na pewno jest już Wisła. - Dobra. Biegniemy. Wybiegli na rozległe pole. Podążali ostrożnie z lekka przygarbieni. Dobry kilometr dzielił ich od zbawiennego lasku. Biegli w kierunku czerwonego punktu widocznego wśród drzew. To pasąca się krowa, która nie wiadomo jakim cudem uchowała się w wojennej pożodze. Nie widać było wroga. Spodziewali się, że Moskale po wyparciu swoich zadowolą się przed nocą wyłącznie zajęciem Korczyna. Wroga artyleria milczała. Biegli już pewniej. Jednak w połowie pola serca stanęły im w gardłach. Usłyszeli za sobą ruch. - Jezu Ruskie za nami, chyba cała sotnia kozacka – krzyknął Kiliński - Od kiedy jesteś taki pobożny socjaliku. To tylko patrol, chyba sześciu – odrzekł Jabrocki - Przebieraj nogami i żałuj za grzechy, oni nam nie puszczą. Może się poddamy? - I zawiśniemy. Oni pewnie jeszcze nie wiedzą, że Austriacy uznali nas ostatnio za kombatantów. A w ogóle to dla Ruskich jesteśmy buntownikami. Szykuj werndla, nie damy łatwo skóry - Matko Boża, wyparłem się Ciebie dla idei, przyjmij duszę moją - Ognia! Cholera zaciął się. - Aaaa
***
Wszedł z wolna na przestarzały Most Podgórski. Wiosenny wietrzyk zdemolował jego starannie zaczesane siwe włosy. Będąc na samym środku mostu jeszcze raz spojrzał na Kazimierz i szybkim krokiem ruszył w kierunku Podgórza. Był tam umówiony z młodym oficerem jednostki C.K. Armii odpowiedzialnej za porządkowanie galicyjskich pobojowisk i organizowanie cmentarzy wojennych. Za mostem minął Kamienicę Aleksandrowiczów i idąc pomiędzy domami dotarł do Rynku Podgórskiego. Tam rozejrzał się i skierował swoje kroki w kierunku Magistratu. - Ausweiss bitte – wyrwało go z zamyślenia gwałtowne syczenie. Obejrzał się i ujrzał chuderlawego sierżancika C.K Armii. Jego kwadratowy niemiecki zdradzał, że był on Czechem, może Słowakiem na służbie Jego Cesarskiej Wysokości. - Ausweiss bitte – powtórzył z uporem nadgorliwiec. Podał mu swoje papiery wystawione jeszcze w Łodzi przez placówkę niemiecką i zastygł w milczeniu. - January Jabrocki – przeliterował sierżant i zaraz krzyknął - Was ist das. - Meine Unterlage – odrzekł spokojnie starzec. - Unterlage. Du bist ein Spion. Hande hoch. Wszyscy przechodnie z obojętnością spoglądali na scenę spod Magistratu. Dla nich była to codzienność. Żołnierz zrewidował Jabrockiego i już miał go zabrać na dalsze przesłuchanie do aresztu, gdy usłyszał za sobą stanowcze: - Halt. Was bedeutet das. Sierżancik wyprostował się jak struna. Młody oficer rozpoczął tak wymowną połajankę, że to już nie było codziennością w Twierdzy Kraków. Przechodzący uśmiechali się złośliwie. Bardzo nie lubili panoszących się w mieście Czechów. W końcu sierżancik obrócił się na pięcie i odmaszerował w kierunki koszar. - Witam Panie Jabrocki – wyrzekł energicznie młody porucznik. - Zdzichu jak ty się zmieniłeś w tym mundurze. - Jeszcze lepiej będę wyglądał w polskim mundurze. - Nie chciałeś do Legionów. - Teraz trochę nabór wstrzymany. Ale w tej jednostce jest mi dobrze. Zresztą po wojnie to my będziemy administrować grobami wojennymi i ktoś musi to wtedy kontrolować. - Wierzysz w Polskę? - Jak Pan, i Janek. Ale nie mamy zbyt wiele czasu. Chodźmy do Parku Bednarskiego, tam niedaleko, tuż za kościołem. Przeszli obok pięknego kościoła św. Józefa. Jabrocki przekazał Zdzichowi list od ojca z Łodzi. Jabroccy i Kamińscy byli przed wojną znaczącymi przemysłowcami włókienniczymi, a zarazem prywatnie wielkimi przyjaciółmi. Z kolei ich przodkowie byli wielkimi powstańcami, emigrantami i zesłańcami. Aż dziw bierze, że tym dwóm Panom władze Carskie tak bardzo nie dokuczyły w przemysłowej karierze. Ale tymczasem widok stał się zniewalający. Wiosna opętała swoimi kolorami i zapachami cały park oraz pobliski kamieniołom. Spacerując rozpoczęli dalszą rozmowę: - Otrzymałem od Pana list i przyznaje, że ustalenie pochówku Janka nie będzie rzeczą prostą. Ma Pan ostatni list od niego? - Tak oczywiście. Możesz przeczytać Zdzisław przeczytał pismo uważnie i powiedział: - Dziwne. Janek opisuje w nim wszystkie wydarzenia od wstąpienia do oddziału w Kielcach do pierwszych utarczek pod Korczynem. A więc są to wydarzenia do sierpnia 1914. - Tak – odpowiedział Jabrocki – Ale list został nadany dopiero w listopadzie 1914 z Krakowa. - Hm – zamyślił się Zdzicho – To by się zgadzało. Piłsudski i jego bataliony po rajdzie przez Ulinę Małą, a przed wyjazdem w Karpaty były w Krakowie właśnie w listopadzie. Wtedy Janek mógł nadać list. Ale dlaczego nic od sierpnia już nie napisał? - Zdzichu popatrz – Jabrocki założył okulary i odczytał ostatnie zdania listu od syna: – „Tato, wojna jest straszna i czasochłonna. Nie wiem, czy dam radę pisać. Przyszło mi walczyć o Polskę i o życie” - A więc tego się trzymajmy. Janek nie miał czasu pisać i zginął pomiędzy listopadem, a grudniem 1914. - Tym bardziej, że byłem w lutym 1915 w Kętach u odpoczywających legionistów. Nikt nie przypominał sobie nazwiska: Jabrocki. Dopiero na listach kieleckiego zaciągu zorientowali się, że ktoś taki u nich walczył. Ale kiedy zaginął – tego nie umiano mi powiedzieć.
***
- Masz piękne biurko jak na czasy wojenny – zdziwił się Jabrocki. - A takie jakieś – odparł zmieszany Zdzisław i chcąc trochę zmienić temat zapytał – Jak tam noc? - Wszy, bywalczynie tanich hotelików – odparł January. - Ja też nie spałem. Szukałem całą noc i dużo nie znalazłem. Proponuję jednak na początek pojechać do Limanowej. Tam pod Marcinkowicami zginął Jan Jabłocki, obecnie spoczywa na parafialnym w Limanowej. - Nazwisko jakby podobne. - Może przekręcili. Tutaj papiery. Będzie Pan wizytatorem miejsc pochówku żołnierzy. Galicja stoi przed Panem cała otworem. Oczywiście zachodnia. We Lwowie mogą Pana spotkać podobne nieprzyjemności jak wczoraj pod Magistratem. Ale myślę, że miejsce śmierci Janka znajdzie się tu, na zachodzie. - Dzięki chłopcze. - A jeszcze pieczęć. Dziś mamy 29 kwietnia 1916. Prawie tydzień od Wielkanocy. - W Wielkanoc wyjechałem z Łodzi. - Tak – wyrzekł Zdzicho pochylony wpisując numer przepustki w rejestr – Ale mam do Pana jeszcze jedno pytanie – Jest wojna. Dlaczego teraz Pan ... – już nie dokończył. Jabrocki niespostrzeżenie wyszedł z koszarowego biura.
