Wróć do katalogu

Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 12

Wszystko dla władzy

MKP, opublikowano , 11 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Światło wczesnego poranka pogłaskało klasztorne mury pogrążone w żałobie po setkach młodych mężczyzny, którzy dokonali tu żywota, modląc się do Arkturosa o bezbolesną przemianę. Nawet jeśli była dla nich szansa na ratunek, to kilkudniowa podróż spod Planfert przypieczętowała losy większości z ciężko rannych.

Żadna z zakonnic czuwających w lazarecie nad tymi, którzy jeszcze toczyli bitwę o życie, nie zauważyła nadejścia kolejnego dnia, a Matka Sainik nie stanowiła w tym wypadku wyjątku. Całą noc wspierała swoje podopieczne, jak tylko mogła i gdyby nie wieść o przybyciu generała dowodzącego kontratakiem, nie opuściłaby lecznicy przez kolejną dobę.

Generał Herman Skortel, stary wilk południa, ze zgrozą patrzył, jak przerzucano zwłoki jego ludzi na podstawione powozy i wywożono do spalenia. Wyznawcy Arkturosa nie praktykowali pochówków, wierząc, iż ogień przynosi boską przemianę i uwalnia duszę od martwego cielesnego więzienia.

– Panie generale, co z nimi robimy? – spytał telmiański piechur, wskazując berdyszem na grupę pokiereszowanych sungardzkich jeńców, którzy pod obstawą wojskowych wyczekiwali na osąd.

Skortel otrząsnął się z pochmurnych rozmyślań i spojrzał na wskazanych piechurów. Jeden z nich miał prowizoryczny opatrunek przesiąknięty świeżą karminową krwią, dwóch kolejnych odniosło ciężkie rany cięte, a ostatni, z twarzą bladą jak nieboszczyk, ledwie siedział oparty o mur.

Generał był świadkiem tego, co pasiaste niedźwiedzie wroga robiły z rannymi. Gniew i chęć zemsty wzięły górę nad etyką rycerską. Zasępił wzrok, splunął sążniście i dobył miecza.

– Ten brodaty z opaską na łbie wygląda na wysokiego rangą; jego przesłucham. Resztę dobić. Mamy wystarczająco swoich rannych do opieki.

– Jeśli ktokolwiek wyciągnie miecz w tych murach, to osobiście utnę mu nim łeb! – ryknęła Matka Sainik, koncentrując na sobie całą uwagę.

– Z całym szacunkiem… Mało Matka ma roboty z naszymi? A to właśnie dzięki nim. – Skortel wskazał palcem na sungardczyków.

Matka podeszła do niego szybkim pewnym krokiem.

– TU!… Nie ma WASZYCH… NASZYCH ani SWOICH! – wyjaśniła z emfazą i dostąpiła do generała tak blisko, że ten odruchowo zacisną pięść na rękojeści. – TU! – kontynuowała, uderzając go zaczepnie palcem w napierśnik. – TU jest sanktuarium, gdzie leczy się wszystkich: niezależnie od tego, kim są.

– Ale oni… – Skortel podjął obronę.

– Historia uczy – weszła mu w słowo ¬– że dzisiejsi ONI to jutrzejsi MY. No, chyba że generał zapominał, skąd się tu wszyscy wzięliśmy i co zrobiliśmy z poprzednimi osadnikami, żeby móc tu być? Po minie widzę, że z historią nie jest pan na bakier, panie generale. – Uśmiechnęła się drwiąco.

Skortelowi zagotowała się krew, ale nie pyskował. Tylko jego twarz przyjęła czerwony ceglany kolor.

Puścił uchwyt broni.

– Mistrzyni Karevis! – Tatiana przywołała mistyczkę, która rozdawała wodę i prowiant lżej rannym ułożonym pod arkadami okalającymi dziedziniec.

Milena odstawiła misę i podbiegła do Matki.

– Tak, Matko Sainik?

– Zatamuj krwawienie tego bladego Sungardczyka. On tu zaraz zejdzie.

– Oczywiście, Matko – przytaknęła mistyczka i ruszyła w stronę pilnowanej grupki zbrojnych.

– Frolrencjo! Nino! – Tatiana zawezwała dwie adeptki. – Opatrzcie pozostałych jeńców i zszyjcie łeb temu brodatemu: leje się z niego jak z zarzynanej świni. – Nakazała i rzuciła Skortelowi groźne spojrzenie. – Starczy już śmierci na dzisiaj. Rozumiemy się? – syknęła mu w twarz i nie czekając na odpowiedź, ruszyła w stronę wewnętrznej bramy.

Wspominany brodaty Sungurdczyk, na którego pokrwawionej zbroi widniały insygnia Oruńskich Skrzydlatych jeźdźców, odprowadził Matkę wzrokiem aż do miejsca, w którym zniknęła za murem. Wtedy jedna z sióstr, ze szczerą pogardą w głosie, nakazała mu zagryźć podaną ścierkę zaplecioną w gruby supeł.

– Będzie bolało – warknęła.

Nim zdążył zacisnąć zęby na materiale, dziewczyna zaczęła odrywać przyklejony do rany opatrunek bez należytej delikatności.

Czerwień spłynęła mu na oczy. Nawet nie jęknął, choć ból był potworny.

****************************************************************

W sali zgromadzeń telmiańskiego pałacu, panowała nienaturalna cisza. Zwyczajowe szepty prowadzonych pokątnie rozmów ustąpiły grobowej atmosferze i nawet król, choć targany przez delirium, siedział teraz pokornie, w napięciu wyczekując raportu z frontu.

Dostarczenie tych wieści przypadło diukowi Lindanowi, jako że to właśnie Linden był formalnym zwierzchnikiem Telmiańskiej armii. Nietęga mina i ciężki oddech arystokraty nie zapowiadały opiewania sukcesów: nikt też na to nie liczył, gdyż miasto było pełne rannych z frontu, którzy nie ukrywali tego, jak potoczyła się bitwa o Planfert. Jedynie król nie był do końca pewien, co się wydarzyło, ale czuł w kościach, że jego dalsze beztroskie życie stoi pod znakiem zapytania.

Pozostali diukowie, hrabina i Matka Sainik chcieli tylko wiedzieć, jak bardzo źle było w rzeczywistości. Marazm udzielał się nawet piórom w kapeluszu Halendora, które oklapły na stylowe rondo.

– Diuku Lindenie… – rozpoczął Artwell, który nie mógł już wytrzymać ciszy. – Prosimy o prawdę: bez owijania w bawełnę i robienia złudnych nadziei.

Linden powstał i oparł ramiona o blat wiekowego stołu; tego samego, przy którym pokolenia jego przodków walczyły o przywileje, aż w końcu udało im się wyrwać władzę z rąk królewskiego rodu. Niestety los wybrał właśnie jego, żeby przypomnieć oligarchom, iż owa władza niesie ze sobą także

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych