Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 12
Coś z nią jest nie tak...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
– Witaj, Matko – Selekta pozdrowiła, będącą już blisko starszą kobietę.
– Selcia, dziecino! Całe wieki cię nie było! Stęskniłam się jak wół za prosem. Chodź, niech cię uściskam. – Matka Karevis objęła Selektę i, ku zdziwieniu Lejli, uniosła nad ziemię wraz z całym rynsztunkiem.
– Matka poluźni te obcęgi… – wystękała Safonka.
– Przepraszam, emocję wzięły górę. – Odstawiła Trybadę na klepisko. – A cóż to za piękna ptaszyna?! Och, gdzie moje maniery. – Matka odruchowo wytarła ręce o habit i wystawiła dłoń w kierunku czarodziejki, która zdążyła zeskoczyć z kulbaki. – Milena Solanika Karevis, Matka przełożona Zakonu Miłosierdzia.
– Lejla Winter, Arkanistka z gildii Astrologów w Oruun. – Pokłoniła się w geście szacunku, uścisnęła żylastą dłoń i z trudem ukryła zaskoczenie.
Czarodziejka spodziewała się delikatnego chwytu, a miast tego napotkała stalowe pręty rozsunięte na tyle, żeby nie zrobić jej krzywdy.
– Niech ci się przyjrzę, gołąbeczko. – Milena uśmiechnęła się serdecznie.
Obezwładniająco przyjemne ciepło wypełniło inrę czarodziejki. Lejla poczuła wolę; obcą, ale nie wrogą. Obecność wtargnęła w jej ciało, ale tylko badała, smakowała, szeptała i rozglądała się po kątach umysłu.
– Matko! – zawołała Selekta, przerywając trans przyjaciółki. – Obie jesteśmy zmęczone podróżą, a Lejla była już wystarczająco napastowana przez wieprza – dodała z wyczuwalnym naciskiem w głosie.
Upajające uczucie wycofało się. Czarodziejka przetarła oczy i spojrzała na Matkę zdezorientowana.
Karevis zmierzyła Selektę karcącym wzrokiem, ale szybko zamaskowała gniew serdecznym obliczem.
– Masz rację, słońce… – Klasnęła wesoło w dłonie. Nie zatrzymuję was zatem; opowiecie o wszystkim przy kolacji, a tymczasem wskaże wam cele i zlecę przygotować kąpiel. – Skinęła na młodzieńca, który już wcześniej wyłonił się z katedralnych drzwi i wyczekiwał znaku.
Podszedł do Mileny, pokłonił się bujną czupryną i przyjął instrukcję z wyraźnym entuzjazmem.
– Rycerze muszą zadowolić się skromnym posłaniami w starym kapitularzu – oświadczyła Karevis, zwracając się do całej ekspedycji. – Dziewczyny mogłyby się zbytnio rozochocić, gdybym wpuściła młodych mężczyzn blisko dormitorium. Wiecie same, jaka jest młodość. – Zaśmiała się nieco przesadnie głośno.
Lejla sprawiała wrażenie zagubionej.
– Coś ci się stało? – spytała podejrzliwie Selekta.
Czarodziejka skupiła wzrok na znajomej twarzy. Pomogło.
– Nie, nic… Zakręciło mi się w głowie. Chyba faktycznie jestem przemęczona.
– Chodźcie, chodźcie, gołąbeczki – ponagliła radośnie Milena. – Za chwilę wypoczniecie. Wyglądasz strasznie blado, dziecko – zmartwiła się prawdziwie i wzięła Lejlę pod ramię, oferując pomoc w wejściu po schodach.
Po przekroczeniu mosiężnych podwojów podążyły szerokim korytarzem pogrążonym w ciepłych blaskach rozpalonych pochodni. Za dnia wysokie okna zwieńczone maswerkami dawały mnóstwo światła, ale teraz sączyły jedynie ciemność i resztkowe światło pochmurnego wieczoru. Kiedy kobiety przeszły do części seminaryjnej, krzątające się adeptki składały pokłony Milenie, ukradkiem spoglądając na czarodziejkę: obszyta misternym zdobieniem, barwiona mieszaniną rubii i urzetu opończa; popielate prawie białe włosy i modre oczy skrzące się nad karminem subtelnie zarysowanych ust, całość wzbudzała ciekawość i zachwyt pośród skromnych mieszkanek zakonu.
Przed jednymi z wielu ciągnących się w długim korowodzie drzwi, czekał młody chłopak – ten sam, którego Matka poinstruowała przed wejściem do katedry. Powitał ich wdzięcznym uśmiechem i skinął głową na znak, że cela jest gotowa do przyjęcia gościa.
– To jest twój pokój, Lejlo. Mogę ci mówić po imieniu, prawda? My tu raczej wiedziemy prosty żywot bez tytułów, ogółem bez wywyższania się i statusowej segregacji.
– Oczywiście, Matko Karevis.
– Starczy Mileno, matkuje tylko członkom zgromadzenia.
– Woda na kąpiel już się grzeje, potrzebuje jeszcze kilka chwil.
– Dobry chłopak z ciebie, Kalebie. Lejlo czuj się jak u siebie. Kaleb, postara się, żeby niczego ci nie zabrakło.
– Dziękuję, Mileno.
– Matko… – wtrąciła się Safonka, łypiąc w głąb korytarza. – Moja cela jest na drugim piętrze dormitorium. Nie ma niczego bliżej? Lejla na pewno czułaby się raźniej ze znajomą gębą w pobliżu, a jest też dużo do omówienia w kwestii dalszej podróży.
– Myślę, że to dobry pomysł – poparła ją czarodziejka.
Bardzo nie chciała zostać sama w tych dziwnych murach. Wiedziała, że błogostan przed katedrą nie był efektem omdlenia – ktoś ją sprawdzał. W drodze do cel posłała Matce kilka badawczych fal astralnego błękitu, ale nie wyczuła śladów aury.
Karevis podumała przez chwilę, aż w końcu wzruszyła ramionami w geście kapitulacji.
– Skoro takie jest wasze wspólne życzenie, to czemu nie, aczkolwiek, jeśli pamięć mnie nie zawodzi, wolna jest tylko skromna izba dla pielgrzymów. Mam nadzieje, że to wystarczy, córciu.
– Podzielę się swoim pokojem – wypaliła Lejla.
– O! Widzę, że mamy tu prawdziwą przyjaźń. – Matka szturchnęła Trybadę łokciem, aż ta z trudem utrzymała równowagę.
– Proszę cię. – Selekta wysyczała przez zęby.
– Zostawiam was w takim razie same, moje turkaweczki. Widzimy się na kolacji.
Lejla złapała Selektę pod rękę i prawie wepchnęła do celi.
– Oczywiście, Mileno.
Czarodziejka pośpiesznie zamknęła za sobą drzwi.
– Ach, młodość… Taka niecierpliwa – westchnęła Karevis, ruszając w stronę refektarza.
Lejla zerknęła przez przeziernik, żeby dla spokoju ducha odprowadzać Matkę za węgieł i dopiero gdy gruby habit zniknął za ścianą, odetchnęła z ulgą.
– Oho… Już ja znam to zachowanie – skomentowała Safonka. – O co chodzi tym razem?
Czarodziejka wzięła głęboki oddech.
– Z waszą Matką jest coś nie tak – wygarnęła bez ogródek.
– Tych „nie tak”, jest całkiem sporo; musisz doprecyzować.
– Mówię poważnie! – Zaserwowała Selekcie kuksańca. – Od momentu spotkania na schodach czuję się jakoś dziwnie, jakbym była odurzona. Nie potrafiłam myśleć klarownie w jej obecności.
– Może to powikłania po rzuceniu tego zaklęcia w lesie? – dywagowała Trybada.
– Być może… Ale co do tego ma wasza Matka?
Selekta podrapała się po zapuszczonej czuprynie.
– To stare mury, może czujesz coś od nich?
– Już sama nie wiem… – Lejla usiadła na brzegu łóżka.
– Odpocznij, to ci się poukłada w główce – Postukała się w skroń. – Ja idę się wykąpać.
Odpięła klamry, zrzuciła na pryczę lekką brygantynę z grubej woskowanej skóry, poluzowała rzemienie, żeby zsunąć karwasze i przeszła do sąsiedniego pomieszczenia, gdzie ciepła para kusiła obietnicą relaksu.
– Tylko nie zostawiaj mnie samej na długo! – zawołała za nią Lejla, kuląc się na posłaniu. – Nadal jestem jakaś niespokojna – doszeptała wstydliwie.
– Będę tuż za ścianą! Przecież nikt cię tu nie zje!
Banalne zapewnienie zadziało jak kojący balsam na skołatane nerwy.
Może faktycznie przesadzam?…
Padła na poduszkę, rozrzucając ramiona jak dziecko bawiące się w ściegu. Miękka poszewka utuliła świadomość i sen przyszedł niemal natychmiast. Spokój gasnących myśli odprężył ciało. Dryfowała w ciepłej, przyjemnej pustce coraz dalej od jawy. Sunęła pośród zmieszanych wspomnień, a obrazy na przemian wyostrzały swój kontur i nikły we mgle: Wilfred, Akademia w Taledark, Holi, śpiąca Tijanor, podróż z Batismanur i inne niezliczone echa z biskiej i dalekiej przeszłości.
I coś jeszcze…
Rozmazany zarys obcej obecność był jak nieprzyjemny posmak w ustach towarzyszący każdemu kęsowi strawy. Mara migała gdzieś na granicy istnienia. Każde przepływające wspomnienie było nacechowane skazą, dziurą w sennej tkaninie.
Lejla poczuła chłód, powiew zimnego powietrza jakby zbliżyła się do ściany lodowca. Potem dotyk. Zimny i mokry, ale delikatny.
– Znowu jesteś… Przysszłaś.
Rozpoznała syczący głos spod monolitu w Sunden.
– Witaj. Pokażesz się? Chciałabym wiedzieć, kto odwiedza mnie w snach.
Starała się ukryć strach, ale czy można ukryć emocje, dryfując wewnątrz własnego umysłu?
– Nie ma czasu… Szarość patrzy, choć nie ma oczu… Syczy i prycha…
Resztki sennych wspomnień migoczące dokoła rozmyły się, zagęszczając bezkształtną mgłę. Prócz pogłosu wcześniej wypowiedzianych słów, zapanowała cisza wypełniona ciężką aurą wyczekiwania.
Mroźna emanacja okrążyła czarodziejkę. Chłód wezbrał przy policzku, głos zasyczał pociągle:
– Nie ma pana, nie ma formy… Jestem, ale mnie nie ma… Będzie pieczęć, będę i ja…
– Mogłam się spodziewać kolejnej zagadki – wyszeptała do siebie. – Próbuje zrozumieć, co chcesz przekazać, ale musisz mi pomóc! – uniosła głos. Irytacja zaczynała górować nad lękiem. – Poprzednio wspominałeś o świetle na północy. Daj mi jakąś wskazówkę? Co mam zrobić? Dlaczego…? – zakończyła szeptem, który zadrżał urwany w półzdania.
Cisza mącona świstami kłębiących się wspomnień drażniła bardziej niż artykułowany skrzek czy zimno, które mu towarzyszyło. Lejla czuła kokon z ciemności rozpychający się we śnie; narośl z obcej świadomości, separującą śpiącego od zwykłych majaków.
Czarna przestrzeń wykrztusiła z siebie syki:
– Muszę iśść… Rejwer, duch, moderator… Patrzy… Na ciebie, ale i na mnie… Dam ci cień, ochronę… Żeby nie widział, żeby nie słyszał, żeby nie władał.
Lejla otworzyła usta. Dźwięk ugrzązł w gęstym mroku. Blada dłoń wybiła z mroku i chwyciła za chudy nadgarstek czarodziejki. Dotyk oślizgłych macek sparzył mrozem.
Poderwała się z łóżka, rozdziawiając usta w niemym krzyku. Oczy, po części nadal zmętnione snem, pośpiesznie chwytały przebłyski rzeczywistości. Ustabilizowała oddech, ale na wspomnienie syczącego głosu targnął nią dreszcz. Obejrzała piekący przegub. W miejscu, gdzie schwycił ją stwór, pojawiło się zaczerwienienie o regularnym owalnym kształcie. Słowa wizji nadal rozbrzmiewały w głowie kakofonicznym echem, i jeszcze nazwa „rejwer” hucząca pomiędzy skroniami. Znała to określenie, ale nie mogła sobie przypomnieć skąd.
– O matko! Wyglądasz gorzej niż przed snem – skomentowała Selekta, wycierając włosy lnianą chustą.
Lejla wzdrygnęła się lekko, ale w porę opanowała odruch.
– Za to ty w tej jedwabnej koszuli wyglądasz na całkiem przystojnego młodzieńca – ripostowała, ukrywając oparzenie na dłoni pod narzutą skłębioną na sienniku. Uznała, że dopóki nie rozwikła zagadki tych sennych odwiedzin, to zachowa je dla siebie.
– No cóż, to moja kreacja na szczególne okazje – przytaknęła Safonka, szczerząc dumnie zęby. – Przynajmniej jej góra. Gdzie moje portki?...
– W takim razie i ja muszę zrobić się na bóstwo. Nie chcę przynieść ci wstydu.
Lejla przysiadła na krawędzi łóźka, dotknęła stopami zimnej posadzki i stopniowo przenosiła ciężar na stopy, żeby sprawdzić, czy świat nagle nie zacznie wirować. Tym razem stabilnie trzymała się jawy.
Selekta cały czas ukradkiem taksowała ją wzrokiem. To było silniejsze od niej, a i nie miała zbyt wiele zapału, żeby się przed tym bronić.
– Ty już zrobiłaś wrażenie, po prostu idąc korytarzem – burknęła. – Jak jeszcze bardziej się wypindrzysz, to dziewczyny nie dadzą ci zjeść w spokoju.
– No cóż, mały flirt jeszcze nikomu nie zaszkodził, prawda?
– Nie o to mi chodziło! One żyją tu skromnie, ale nadal są kobietami: podziwiają piękno i chcą być piękne.
– Wiem, wiem, żartowałam. Zaraz wracam.
Lejla przeszła do łaźni i z radością zrzuciła z siebie ubrania przesiąknięte intensywnym zapachem miasta.
W centrum niewielkiego pomieszczenia ułożono z cięgieł, coś na kształt balii z wodą podgrzewaną w pobliskim piecu. Czarodziejka sprawdziła temperaturę i z wielką ulgą zanurzyła spięte ciało aż po brodę. Ciepła woda odprężyła mięśnie i rozcieńczyła smutki. Od dziecka lubiła zarówno długie kąpiele w zaciszu murów gildii, jak i unoszenie się na tafli jeziora w księżycową letnią noc. Niestety, tym razem to nie wystarczyło do zmycia niepokoju po sennym spotkaniu. Niczym mantrę, raz za razem, powtarzała dziwne słowa, próbując pojąć ich sens i gdyby nie ponaglenia Selekty, zapewne zapomniałby o kolacji.
– Pośpiesz się, mała! Mamy być w jadalni za pół godziny! – wywrzeszczała Trybada, łypiąc okiem zza drewnianej framugi.
– Już wychodzę! Bądź tak uprzejma i podaj mi ręcznik!
– Nie możesz go sobie wyczarować! – zaparskała zadowolona ze swojego przytyku.
– Jak będziesz taka mądra, to pójdę na kolację nago!
– Dobra, już dobra!
Trybada zaniosła osuszony materiał i uciekła, skrywając ceglany kolor twarzy za rękawem koszuli.
Kilka chwil później czarodziejka była już gotowa do uczty. W lekkiej sukni z dużym dekoltem i zdobioną krajką przewiązaną w pasie prezentowała się pięknie. Oczywiście…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…