Pięć Domen: Opowiadania - Przyjaciel: cz. 14
Groza u Bram
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Niewielka zakonna lecznica pękała w szwach od ciężko rannych, których szansa na przeżycie najczęściej ocierała się o zero. Takich jednostek toczona wojna dostarczała aż w nadmiarze – w szczególności jeśli przeciwnik rzucał do walki rozwścieczone gigantyczne niedźwiedzie. Stłoczeni przy ścianach młodzi mężczyźni, często pozbawieni kończyn, ze strachem w oczach przywoływali zakonnice, żeby te przyniosły im ulgę w cierpieniach.
Przebywanie w tym miejscu łamało serce, a pomieszczenie wysycone makabryczną atmosferą przypominało poczekalnię przed gabinetem samej śmierci. Niemniej jednak Zemma i Kahia – przy wsparciu kilku młodszych adeptek – nie odpuszczały żadnej szansy na ocalenie choćby jednego życia. Dzięki nim nawet ci, którzy umierali, odchodzili bez lęku i ze smakiem nadziei w ustach.
Również katedralne sanktuarium Arkturosa wraz z jego ławami i kilkoma bocznymi nawami zaadaptowano na potrzeby lazaretu, ale tę część wyznaczono dla lżej rannych Telmian i – ku oburzeniu większości miejscowych – również kilkunastu schwytanych Sungradczyków. Nikt jednak nie odważył się podnieść ręki na skupionych w grupie jeńców: głównie, dlatego iż bali się Matki Sainik.
Jeden z cesarskich przyniesiony w fatalnym stanie po ugodzeniu włócznią zmarł, nim Zemma zdążyła go pozszywać, ale pozostali trzymali się całkiem nieźle – z wyjątkiem masywnego brodacza z twarzą, na której widok winno się wystawić sakiewkę i prosić o łaskę: jemu berdysz niemal odciął pokaźny skalp.
Gdy dotarł do zakonu ogromny płat skóry nad prawą skronią, trzymał się czaszki praktycznie tylko dzięki dobrze założonej opasce. Ranę oczyszczono i zszyto, ale najwyraźniej wdała się infekcja, która rozlała się po całym organizmie, wywołując gorączkę i wymioty.
Standardowe środki, takie jak wywar z naratary, czy zimne okłady nie poprawiały stanu mężczyzny, co – zważywszy na to, kim był – raczej nie trapiło nikogo wokół. Nieszczęśnik zapewne zszedłby z tego świata po cichu, majacząc bez sensu, lecz traf chciał, iż jeniec okazał się kimś ważnym w szeregach sungardzkiej armii i diuk Linden, najwyższy zwierzchnik telmiańskich wojsk, poprosił Matkę Sainik, aby utrzymała go przy życiu za wszelką cenę: ponoć miał być ważną kartą przetargową w potencjalnych rokowaniach.
Milena, zawiadomiona przez adeptkę, niechętnie oderwała się od wytwarzania magicznej maści i ruszyła do sanktuarium, tocząc w drodze zaciekłą dysputę z własnym sumieniem. Z jednej strony nie chciała pomagać wrogom, z drugiej jednak rozumiała polityczną ważność takiego jeńca: w końcu jedna dobra karta mogła przesądzić o całym rozdaniu.
Włócznicy dopuścili ją do konającego Sungardczyka, który blady jak ściana, leżał spokojnie na prowizorycznym posłaniu otoczony magiczną łuną. Perl użyła jednego z aktywnych heptytów, by wydrzeć śmierci jeszcze kilka oddechów w oczekiwaniu na pomoc Mileny.
Odór zgnilizny, który uderzył w mistyczkę, kiedy zbliżyła się do więźnia, nie rokował najlepiej. Perl przestała szeptać inkantację, wygasiła heptyt uwieszony przy bransolecie i stanęła naprzeciw Mileny.
Sungardczkiem zaczęły rzucać drgawki.
– Nie zostało mu za wiele czasu – obwieściła zbrojmistrzyni ze szczerym smutkiem w głosie. – Myślisz, że możesz coś zdziałać?
– Nie wiem: moja magia słabo nadaje się do leczenia, tak jak i twoja, ale zrobię, co w mojej mocy – oświadczyła Karevis, a Perl przytaknęła i ustąpiła jej miejsca.
Milena uklękła przy rannym i odchyliła nasączony ropą i lekiem opatrunek. Opuchlizna rozpierała szwy, sącząc żółtawą maź przez krwawe wybroczyny. Widok był potworny, ból zapewne też, ale Sungardzczyk nie miał już siły krzyczeć ani jęczeć: tylko dygotał.
Mistyczka ułożyła rękę na paskudzącej się ranie. Magia wniknęła w umierające ciało, a cierpienie nieszczęśnika uderzyło w nią tak mocno, że aż zasyczała, odruchowo odrywając dłoń od gorejącej skóry.
Złapała oddech i spróbowała ponownie, tym razem ostrożniej. Energia szarości wypełniła mężczyznę. Jego inra rezonowała z jej aurą. Milena przedzierała się przez fale cierpienia, gniewu oraz… lęku: pierwotnego strachu przed śmiercią zakodowanego w każdej komórce żywego organizmu.
To właśnie ten wyczuwalny szept strachu wymieszany z bólem nakierował Milenę na źródło zgorzeli, zatruwającej jego ciało.
Wzmocniła aurę, zmuszając symetrię do rozdarcia.
Magia spłynęła strumieniami, których koryta wyznaczyła wola mistyczki. Szarość zmieniała, łagodziła i przeobrażała rozpadające się tkanki.
– Co to jest? – szepnęła do siebie.
Pod skórą Sungardzczyka wykryła niewielki obiekt otoczony zapalnym kokonem.
Precyzyjnie cisnęła astrą w złogi, zmieniając gnijące tkanki wokół pokaźnej drzazgi w mieszaninę wody, węgla i wapnia, które zespoliły się w mały ohydny kryształ.
– Perl, podaj nożyk! Tylko zdezynfekuj! – nakazała mistyczka.
Zbrojmistrzyni obmyła mały sztylet alkoholem.
– Proszę… Co znalazłaś?
Milena nie odpowiedziała, tylko płytko nacięła skórę na głowie jeńca i magią wyciągnęła czarno-żółty kanciasty obiekt.
Zawisł w powietrzu tuż przed nią.
– Wszystko wskazuje na to, że któraś z siostrzyczek celowo zostawiła mu pamiątkę. Nie dziwie się jej.
****************************************************
Wicehrabia spędzał popołudnie w ulubionej ogrodowej altanie, rozkoszując się tomikiem poezji okraszonym telmiańską kulturą ludową. Długo czekał na tego białego kruka, a gdy książka w końcu dotarła, z fascynacją pochłonął zawartość niczym pyszny smakołyk.
Jego ulubiona elegia nawiązywała do mitu, w którym Arkturos pożgał ojca podczas wojny Pierwszych, a w miejscu, gdzie bryznęła biała boska krew, wrzosowiska obrosły winoroślą o bardzo słodkich i intensywnie szkarłatnych owocach. Od tamtej pory płynąca przez tamtejszą dolinę rzeczka, nosiła nazwę Sa-blank: biała krew.
W tomiku nie zabrakło również wątku miłosnego – przecież poezja bez romansu była jak chleb bez drożdży: płaska, czerstwa i nie syciła. Ballada opisywała historię Telmianki o zielonych oczach i kasztanowych włosach imieniem Fabien, która zakochała się w barbarzyńcy i swoim porywaczu: jokiwarczyku Wingrynie.
– Zakazana miłość na wrzosowiskach… Ehh… – westchnął wicehrabia Herbert. – Jakież to życiowe – skomentował i upił wina z pucharu.
Dzień był spokojny, a ten spokój gwarantowała mu grupka uzbrojonych i dobrze opłacanych najemników strzegących jego letniej rezydencji: w mieście zrobiło się ostatnio bardzo niebezpiecznie.
Herbert, jako jeden z niewielu arystokratów o wysokim statusie społecznym, stronił od polityki: władza kompletnie go nie pociągała, a wręcz odstręczała. Dzięki temu jego życie toczyło się swoim własnym trybem i we własnej hermetycznej rzeczywistości – aż do momentu, gdy pojawiła się Tatiana, która kilka lat temu przyszła prosić o finansowanie katedralnej lecznicy. Kiełkujące wtedy uczucie i fascynacja wicehrabiego ponętną silną kobietą, ponownie rozpaliło w nim ciekowość świata.
– Moja ukochana Fabien – wyszeptał Herbert, upił kolejny łyczek jednego z najlepszych czerwonych win w znanym świecie i leniwie odłożył tomik na pobliski stolik.
Powstawszy z wygodnego siedziska, przeciągnął się kilkukrotnie, żeby wyrwać ciało z błogiego letargu, po czym rozkoszował się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…