***
- Jest wojna. Pan ma już swój wiek. Dlaczego właśnie teraz wyruszył Pan na poszukiwanie grobu syna? – zapytał z zaciekawieniem ksiądz Łazarski wpatrując się w twarz rozmówcy. - A dlaczego ksiądz, mimo zawieruchy wojennej buduje ten niecodzienny kościół tu, na prowincji? – odpowiedział melancholijnie Jabrocki i zaraz skonfundował się z lekka – Przepraszam, nie powinienem tak odpowiadać. - Nie szkodzi – zamyślił się ksiądz i dodał - Ja po prostu coraz bardziej wierzę, że to nie jest moje dzieło tylko tej, która tu zamieszka – Bolesnej Królowej. Wierzę, że ukończę co rozpocząłem. - Tak? - Rekwirowali materiały, zabierali mężczyzn do armii, Rosjanie strzelali w wieżę, spalili część miasta, ale ja wierzę. Wierzę, że ta budowa będzie skończona tak jak Pan znajdzie to, czego szuka. Tylko czasu nie można być pewnym. Czasu, kiedy dzieło zostanie ukończone. Ale i oto groby żołnierzy z 1914. Cmentarz był piękny przepełniony majowym zapachem. Z oddali słychać było odgłosy miasta. Właśnie do pobliskiej stacji wjechał parowóz, a głos jego sapania roznosił się po całej Limanowszczyźnie. - Oto grób Walentego Jabłockiego, kawalerzysty spod Marcinkowic. A tu obok w kwaterze moskiewskiej spoczywa najprawdopodobniej jego brat – Jan Jabłocki. - Brat?! - Znaleziono ich martwych obok siebie. A ciekawie zrobiło się wtedy, gdy zaczęto przeszukiwać poległych. Jakie było dziwowisko, gdy pośród dokumentów Moskala znaleziono list od Walentego Jabłockiego. Odkryto również imię poległego: Jan Jabłocki. Koledzy legionisty od razu poznali charakter pisma Walusia w liście Jana. Waluś miał też zdjęcie rodzinne. Był na nim człowiek łudząco podobny do martwego Rosjanina. Stwierdziliśmy, że ci dwaj muszą być bracmi i pochowaliśmy ich niedaleko od siebie. - Bracia – wyszeptał pobladły Jabrocki - Co się stało? – spytał zaniepokojony ksiądz - To nie moje dziecko. Miałem tylko jednego syna. Miałem syna Królewiaka, ale nie Moskala.
***
- January, dlaczego jest tu tak jasno? Zasłoń firanę. - Róziu, nie ma tu firan. - Ale przecież były, co z nimi zrobiłeś? - Zapomniałaś. - Duszno otwórz okno. - Jest zimno, to dopiero początek marca. Śnieżyca za oknem. - January, wojna zabrała nam fabrykę, dom i syna. Znajdź jego grób. Pochowaj mnie i znajdź jego grób. Nie czekaj na koniec wojny tylko szukaj. Co to za hałas, co to za dzwonki? - Ksiądz kanonik z wiatykiem.
***
Stał obok jednej z mogił cmentarza legionistów w Łowczówku. Jasny promień czerwcowego słońca oświetlał poblakłą fotografię żony, którą trzymał w dłoni. - Róziu nie znalazłem. Przeszedłem całą Limanowszczyznę i okolice Sącza. Przeszedłem cały szlak legionowy. Pukałem do dworków i chłopskich chat. Chodziłem po górach, pagórkach, krzakach i cmentarzach. Potem przyjechałem do Tarnowa. Nawiązałem kontakt z Ligą Kobiet. Panie pokazały mi wszystkie cmentarze naszych chłopców na tej ziemi. Od półtora miesiąca jestem w drodze, w wiosennym deszczu i upale. Nie znalazłem syna. Ty go już masz po tamtej stronie. Ale jego kości gdzieś się poniewierają na tym świecie. Natchnij mnie gdzie mam szukać. Nagle jego milczenie przerwał hałas dobiegający z wejścia na cmentarz. - Tak, ojcze. Myślę, że ojciec jest zadowolony z urządzenie tego miejsca. Legioniści spoczęli razem w jednej mogile, o tam. Jabrocki poznał panią z Ligi Kobiet, która i jemu wskazywała miejsca spoczynku żołnierzy w tych okolicach. Tym razem oprowadzała jakiegoś zakonnika, zdaje się, że kapucyna. January zorientował się, że właśnie zaczęli przybliżać się w kierunku mogił przy których rozmawiał z żoną. Chciał niespostrzeżenie usunąć się i uniknąć spotkania. - O Pan Jabrocki. Witam – powiedziała kobieta z uśmiechem i zwróciła się do kapucyna - Pan Jabrocki szuka mogiły poległego syna. - Naprawdę – odpowiedział zakonnik – Szczęść Boże, ojciec Kosma Lenczowski - Lenczowski – zdziwił się Jabrocki – Ja ojca przecież znam.
***
- Już u króla Sobieskiego jadącego na odsiecz Wiednia Kapucyni stali w przybocznej kapelanii. Dlatego by stało się zadość tradycji Kapucyn poszedł z legionistami w pole. A nie łatwo być dziś kapelanem. Ha. Pamiętam pierwsze Boże Narodzenie. Właśnie nasi bili się pod Łowczówkiem. Zdobyliśmy z doktorem jakąś kurę na Wigilie. Gotowaliśmy ją w opuszczonym domku, a tu nagle odwrót. Wszystko zostawiliśmy. Potem nasi musieli ponownie zdobywać opuszczone pozycje. A my jak już wróciliśmy to w chacie, ani kury, ani ognia w piecu. I było po Wigilii. Ojciec Kosma zauważył, iż Pan January nie był zbytnio zafascynowany jego wspomnieniami. Wpatrywał się w przebiegający krajobraz widoczny z okna wagonu pociągu jadącego z Tarnowa do Krakowa. Ojciec podniósł do oczu jeszcze raz list Janka Jabrockiego i powiedział: - Spowiadałem chłopaka. Tylko drogi Panie tylu ich było w tych Kielcach. Nie pamiętam go. Ale myślę, że trochę błędnie założyliście z synem Pana przyjaciela, że chłopak zginął w Karpatach. - No tak – ale list został nadany z Krakowa - Ale czy własnoręcznie przez Janka, czy pośmiertnie przez inną osobę? Po tych słowach oczy starca odżyły nadzieją na nowo. - No to co ojciec radzi? - Szukać od początku. Od Korczyna, gdzie urywa się list syna. - A potem. Przecież legiony rozerwały się. Część chłopców została w centrum, a część przez Kraków udała się w Karpaty. - Należy szukać śladem Piłsudskiego. Ja nie miałem okazji przedzierać się z nim przez Ulinę. Ale miałem wgląd w sprawy ewidencji umierających tej części legionów, które zostały. Zatem mniemam, że prawdziwe poszukiwania jeszcze przed Panem. - Zatem do Korczyna? - Tak radzę.
***
- Skąd matka ma ten brewiarzyk? – z naciskiem pytał ksiądz Halak - Od legionisty – odparł coraz bardziej zmieszany chłop. - Oj, Jastrząb, opowiadajcie wszystko – ten Pan szuka swojego zmarłego syna, a wy macie jego brewiarz. January siedział w kącie jednego z pokoi plebani w Gręboszowie i z drżeniem rąk przeglądał książeczkę. Był pewien, że należała do jego syna. Sam w 1911 kazał trzy sztuki popularnego jak na owe czasy modlitewnika oprawić w skórę i zaopatrzyć przednią stronę okładki w herb rodowy. Jeden egzemplarz oddał żonie, drugi synowi, a z trzeciego korzystał sam. Drżał całym sercem, gdyż przeczuwał, że jego poszukiwania dobiegają końca. Całym sercem był wdzięczny Bogu za spotkanie z ojcem Lenczowskim. To on dał mu adres miejscowego proboszcza. Ksiądz Halak po przeczytaniu listu od ojca Kosmy bardzo serdecznie ugościł starca u siebie. Pokazał wszystkie groby na cmentarzu parafialnym, obiecał, że po Bożym Ciele wskaże miejsca za Wisłą, gdzie również spoczywają żołnierze. Ale wcześniej przyszło wspomniane święto. Ta ludowa procesja, odświętni chłopi i ta tajemnicza książeczka w ręku jednej z bab. January nie wytrzymał i krzyknął. Dobrze, że był to już koniec uroczystości. Zaraz do niego doskoczył młody Jastrząb, syn obecnej właścicielki modlitewnika. Zrobiła się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil lukkad
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…