Pięć Domen: Tom 2 - Wiatry Zmiany: cz.12
Jedziemy po ciebie!
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
– Wprowadzić! – wybrzmiał silny męski głos, a przez drzwi do ratusza wkroczył młodzieniec odziany w lekki pancerz z emblematem telmiańskiego zwiadu.
Minąwszy trybuny obsadzone przez świadków procesu, pewnym krokiem ruszył w stronę wychodzącego mu naprzeciw Cesarza.
– Panie. – Wojskowy pokłonił się nisko. – Tylko to udało nam się znaleźć – oświadczył i wyłożył prostokątne szmaciane zawiniątko na urękawiczoną dłoń. – Leżało na brzegu rzeki – dodał.
Powierzchnię materiału znaczyły przesiąknięte plamy. W komnacie zapadła cisza mącona jedynie nerwowym strzelaniem knykciami. Burmistrz zaciskał pięści i zgrzytał zębami z napięcia; był już tak blisko…
Wilfred ostrożnie odwinął pakunek, który pod wieloma warstwami lnu skrywał przemoczoną aksamitną rękawiczkę koloru mlecznej bieli. Niechętnie spojrzał na doskonale mu znaną mitynkę, przełknął gorycz tęsknoty i obrócił się w stronę obecnego na rozprawie brata Imaela: Imersa z rykryckiego zgromadzenia.
– To… to na pewno jej – wycisnął przez zaciśniętą krtań. – Rękawiczka Astrolożki Lejli Winter. Imaelu sprawdź, czy ona… – słowa ugrzęzły mu w gardle. Bał się… Bał się, że raz zadane pytanie nie pozostanie bez odpowiedzi, a odpowiedź zniszczy odzyskaną niedawno nadzieję. – Sprawdź, czy uda ci się ją wyczuć – wypchnął słowa jak toczony przez ciało głaz.
Zakapturzony Empata rozwiązał rzemień pętający mu dół od rękawicy i odsłonił bladą dłoń, która prócz kościstego wyglądu nie prezentowała się jakoś nadzwyczajnie. Długimi palcami dotknął wilgotnej powierzchni białego aksamitu, po czym wyciszył umysł, przykrywając myśli projekcją idealnie płaskiej tafli głębokiego oceanu. Rzeczywistość i cały chaos wspomnień z nią związany został głęboko przy dnie mentalnej głębiny. Nawet najdrobniejsza myśl mogła teraz zmarszczyć idealną powierzchnię medytacyjnej toni.
Delikatne uderzenie zmąciło ciszę. Wyobrażenie kolistych fal rozeszło się po emocjonalnej pustce.
– Czuję… – oświadczył; wpierw niepewnie.
Kolejne tąpnięcia nadeszły oddzielone równymi przerwami.
– Czuję bicie serca – wyszeptał śmiało i z uśmiechem wyrysowanym na wąskich ustach.
– Co to oznacza? – dopytywał zniecierpliwiony Cesarz.
– Przedmioty zmarłych nie rezonują echem życia właściciela. Tu… tu jest inaczej. Tu uderzenia są wyraźne, rytmiczne, choć ciche i szybkie.
– Imaelu, czy możes z całą pewnością stwierdzić, że właściciel tego przedmiotu nadal żyje?
– Tak, kobieta skąpana w błękitnej aurze… Widzę blask, jest piękna… – uśmiechnął się szeroko. – Imersja jest mocna: musi być bardzo związana z tym przedmiotem.
Wydźwięk tych słów sprawił, że Wilfredowi zwiotczały nogi; chciał jednocześnie płakać i krzyczeć z zachwytu, a cała ta rozpacz, która każdego dnia podcinała mu ścięgna i upuszczała krwi, zniknęła jak za dotknięciem magicznej różdżki.
Ale nie mógł poddać się radosnemu uniesieniu; nie w tej chwili.
Z wielkim trudem opanował ekstazę, symulując jedynie delikatne ucieszenie.
– Dziękuję, Imaelu, to naprawdę dobra wiadomość – oświadczył i wypuścił nieco emocjonalnej pary w trakcie przeciągniętego wydechu.
– Panie, cieszę się, że mogłem pomóc, nie stając się przy tym heroldem złych wieści. – Imael cofnął dłoń, a cesarz owinął mitynkę i oddał gwardziście, który następnie wycofał się pod trybuny.
Na tyłach przepastnej sali oparta o kolumnę Selekta odetchnęła z ulgą. Właśnie przegrała nierówną walkę z łzą tańczącą na brzegu przeschniętej powieki. Słona strużka radości spłynęła po wyrazistym uśmiechu. Pomimo iż Sebil była prawie pewna, że Lejla żyje, to wydźwięk tego z innego źródła stanowił ostatni krok w stronę pewności.
Cesarz przerzucił wzrok na Matkę, która spętana łańcuchami w milczeniu przyglądała się procesowi.
– Mileno Solaniko Karevis! – wygłosił wzniośle – W świetle nowych dowodów, na mocy prawa Cesarstwa Sungardu, oczyszczam Matkę z zarzutu spowodowania śmierci czarodziejki Lejli Winter!
Na ratuszu wybuchł aplauz, który zagłuszył salwę przekleństw, ciskanych przez gubernatora Garnefora. Balatan wiedział, że stracił najmocniejszą kartę – ale nie jedyną. Uderzył łokciem przysypiającego sędziego, dając mu do zrozumienia, że pora wkroczyć.
– Wasza wysokość, jeśli łaska. – Przesuszony staruszek wykorzystał przygaśnięcie wrzawy, by wpleść swój drażniący chrapliwy głos pomiędzy oklaski.
Cała uwaga skupiła się na nim.
– Oczywiście. – Cesarz dopuścił go do słowa.
– Dziękuję. – Chrząknął, czyszcząc gardło. – Wasza wysokość, szanowni zgromadzeni… W obliczu tego, co się stało, jako przedstawiciel prawa Uświęconego Cesarstwa Sungardu pieczętuję umorzenie zarzutu doprowadzenia do śmierci oruńskiego delegata, jednak na Matce Karevis nadal spoczywa kilka poważnych oskarżeń w tym samowolny atak na garnizon.
Wilfred zmarszczył czoło. Nie wziął tego scenariusza pod uwagę. Co prawda zwiad potwierdził bunt Walończyków przeciw koronie, ale nadal nie było pewności po czyjej stronie stały siły w garnizonie. Garnefor z obrzydliwym uśmiechem satysfakcji spoglądał na Milenę, w wyobraźni świętując już triumf. Za doprowadzenie do konfliktu i samowolkę wojskową groziła surowa kara.
– Co zatem mówi kodeks w tej kwestii? – Cesarz dopytał sędziego, zdeterminowany umorzyć karę śmierci nawet za cenę braku poszanowania prawa. Kolejny konflikt nie był mu potrzebny.
– Najłagodniejszym wyrokiem byłoby wygnanie z granic Sungardu lub dożywotnie więzienie, panie.
Pohukiwania i szepty oburzenia wypełniły rozświetloną porankiem komnatę. W powietrzu kłębiło się napięcie. Selekta zacisnęła pięść na rękojeść miecza, a Matka Karevis rzuciła w stronę Wilfreda ostrzegawcze spojrzenie.
– W tej sytuacji nie pozostaję mi nic innego, jak wymierzyć adekwatną karę – orzekł Cesarz, dając Selekcie dyskretny znak, żeby schowała broń wysuwaną zza pleców.
– Mileno Solaniko Karevis! Skazuję cię na karę dożywotniego więzienia… – oświadczył chłodno. Tłum ponownie zawrzał, a niezadowolenie przybrało charakter głośnego, anonimowego buczenia. Wilfred uniósł dłoń w wymownym geście, dając do zrozumienia, że jeszcze nie skończył. – Niemniej jednak karę odbędzie Matka w murach swojego zakonu.
– Co?! – Garnefor zerwał się z siedziska. – Przecież ona i tak stamtąd prawie nie wyłazi! – wykrzyczał, nie bacząc na słowa, a Milena puściła mu oczko, okraszając je ciepłym uśmiechem.
– Waż słowa, Gubernatorze! – zbeształ go Wilfred, a ten jak każdy tchórzliwy pies ustąpił przed autorytetem silniejszego. – Jeśli Matka zostanie przyłapana za murami zakonu, będzie skazana na śmierć, bez powtórnego procesu. Osobiście przypilnuję egzekucji wyroku. Czy to rozwiązanie mieści się w ramach obowiązującego prawa? – Posłał sędziemu wymowne spojrzenie, które nie przyjmowało odmowy.
– Tak, panie – potwierdził starzec.
– Zatem rozprawę uznaję za zakończoną. Odprowadzić więźnia w miejsce odbywania kary!
Dwóch rosłych strażników podeszło do milczącej Matki Karevis, która grzecznie podążyła za nimi w stronę wyjścia. Wilfred nakazał, aby wojskowy prezentujący odnaleziony fragment garderoby pozostał w ratuszu. Również Selekta – skryta w cieniu kolumnady – odczekała, aż ludzie pogrążą się w ożywionej walce na argumenty i prześlizgnęła się między mieszczanami w stronę zastępczego tronu.
– Przejdźmy do alkierza, zwiadowco – rozkazał Wilfred. – Mam dalsze rozkazy! – oświadczył nienaturalnie głośno i gestem zaprosił telmiańskiego gwardzistę do prywatnej komnaty. Tuż przed progiem skinął w stronę Safonki, po czym obaj mężczyźni zniknęli za drewnianymi skrzydłami, które zatrzasnęła podążająca za nimi Trybada.
– To sztuka wystawiona... Teraz kolej na plan, i to dobry, bo cesarstwo zaczyna się walić, a siostra za kilka dni bierze ślub, na który łaskawie zostałem zaproszony do własnego pałacu – skomentował Wilfred, nie ukrywając rozgoryczenia.
To, co poczuł po głośnej licytacji trudności, przeczyło teorii, iż problemy wypowiedziane na głos przestają być straszne. Nie, tu definitywnie nie zadział żaden mechanizm autosugestii, tu słowa tylko zaostrzyły gniew – gniew na wszystko i na wszystkich – a Cesarz niczym osaczone zwierzę tracił nad nim kontrolę.
– Wasza wysokość faktycznie ma przechlapane – wypalił wojskowy, który wcześniej dostarczył przemoczoną mitynkę.
Selekta zakrztusiła się przełykaną śliną.
– Dziękuję, Sebil – odpowiedział mu Wilfred, kładąc dwa palce na pomarszczone troską czoło. – Może uczynię cię moim osobistym wsparciem psychicznym, jak już wyrżnę tych zdrajców w Oruun, którzy przystali na zamążpójście Holi – dodał, podkreślając sarkazm sztucznym uśmiechem. – Muszę jak najszybciej znaleźć Lejlę, żeby przynajmniej troska o jej bezpieczeństwo nie ciążyła mi na barkach.
– Jest gdzieś w Girzel, to wiemy – burknęła Selekta.
– Nadal nie wiemy, jak tam się znalazła i dlaczego akurat tam? – Zachodził w głowę, dlaczego czarodziejka trafiła na drugi koniec cesarstwa, do miasta świątyń, serca kultu Matki Imaltis pod bramą do doliny Artem.
– Na pytanie: „Jak?” znam odpowiedź – oświadczyła mistyczka obleczona iluzją telmiańczyka. Źrenice wojskowego przybrały kształt kocich, a karłowaty skórzasty zalążek ogona wysunął się spod przeszywanicy.
– Sebil, zaklęcie – upominała ją Selekta, wskazując na wspominany wyrostek. – Ludzie nie mają ogonów z tej strony – wypaliła niesmacznym żartem i skwitowała wypowiedź dziwnym charcząco-prychającym dźwiękiem uznawanym za śmiech tylko przez nią samą.
– Ech… – westchnęła mistyczka i naprawiła iluzję. – Dobrze, że przemyciliśmy Milenę na rozprawę: temu zaklęciu nie można ufać.
– Sebil! – upomniał ją cesarz.
Bruka przewróciła oczami: upływający czas i pośpiech stanowiły dla niej pojęcia z pogranicza abstrakcji.
– Jak już wspomniałam, wiem, jak się tam dostała: teleportowała się.
– A to nie jest przypadkiem niebezpieczne? – dopytał Cesarz, powołując się na swoją kulejącą wiedzę o magii.
– Może i jest, ale jak wybierasz pomiędzy pewną śmiercią, a tylko prawdopodobną, to decyzja jest raczej oczywista. Niemniej jednak nie to jest dziwne, a raczej dystans, jaki pokonała: żeby przenieść się stąd do Girzel potrzeba mocy poza zasięgiem każdego maga. Tu potrzeba portalu na skalę tych miejskich – deliberowała Sebil i pogrążyła się w rozmyślaniach.
– Być może po prostu tam dotarła? Przecież minęło już sporo czasu od bitwy – skomentowała całkiem trafnie Selekta.
– Możliwe – poparła ją mistyczka.
– Więc dlaczego? Dlaczego, na litość Matki, zawlekła się do Girzel, zamiast wrócić do mnie!? – Wilfred niemalże wywrzeszczał te słowa. Podświadomie miał za złe czarodziejce, że nawet ona wszystko mu utrudnia.
– Nie trzeba się unosić, my też chcemy ją odszukać – ostudziła go Selekta, która raczej nie dbała o ceremoniały w rozmowach twarzą w twarz i na osobności.
– Wybaczcie. Za dużo się dzieje. – Przysiadł za dębowym biurkiem i z premedytacją uderzył czołem o blat. Pomogło mu to…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil MKP
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…