Wróć do katalogu

Pięć Domen: Tom 1 - Światło Północy: cz. 13

ROZDZIAŁ I: Najpierw ptaszek

MKP, opublikowano , 22 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Minęło już kilka dni, odkąd cesarska delegacja opuściła pałac i wyruszyła w długą drogę do Watenfel, stolicy północy. Wilfred coraz mocniej odczuwał nieobecność ukochanej: tęsknota, rozdrażnienie, dziwne przytłoczenie oraz nasilające się zobojętnienie odciskały piętno na jego codziennym zachowaniu. Maska silnego zdecydowanego władcy coraz bardziej dusiła, a ciągłe pragnienie złapania oddechu w samotności, dodatkowo wzmagało irytację. Nasączony perfumami list wyciągany wieczorami z kredensu zyskał w oczach Cesarza status relikwii, a słaba woń irysów działała jak narkotyk na spragniony bliskości umysł. Ale nawet to delikatne poczucie obcowania z Lejlą zakłócał wzbierający na sile wewnętrzny niepokój. Kolejny posłaniec z wieściami powinien się już zjawić.

Stała presja ze strony strategów i stres wywołany brakiem nowin w połączeniu z narastającą tęsknotą maltretowały psychikę Wilfreda. „Władcy nie wolno okazywać słabości”, „Cesarstwo jest tak silne, jak silny jest skrzydlaty tron” hasła z akademii rezonowały echem w jego głowie, a poczucie odpowiedzialności zabraniało poddać się emocjom. „Władca to człowieka o klarownym umyśle, którego nie zmącą takie błahostki jak kobiety” powtarzał wąsaty siwy generał, długoletni strateg wojenny.

Wilfredowi daleko było do tego wyobrażenia Cesarza… Więc udawał, ściskał siebie w sobie, żeby nic nie wystawało poza fasadę oziębłego silnego ideału, ale nagromadzone emocje coraz częściej przelewały się jak spiętrzona woda nad tamą. Wyładowywał frustrację na służbie, na ambasadorach, a nawet na Holi, która z reguły działała na niego niczym uspokajający napar z górskiej nindry.

Dlatego wolał być sam; zawsze, kiedy tylko mógł. Chociaż chwila samotności, żeby wypuścić siebie, pooddychać, po rozpaczać i potęsknić. Nie być władcą, tylko zwykłym człowiekiem.

Po kolejnej naradzie z ulgą wszedł do jednej z prywatnych komnat, zatrzasnął drzwi, wyciągnął tubus z listem zapełnionym zgrabnym pismem czarodziejki i rozsiadł się wygodnie w szerokim fotelu. Zamknął oczy. Delikatna woń kwiatów i rześkość bryzy przyniosła trochę radości. Przybliżył list do twarzy; tak blisko, że z perspektywy osoby trzeciej wyglądałoby co najmniej niepokojąco.

Rytuał przerwało kołatanie do drzwi.

Wilfred instynktownie zerwał się z siedziska. Nadzieja niemal zmaterializowała posłańca w wejściu – Pieśniarz trzymał kolejny pachnący tubus w rękach.

– Wejść!

Do komnaty wkroczył pałacowy gwardzista w tradycyjnym hełmie z policzkami stylizowanymi na skrzydła. Władca spostrzegł, że wojskowy nie trzyma niczego prócz włóczni. Poczuł się oszukany przez własną wyobraźnię.

– Panie, mistrz Dalangan z gildii Astrologów prosi o audiencję.

Nadzieja znowu zaiskrzyła w sercu. Wilfred rozpromieniał.

– Powiedz mu, że za chwilę zejdę, niech się rozgości.

– Tak, panie.

Gwardzista zniknął za odrzwiami.

Cesarz przywdział dublet z herbem imperium wyszytym na piersi i przejrzał się w zwierciadle. Wulfirski łeb z otwartą szeroko paszczą błyszczał dumnie i dobrze kontrastował z eleganckim ubiorem z delikatnego sukna. Przebieraczka Marit spisała się na medal, szykując strój i dodatki, choć fakt, że władca ubierał się sam, ciążył jej na duszy poczuciem niespełnionego obowiązku.

Wilfred poprawił kołnierz, obciągnął mankiety i żwawym krokiem przemknął do sali audiencyjnej, gdzie przyjmował oficjeli.

Na pewno przesłała wiadomość przez gildię, pomyślał i przyśpieszył.

U wejścia do auli stały dwa nakryte stoły rozmieszczone przy przeciwstawnych wysokich oknach. Nie wykładano na nie nic wykwintnego: owoce, bakalie, trochę ciasta, suszone mięso i ryby, jak również antałek piwa czy baryłka przyzwoitego wina. Przybysze mogli zaspokoić drobny głód i pragnienie po długiej podróży; zwykły gest gościnności, ale jego siła tkwiła w tym, co zastąpił. U kresu paranoicznych rządów Fredryka gości witano przeszukaniem i przesłuchaniem, więc drobna przekąska stanowiła nie lada zaskoczenie.

Cesarz zszedł po wystawnych schodach westybulu i odnalazł maga wzrokiem. Zmarkotniał na twarzy, a jego oczy zmatowiały, gdy prawie usłyszał drwiący śmiech znikającej nadziei: obłudna suka mamiła go od rana, i zaczynało go to irytować.

Diasir trzymał klatkę i miast korzystać z poczęstunku, krzątał się po sali, szepcząc coś spokojnym głosem do miotającego się wewnatrz szarego ptaszka. Cesarz wiedział, co oznacza świergot przyniesiony do pałacu przez maga i nie były to wieści, których oczekiwał.

– Mistrzu Diasirze – pozdrowił gościa z nieco wymuszoną radością. – Miło mistrza znów widzieć. Sporo czasu minęło od naszego poprzedniego spotkania.

– W rzeczy samej, panie. Odkąd lady Winter sprawuje obowiązki ambasadora gildii, nie mam zbyt wielu okazji, żeby odwiedzać pałac.

– A czy dobre wino w dobrym towarzystwie nie jest dobrym pretekstem? – Uściskał tęgiego maga na środku przepastnej komnaty, na oczach wielu oburzonych arystokratów i służby.

Odważny krok, ale powrót do normalności sprzed obłędu Fredryka stanowił fundament polityki Wilfreda. Ich znajomość z Diasirem sięgała czasów, kiedy Dalangan piastował urząd doradcy na oruńskim dworze. Dwoje starszych cesarskich dzieci zdążyło jeszcze przyjąć nauki o astrze, nim gildia Mat-Atara została pozbawiona swojego statusu. Dzięki temu Wilfred poznał i przyjął magię, jako ciekawy aspekt rzeczywistości i tym samym uodpornił się na zabobony, strach i uprzedzenia: filozoficzne rodzeństwo niewiedzy.

Po krótkim powitaniu i wymianie grzecznościowych frazesów uwagę władcy przykuła wspominana klatka ze świergotem.

– Mistrzu, czy to nie za wcześnie? – spytał, nie ukrywając zdziwienia.

– Wcześniej niż normalnie, to prawda, ale kilka dni temu eremantes wykrył potężne zaburzenie w astrze. Brat Rogan wyznaczył epicentrum w pałacu, stąd pośpiech: chciałem się upewnić czy stan księżniczki Tijanor nie uległ jakiejś gwałtownej zmianie. Pod nieobecność Lejli i Markusa czuję się zobligowany do wykonania testu; jeśli oczywiście się na to zgodzisz, panie.

– Rozumiem… Nie doniesiono mi o niczym… – bardzo chciał uniknąć określenia nienaturalnym – osobliwym. Ale oczywiście masz moją zgodę, mistrzu. Możemy do niej iść choćby zaraz – powiedziawszy to, rozejrzał się dokoła i podsunął bliżej maga. – Powiedz, mistrzu... – ściszył głos, zupełnie jakby chciał powierzyć Diasirowi jakąś krępującą tajemnicę. – Czy masz może wieści od naszej czarodziejki? – wycisnął z krtani, z widocznym zakłopotaniem.

– Niestety, panie… nic nowego odkąd posłaniec przyniósł list po ostatniej pełni, ale proszę się nie przejmować, to zaradna dziewczyna i zdolna arkanistka, nic jej nie grozi. Pozostaje nam uzbroić się w cierpliwość.

– No cóż, ma mistrz rację – westchnął ciężko.

Słowa Diasira zgasiły ostatni mały płomyk nadziei na nowe wieści, co Dalagan wyczuł w tonie głosu młodego mężczyzny, i w lekko wibrującej astrze.

– Panie, na pewno są już poza zasięgiem jadeitu, ale w razie, gdyby milczenie się przedłużało, możemy spróbować użyć kręgu wzbudzeń w gildii i podejrzeć jak się miewa. – Pogłaskał się po ciemnej zaniedbanej brodzie. – Wprawdzie rozmowa nie będzie możliwa, ale przynajmniej będzie wiadomo, że jest cała i zdrowa. Ma silną aurę, na pewno wyczuje naszą obecność. – Diasir nie musiał długo czekać na reakcję Wilfreda.

– Cudownie! Nawet mistrz nie przypuscza, jak uradował mi serce.

– Domyślam się, panie, też kiedyś byłem młody. W gildiowej kantynie pracowała wtedy tak harda ruda kelnerka…

– Chodźmy, mistrzu; opowie mistrz po drodze. Brakuje mi dobrych wspomnień i rozmów o czymś innym niż Sungard i jego problemy. Ogólnie brakuje mi dobrych wspomnień… – dopowiedział po części do siebie.

– A gdzie jest księżniczka Holinor? Jestem ciekaw, jak się miewa.

– Dobre pytanie, mistrzu. – Zafrasował się Wilfred. Do głosu doszły wyrzuty sumienia: nie widział siostry od wczorajszej kolacji i do tej pory nawet o niej nie pomyślał.

***

W tym czasie, po drugiej stronie pałacu, na wybiegu dla cesarskich rumaków Księżniczka Holi bawiła się ze swoim rzekomym prezentem urodzinowym. Kucyk wzniośle nazwany Sir Bąbel woził Ichti wzdłuż ogrodzenia, sprawiając dziewczynce niebywałą radość. Konik delikatnie wierzgał i podskakiwał, wywołując u Holi salwy śmiechu, a u stajennego Tarena nerwowy ból głowy. Kuc też wyglądał na zadowolonego, tylko Brena stała nieopodal wybiegowego płotu i spoglądała napuszona na dwójkę nowych przyjaciół.

– Holi! Chodźmy już! Nudzi mi się! Chodźmy na łąkę pozbierać kwiatów! Mama prosiła o kilka bukietów do przystrojenia dzisiejszej kolacji!

– Jeszcze jedno… okrążenie… Breno jiii… – Babel podskoczył – i obiecuję, że pójdziemy! – przyrzekła, mijając Rudą. Kucyk wtórował księżniczce twierdzącym parsknięciem.

– W takim razie idę sama!

Brena nadęła piegowate policzki, zacisnęła pięści i odwróciła się plecami do wybiegu. Jak na osobę, która gdzieś „idzie” przemieściła się niewiele.

Holi pociągnęła za wodze, zatrzymując kuca blisko Rudej. Spod gęstej czupryny młodej Bargo wystawały tylko koniuszki odstających małżowin. Jak to mówiła Teresa „Jedyny atrybut odziedziczony po ojcu pijaku – i dobrze”. Kucyk zbliżył pysk do Breny, wysunął długi język i dotknął różowego koniuszka sterczącego spomiędzy rdzawych kędziorów.

Brena pozostała niewzruszona, ale dużo ją to kosztowało.

Konik polizał ponownie, tym razem całym pokaźnym ozorem, a Holi zaczęła chichotać.

Bargo nie wytrzymała i rozdygotała się w rytm tłamszonego śmiechu.

– Mam nadzieję, że to kuc, a nie ty, Holi? – spytała, z trudem zachowując powagę.

Obie buchnęły śmiechem.

– Odprowadzę Bąbla do stajni i możemy iść na łąkę, dobrze? Muszę zrobić nowy wianek, żeby podziękować siostrze.

– Za co? – zdziwiła się Brena.

– Za prezent urodzinowy.

– Chyba spadłaś z tego konia, kiedy nie patrzyłam.

– Nie… Powiem ci coś, ale obiecaj, że nikomu nie wygadasz. – Holi zmarszczyła brwi, nadając więcej powagi całej sytuacji i wyciągnęła rękę w stronę przyjaciółki.

– Umowa stoi. – Ruda odwzajemniła uścisk i tym samym przypieczętowała zmowę milczenia.

– Zobaczysz, że jak komuś wypaplasz, to wypadną ci wszystkie kudły, i wszystkie zęby, i wszystkie…

– Dobra, dobra… Skończ już z tymi klątwami. Mów, o co chodzi.

Obie przysiadły za żerdzią, a Holi przeczesała wzrokiem okolicę przez szparę między deskami ogrodzenia. Taren pracował zgrzebłem przy grzbiecie białego wałacha, a strażnicy przy stajni przysypiali znużeni sielanką spokojnego dnia.

– Bąbel jesteś świadkiem. – Holi wskazała na konika, który prychnął twierdząco, a przynajmniej księżniczka uznała to przytaknięcie. – Dobra. – Obróciła się do Rudej. – Bąbla nie przysłała ciotka Erna, tylko Tija…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych