Wróć do katalogu

Perypetie młodego Polaka cz.3.

Dalej o poszukiwaniach pracy.

Amba, opublikowano , 13 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Kolejna część tej wyrywkowej autobiografii rodziła się w bólach, ale w końcu się udało. Do rzeczy więc.

Kolejny powrót do kraju i kolejne poszukiwania pracy. Brak ciśnienia na podjęcie pracy powoduje, że rozmowy przebiegają niekoniecznie po myśli pracodawców - mój brak zainteresowania lipnymi ofertami pracy jest zdaje się widoczny, nie ukrywam go jednak wychodząc z założenia, że tego typu praca jest mi zwyczajnie niepotrzebna.

Ogłoszenie w lokalnej gazecie. Firma szuka kierowcy. Dzwonię i pytam o tą ofertę - pani w sumie niewiele może mi powiedzieć, bo to z szefostwem trzeba... Nauczony doświadczeniem wymuszam podanie orientacyjnej stawki - 1500zł netto - oraz ustalam termin interview na następny dzień. Z grubego pliku wyciągam kolejną CV-kę i ruszam przez pół miasta na umówione spotkanie. Z niejakim trudem odnajduję adres - rudera w zapomnianej dzielnicy. No ale kto powiedział, że każda firma musi mieć super siedzibę, zresztą ja mam być kierowcą więc i tak nie będę siedział w biurze. Wchodzę do budynku i kolejna niespodzianka - gubię się. Jest tam bowiem sporo małych firemek, a o ich spis przy wejściu nikt nie zadbał. Niektóre mają swe nazwy przy drzwiach, ale poszukiwana przez mnie nie - cichociemne dranie. Drogą dedukcji i eliminacji znajduję w końcu. W środku tylko sekretarka, szefostwo wyjechało... Nie ma to jak profesjonalne podejście, ale co tam, nie ja jestem najważniejszy, może wypadło im coś pilnego? Tylko czemu nie zadzwonili, jak nakazuje kultura? Odpowiedź jest prosta, bo jej (kultury) nie mieli za grosz, co wkrótce wyjdzie na wierzch. Zostawiam CV, mają zadzwonić i umówić ponowne spotkanie. Jak zwykle stracone pół dnia nie wiadomo na co.

Nie oddzwaniają, za to kilka dni później ponownie ukazuje się ich ogłoszenie. Zdenerwowany dzwonię i pytam grzecznie o ofertę. - Tak, aktualne, proszę przyjść zostawić CV. - Ale ja już byłem raz u państwa i zostawiłem, mieli państwo oddzwonić, bo nikt z waszej strony nie stawił się na spotkaniu... -Ach...Och... - pani najwyraźniej nieco się gubi, jak katarynka powtarza jednak, bym ponownie złożył CV - Wie pani co, wyślę je e-mailem, proszę o podanie adresu. - Ale my nie mamy e-maila... - Proszę nie żartować, XXI wiek, firma z branży telekomunikacyjnej i e-maila nie macie? - No dobrze, podam panu, ale proszę go nie rozpowszechniać...

Jak widać firma nieźle się kamufluje. Wysyłam CV i czekam na odpowiedź, którą "na pewno" dostanę - zgodnie z zapewnieniami miłej pani. I czekam tak do dziś... Później pocztą pantoflową dowiaduję się, że firma ta wciska ludziom jakieś pakiety tv cyfrowej i praca na stanowisku kierowcy w/g nich polega na jeżdżeniu i zdobywaniu zleceń. Kolejna akwizycja która udaje nie wiadomo co.

Jedna z moich ulubionych akcji. Znów z gazety. Scenariusz podobny - wykonuję telefon, blabla kierowca, blabla, jaka fajna oferta, blabla ile płacicie? 2000 zł netto, praca 5 dni w tygodniu, weekendy wolne. Fiu fiu, nieźle. Lecę jak na skrzydłach. Na miejscu zastaję pewną znajomą osobę, tzn. ledwo-znajomą. Kiedyś, kilka lat temu pracowaliśmy w jednej firmie, krótko i w różnych działach, przepisywałem jej wtedy też pracę dyplomową. Duże hmm oczy były jej największą zaletą, dlatego też nie dziwiła mnie jej obecność za biurkiem, szczególnie, że oczy były odpowiednio wyeksponowane. Zdziwiło mnie jednak, że to ona ma przeprowadzać rekrutację - kto przy zdrowych zmysłach na to pozwolił? Panna albo mnie nie poznaje albo jak ja udaje. Przychodzi drugi kandydat na stanowisko kierowcy i zaczyna się. Najpierw wstawka o prężnie rozwijającej się firmie, a właściwie fundacji - i na słowo fundacja zaczyna mi coś świtać. Panna się rozkręca i jedzie monolog ładnych kilka minut, a ja zaczynam przysypiać. Szczególnie, że bystra nigdy nie była, więc posiłkuje się tekstem z ofertą sprzedaży - jakbyśmy byli klientami... A szkolenie z technik sprzedażowych przerabialiśmy razem w poprzedniej firmie, tyle że ja potem miałem praktykę biegając po firmach jako akwizytor i śmiem twierdzić, że nieco się wyrobiłem - ona natomiast siedziała w biurze i odbierała telefony. Szkolił nas ten sam gość, zacząłem rozpoznawać pewne schematy.

Jak wspomniałem - tak się rozkręciła, że zaczęła nam wciskać ten szajs, który sprzedają, taka niby scenka sprzedażowa. - Np. taka kaczuszka, kupiłby pan taką kaczuszkę za 15zł? - I pokazuje jakiegoś potworka, którego nie chciałyby nawet kramy z wiejskich odpustów. - Ni cholery - odpowiadam, kurtuazyjnie ubierając to w elegantsze słowa. - A to dla biednych/chorych/osieroconych dzieci - znów się rozkręca, a ja się wyłączam na chwilę.

Szybkie przemyślenie i już wiem, że nie chcę tej roboty. Schemat dobrze znam - firma zarejestrowana jako fundusz, fundacja czy coś tam by nie płacić podatków, praca polega na jeżdżeniu po wioskach i miasteczkach i wciskaniu głodnych kawałków o zbieraniu na biedne dzieci itp. zbożny cel - i sprzedawaniu pod tą przykrywką jakichś chińskich odpadów, które komuś zalegały w hurtowni. Potem dzieciaki dostaną procent lub dwa, żeby spełnić wymogi statutu, a reszta w kieszeń. Wynagrodzenie zależne od sprzedaży, pranie mózgów jak w sekcie - całe to nakręcanie, np. jeśli sprzedaż ileś tam sztuk to masz "dzwonek" i na koniec dnia, gdy zbiera się cała grupa gałganiarzy jak ty - główny naganiacz obwieszcza to wszystkim, bierze dzwonek i dzwoni, a reszta klaszcze, wiwatuje i co tam jeszcze wymyślą...

Odpłynąłem na chwilę celem dokonania w/w przemyśleń, a gdy wróciłem duchem usłyszałem: -Ale panowie nie będą zajmowali się sprzedażą.

No to ciekawe, nie powiem. To po co odgrywała scenkę sprzedażową? Widać za bardzo się rozkręciła, albo nie miała w repertuarze nic więcej i wstawiła jako wypełniacz, chcąc wyjść na cwaniarę. Ale nie ze mną te numery Hans (jak mówił Brunner) - zwycięsko wyszedłem z pytań podczas tejże scenki, posiłkując się moim wcześniejszym doświadczeniem w sprzedaży mocno bezpośredniej. Gorzej drugi gość, jak się później dowiedziałem - kierowca podmiejskiego busa, który w takich szopkach nigdy nie uczestniczył. Sytuacja zaczyna się powoli klarować i widzę, że…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych