Wróć do katalogu

Papieros marki Marlboro

Papieros marki Marlboro

szymon, opublikowano , 13 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wstając zatoczyłem się lekko, na co kilka osób zwróciło uwagę gromkim śmiechem. Zaśmiałem również, bo nigdy w śmiechu nie pozostaję dłużny. Oni również odeśmiali, ktoś poklepał po plecach czym pomógł ruszyć w kierunku roztartego dymem papierosowym kontuaru, gdzie innych osób kilka już czekało i wiedziałem, że i mi przyjdzie czekać na złocisty płyn w prawdopodobnie czystym kuflu. Słowo prawdopodobnie zaiskrzyło i skierowało moją wyobraźnię na kufle, które właśnie przeszły obok mnie niesione przez pulchną kelnerkę. Wszystkie były brudne, brud poszedł wraz z nimi, zniknął za wahadłowymi drzwiami, a tam, sprawnymi i lekko lepiącymi paluszkami władowany został do zmywarki. Poczułem się lepiej gdy wyobraźnia zmywarkowej głębi zmyła wszelkie nieczystości w temperaturze sześćdziesięciu pięciu stopni. Odetchnąłem z wyraźną ulgą, co przypadło dokładnie w momencie dotarcia do kontuaru; tego baru ze starych mebli, na którym ozdobą były nie tylko cukiernice ustawione równo, wręcz symetrycznie, nie tylko ciasta na paterach w okrągłych ślinocieknących pozycjach, ale i choreograficzne tańce popielniczek, chaotyczne składy kart menu, oraz… papieros. Tak, papieros. Jeden, śnieżnobiały, z filtrem w kolorze filtra, papieros, który pewnie nie zwróciłby mojej uwagi, a może nawet nie zwróciłby niczyjej uwagi, może leżałby już na ziemi potrącony niedbale przez kogokolwiek po mnie lub przede mną tu stojącego i byłby deptany, rozgniatany niecierpliwymi butami piwoszy i kawoszy, gdyby nie fakt, że został tu położony z rozmysłem, w symetrycznej odległości do cukiernic i popielniczek, idealnie prostopadle do brzegu kontuaru. Leżał niczym dzieło sztuki pozostawione by je oglądać, podziwiać, w zestawieniu wszystkich rzeczy wokół zauważać najbardziej, najmocniej, najkrzykliwiej. Leżał i przyznam szczerze, fascynował. Doceniałem kunszt pomysłu, delektowałem się formą, lekkością wykonania, ulotnością nakładu kosztów. I nie wiem, czy tuż po myśli o kosztach, czy też przed cukiernicą przyszło mi do głowy, że zapalić byłoby rzeczą najwłaściwszą, najznakomitszą, największym zwieńczeniem dzieła artysty tak śmiałego i tak równolegle ze mną porozumiałego w dzieła piękności stworzeniu. Zapalić to cel spełnienia, idea główna, czasoprzestrzenna, nadzrozumiała. Tak, delektowałem się. Tak, doceniałem. Dogłębnie tak wyrażałem podziw mój niemy. Po czym, z uśmiechem błogim, gestem świadomie barokowym, ująłem papieros w dwa moje palce, oparłem go pewnie o lekko drżące wargi ust moich i uderzając gestem pewnym, mocnym, świadomym zapałką o draskę, chwilę upajając się jej widowiskowym rozbłyskiem, podpaliłem papierosa marki Marlboro. Przyznam szczerze – palił się nadzwyczajnie. Oparty plecami o kontuar, czy może bardziej bokiem, z upojnym uśmiechem na ustach, ogarniałem wzrokiem salę, chciałem by wszyscy podziwiali, by nikomu nie umknął fakt ten jakże doniosły i bezwzględnie artystyczny. Ten dym unoszący się z jego końca, ten idealnie czerwony żar przy głębokim zaciągnięciu powstający! Ta stylistyka wpisana najpierw w blat między cukiernicami a popielniczkami, a potem we mnie samego, w moją postać zakończoną żarzącym elementem, serpentyną dymu, garstką upadającego na podłogę popiołu! Ach! Niewymownie, nadzwyczajnie, wręcz błogochwilnie. Tak się czułem i tak czułbym się wciąż, gdyby nie zwykły, wręcz idiotyczny fakt wypalenia się mojego dzieła sztuki. W chwilę przed ostatnim zaciągnięciem, które, a o to postarałem się jak mogłem najbardziej, było zaciągnięciem najwyższej klasy, największego kunsztu zaciągającego, w chwilę przed poczułem lekki smutek. Coś na kształt zespolenia, stania się jednością, całością z papierosem, z jego nieuniknionym końcem. Poczułem się tak, zaciągnąłem i jednym śmiałym, mocnym, dosadnym, pewnym i ostatecznym gestem zgasiłem niedopałek w najbliżej stojącej popielniczce. I wtedy się stało to. Otrzeźwiałem. W jednej chwili zstąpiła rzeczywistość. Po co? Po co do ciężkiej cholery ten papieros? To taki żart? To mógł być żart! Ale żart byłby okraszony śmiechem, ale nikt, a przyjrzałem się wtedy sali bardzo wyraźnie, nikt nie śmiał się świadomie w moim kierunku. Nikt nie dawał wyrazu zwieńczenia żartu. Nie. To mogło być coś innego. To nie żart! To pułapka! Pułapka!! Przeraziłem się. Ja głupi, idiota, kretyn! Wpadłem jak najgorszy głupek! Wpadłem w sidła jakiegoś surrealistycznego zamachowca, który pozostawiając papierosa wiedział, że musi on zostać wypalony. A mając tę pewność mógł do jego środka… Nie. Nawet nie kończ. Nie chcesz wiedzieć, co tam wsadził! Najlepiej wróć do stolika, odczekaj kilka chwil, poskładaj myśli. Jeśli nic się nie stanie, jeśli nie odczujesz żadnych wyraźnych symptomów… Tak, to dobry pomysł. Jestem świadom tego, że dałem się złapać. Ale jestem też świadom tej świadomości, a przecież uświadamiając sobie… Przestań pieprzyć! Dość! Po prostu wracasz do stolika, udajesz, że nic się nie stało, rozglądasz ukradkiem po sali i szukasz ewentualnego sprawcy, czy też żartownisia. I dość pokrętnych wywodów, dość tej całej otoczki! Bierzesz się w garść i wracasz! Rozumiesz?! Tak. Dokładnie. W najdrobniejszym szczególe. Tylko jest jedno małe ale. W momencie kiedy wykonałem pierwszy krok, kiedy barmanka już pytała, co podać, a ja już chciałem powiedzieć, że nic, że dziękuję, otworzyły się drzwi knajpy. Pamiętam to, bo otworzyły się tak jakoś nachalnie. Tak dziwnie. I tak sugestywnie, że ściągnęły całą moją uwagę, która skupiwszy się na owym lśniącym latarnią uliczną prostokącie dostrzegła postacie znajome, dobrze znajome, wręcz bardzo dobrze znajome! Struchlałem. Poczułem się struchlale. Zamarłem w pół kroku i w zamarciu patrzyłem jak po kolei wchodzą, jak zajmują miejsce przy stoliku i jak ostatnia osoba, która zamyka drzwi krzyczy coś przez pół sali do kelnerki, a ja wtedy wiem, że jest bardzo podobna do mnie, wręcz ekstremalnie podobna do mnie, albo raczej jest mną! Całym mną! Mną MNĄ!! Do cholery, to byłem ja! To byli moi znajomi i to byłem ja! Usłyszałem jak się śmieję, jak zamawiam przez pół sali pierwsze dziś piwo, jak siadam i jak prowadzę ożywioną dyskusję na temat, który już dawno zdążył mi wylecieć z głowy, ponieważ mówiłem o tym dwie godziny temu!…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych