Piasek na śniegu
Jedno z opowiadań o sfrustrowanym dupku.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Wizyta u dermatologa skończyła się szybko, dostałem receptę, moje włosy uratowane! Przy okazji zupełnie niepotrzebna uwaga, że mam urojenie. Pieprzona lekarka, ledwo co na mnie spojrzała i jeszcze raczy komentować, do widzenia, pierdol się. Pod przychodnią był parking, ale jaśnie pan cieć, święty Chuj od nieodśnieżonego kawałka chodnika chciał ode mnie siedem złotych, pierdol się, zaparkuję dwa kilometry stąd. Przespacerowałem się więc, zastanawiając się co ze sobą zrobić przez resztę wieczoru. Piątek wieczór, a ja nie miałem żadnych planów. Chociaż to nie było problemem, co tydzień wyłączałem telefon na te trzy dni, żeby nikt nie dzwonił, nigdzie nie zapraszał. Żeby mieć trochę czasu dla siebie. Tak naprawdę weekend nie różnił się niczym od reszty tygodnia. Wolałem być sam. Przynajmniej do momentu, gdy byłem tak pijany, że jedyne na czym mi zależało to zrobić z siebie idiotę w rozmowie przez telefon. W końcu doszedłem do wniosku, że chętnie obejrzałbym jakiś film. Do kina miałem niedaleko, więc zaraz tam byłem. Bilet na najbliższy seans, komedia. Kawa w bufecie, straszna lura, takie lubiłem. Usiadłem przy stoliku na krześle stylizowanym na reżyserskie. Strasznie niewygodne. Film zaczynał się kilkanaście minut. W której sali? Nie mogłem znaleźć biletu, chyba został w kasie. Dupek mógł krzyknąć, cokolwiek. Poszedł pan bez niego. Dziękuję. A niech cię szlag trafi. Ludzie zaczęli wychodzić z sali. W ciszy, jakby właśnie skończony seans wywarł na nich niemałe wrażenie. Chyba widziałem już ten film, chyba był kiepski. Usiadłem w przedostatnim rzędzie po środku. Kilkanaście osób na sali, nikt obok mnie. Trójka za mną chichotała histerycznie. Z kawału, którego nie dosłyszałem. Szkoda. Kilka reklam arcydzieł dziesiątej muzy. Jedno wydawało się ciekawe. W kinach za trzy tygodnia, pójdę. Gdy w końcu zgasły światła, szepty na sali ucichły. Ktoś zdążył usnąć, irytujące chrapanie i śmiech dookoła. Idioci. Film był nudny, zupełnie pozbawiony sensu i przede wszystkim zupełnie niezabawny. Miałem wrażenie, że ludzie się śmiali tylko ze względu na to, że reżyserem był znany komik. Nigdy nie wychodziłem przed zakończeniem, dwie godziny wlokły się potwornie. Włączyli światła. Zauważyłem kolegę z grupą znajomych, byleby mnie nie zauważył. Skierowałem się ku wyjściu. Moje imię. Spojrzałem za siebie. Biegnie, powalając wszystkich wokół, machając ręką w geście hitlerowskiego pozdrowienia, a ja, zniesmaczony, stałem, czekałem. Cześć, co tam? jak film? W porządku, dziękuję, marny. Czemu sam? Bo nie mam przyjaciół. Aha, muszę lecieć, cześć! Włączyłem na chwilę telefon, nie wiem nawet dlaczego. Sms. „Zadzwoń”. Tak też zrobiłem, idąc do samochodu. Dwa sygnały i połączenie. - Cześć, co jest? - Gdzie jesteś – usłyszałem głos M., dobrego kolegi, jeszcze z czasów licealnych. - W kinie. - K. zaprasza do siebie, jedziemy? - Aha. - Jestem u B., do zobaczenia. Ruszyłem w stronę Żoliborza. Zaraz byłem pod domem B., puściłem sygnał i M wyszedł po kilku minutach. Z dwiema butelkami Łomży. Hej, dokąd jedziemy? Batorego. Kto tam jest? S. i K. Okej. Zbliżała się dwunasta, czułem się trochę zmęczony, ale miałem ochotę zobaczyć S. Urocza dziewczyna. Niezbyt urodziwa, ale urocza. Z twarzą jak kurczak. W drodze naszły mnie znane myśli. Ciemny pas prostej drogi, ledwie tlące się światło pomarańczowych lamp i mój nijaki, bezbarwny głos wyjękujący pół szeptem każdy płytki wers piosenki akurat lecącej w radiu. Przyspieszałem wtedy, nie zważając na kiepskie warunki. Sześćdziesiąt, czwórka, osiemdziesiąt pięć, piątka, sto, sto dwadzieścia, trochę szybciej. Tyle lat, a ja przy zmianie biegu ciągle patrzyłem na deskę rozdzielczą. I na żółtą kontrolkę serwisu, która nie znikała od pół roku i po drugim przeglądzie. M. siedział cicho, sącząc piwo, patrzył przez okno na uciekające budynki,…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil piatybaczynski
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…