Wróć do katalogu

Przedsława

Opowiadanie gdzie fakt historyczny miesza się z hipotezą. Hipoteza z legendą, a legenda z fantastyką.

grygor, opublikowano , 1 godz. 16 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Wojciech Jerzy Grygorowicz.

Z cyklu "Opowieści znad jeziora"

Przedsława

Profesorowi Jerzemu Strzelczykowi, którego książka natchnęła mnie do napisania tego opowiadania.

Książe patrzył na brzegi rzeki, tonące w spokoju i brzęku dzikich pszczół, nieświadome bitwy, jaka za chwilę się tu odbędzie. Patrzył i rozmyślał. Ileż to już walk stoczył w swoim życiu. Często jego wojska ustępowały przeciwnikowi liczbą, a prawie zawsze uzbrojeniem. Zwykłą rzeczą był odwrót i nieprzyjacielska pogoń, a przecież mimo wszystko, wbrew wszelkim przewidywaniom i logice, ostateczny tryumf należał do niego. W ciągu dwudziestu siedmiu lat swego panowania, z małego plemiennego księstwa zrobił państwo. Więcej- mocarstwo, z którego zdaniem musieli się liczyć nawet silniejsi. Tym razem jednak, po raz pierwszy od wielu lat, to jego wojska dominowały nad przeciwnikiem. Armia, którą wiódł, przewyższała wroga zarówno liczebnością jak i bitnością. Wśród żołnierzy, których prowadził, byli jego właśni wojownicy, wierni i oddani, wprawieni w wielu bitwach i potyczkach. Byli też wojowie z bratnich królestw oraz silny i doskonale uzbrojony oddział cesarza, niedawnego zaciętego wroga, a dziś oddanego sojusznika. Gdzieś daleko, na tyłach nieprzyjaciela, panoszyły się teraz, dezorganizując skuteczny opór, zagony stepowych jeźdźców. Tak. Dziś wszystkie atuty były po jego stronie. On jednak mimo wszystko nie mógł być pewny zwycięstwa. Jeszcze raz przyjrzał się przeciwnikowi. Zaskoczony tempem jego marszu musiał przybyć nad rzekę zupełnie niedawno. Nie widać było rozbitego obozu. Jedynie tuż za uformowanymi w szeregi oddziałami można było dostrzec jeszcze nie rozprzężone wozy taboru. Konie przeciwnika musiały być zatem równie zdrożone jak i wierzchowce jego żołnierzy. Jeszcze raz powiódł wzrokiem, po stojących za rzeką oddziałach. Nie. Nie mogły się równać z jego wojskiem. Jedynie stojący w środku formacji brodaci najemnicy, w rogatych hełmach, przedstawiali jakąś siłę. Pozostali wydawali się być niewiele wartą zbieraniną, siłą ściągniętą na pole bitwy z leśnych ostępów i stepowych osad.. On jednak nigdy nie pogardzał przeciwnikiem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że w tej chwili nawet owo poślednie wojsko skutecznie blokuje jedyną na długości wielu mil przeprawę. Wiedział też, że czas działa na jego niekorzyść. Państwo wroga było rozległe, a kampanię należało zakończyć zanim zaczną się jesienne słoty. Jeśli do tego czasu nie zrealizuje wszystkich celów, będzie musiał rozpocząć odwrót i wojna będzie przegrana. Co gorsza musiał wiedzieć o tym i przeciwnik. I zapewne będzie robić wszystko by spowolnić jego pochód. Książe znał dobrze ten sposób prowadzenia walk. Wiele razy przecież i to z dobrym skutkiem sam stosował "strategię opóźnienia" wobec wojsk cesarskich. Uśmiechnął się w myślach na wspomnienie wojny, w czasie której olbrzymia armia zmusiła do odwrotu jego oddziały. Jednak potem, szarpana podjazdami, poruszała się ślimaczym tempem po zwalonych ściętymi drzewami gościńcach. Koniec końców cesarz, nic nie zyskawszy, musiał wycofać się prawie spod wałów jego stolicy. Teraz on musiał coś wymyślić, by nie skończyć jak wtedy skończył imperator. Ale co... Sprowokować atak przeciwnika? Nie. Wróg nie był głupi. Doskonale zdawał sobie sprawę z sytuacji. Nawet najbardziej obraźliwe obelgi nie skłonią go do ataku. Poszukać innego miejsca do przeprawy? Wtedy tamci ani chybi pociągną drugim brzegiem. Uderzyć samemu? Tak chyba będzie musiał zrobić. Ale gdy jego żołnierze przejdą rzekę, staną się łatwym celem dla mniej utrudzonych wojsk wroga. Na głos wypowiedział przekleństwo. Gdyby w jakiś sposób mógł odwrócić uwagę wrogiej armii... Wtedy byłaby szansa na uniknięcie dużych strat. Było jeszcze jedno wyjście. Książę zastanawiał się tylko, czy warto z niego skorzystać...

Miał on również otrzymać od anioła miecz, którym z pomocą Boga zwyciężał wszystkich swoich przeciwników.

Kronika Anonima, zwanego Galem.*

Jakby na komendę stanęły przed nim obrazy sprzed wielu lat. Było to chyba najstarsze jego wspomnienie z dzieciństwa, najstarsze, ale jakże wyraźne. Nieznany daleki bór, parów o rwanych brzegach, stary kurhan i ten kapłan, odziany w gałęzie i trawy. Bardziej przypominający krzak leszczyny niźli żywego człowieka. To Ojciec, gdy skończył siedem lat, zaprowadził go w tajemnicy przed matką do sanktuarium pradawnego bóstwa o trzech twarzach. Wtedy już władca, za sprawą przybyłej z południa księżniczki, wprowadził nową, dziwną i niezrozumiałą dla swego ludu religię. Synowi jednak postanowił przekazać również wiadomości o starych wierzeniach. Dziś, z perspektywy lat, książę musiał przyznać, że ojciec zrobił słusznie. On sam uważał się już za sługę nowego Boga, ale dzięki decyzji ojca miał świadomość swej odrębności. Był nie tylko synem przybyłej zza gór kobiety, ale i potomkiem starego rodu. Rodziny, która ponad wiek temu zdobyła książęcą władzę. Wodzem plemienia, którego historia ginęła gdzieś w mroku dziejów. Pamiętał dobrze, jakby stało się to wczoraj, dotyk kościstej ręki kapłana i jego słowa wypowiedziane jakimś nienaturalnym, przypominającym szelest liści, głosem: "Będziesz wielkim władcą, mały książę. Imię twe będzie sławne jak długo istnieć będzie twój naród. Dziesięć razy po dziesięć po dziesięć wiosen i jeszcze dalej. A miecz, który ode mnie otrzymasz w imię boga o trzech twarzach siedem razy wspomoże cię w walce." Zaraz po owym spotkaniu ojciec zabrał mu otrzymaną broń. Jednak, gdy sam został księciem, magiczny brzeszczot znów zawisł u jego boku. Korzystał z owego miecza rzadko, do tej pory mimo długiego życia i wielu wojen zrobił to tylko czterokrotnie. Za każdym razem, gdy groziło już śmiertelne niebezpieczeństwo. Pierwszy raz miecz uratował mu życie, gdy siepacze jego macochy przygotowali na niego zasadzkę. Potem po ponad dziesięciu latach, cudem uniknął śmierci w mieście zwanym Merseburg. Trzeci raz użył tej broni, gdy wraz ze swym odziałem przebijał się w Pradze przez zwarte szeregi czeskiej piechoty. Dzięki niemu też w lasach w kraju Milczan, rozgromił liczną i świetnie uzbrojoną armię cesarza. Co ciekawe, miecz pomagał mu nawet wtedy, gdy jako władca rozpoczął gwałtowne prześladowania starej religii. Myślał nad tym wielokrotnie i w końcu doszedł do wniosku, że to najprawdopodobniej zwycięski Bóg, niczym nowy właściciel, przejął zobowiązania starego. Niezależnie od tego, jak było naprawdę, książę miał pewność, że i pozostałe trzy szanse zostaną zrealizowane. Ocknął się z zamyślenia. Jeszcze raz spojrzał na wojsko po drugiej stronie rzeki a potem na wiszący u pasa miecz. Czy warto? W myślach rozważył ponownie wszystkie za i przeciw, a potem westchnął cicho i dobył niezwykłej broni.

(...) Wzywając nieprzyjaciela, skłonili go do walki i z niespodziewanym szczęściem odepchnęli go od rzeki, którą obsadził. (...) Wojsko nieprzyjacielskie, ustawione naprzeciw w zwartych oddziałach, nadaremnie usiłowało bronić swej ojczyzny. Albowiem ustąpiło już przy pierwszym starciu...

Thietmar - biskup merseburski i kronikarz.

Gród, przed którym stała jego armia był naprawdę duży. Nawet stolica jego państwa wyglądała przy nim jak maleńki chutor wobec sporej wsi. W jego głównym grodzie stały zaledwie trzy kościoły, a tutaj, nawet patrząc zza wałów, już można było naliczyć ze cztery tuziny świątynnych wież. Lecz on ani myślał podziwiać wrogie miasto. Oceniał je innymi kategoriami. Szacował wysokość wałów, przyglądał się warowniom chroniącym dostępu do solidnych bram. Liczył kryjących się za strzelnicami obrońców. Znał dobrze tą stolicę. Jego posłowie i szpiedzy odwiedzali to miejsce wiele razy, a i on sam stanął raz przed bramami owego miasta. Tylko że wtedy gród poddał się bez walki, a teraz był gotowy do obrony. Wysłany poseł, choć pochodzący z tych okolic, wrócił z niczym, co mocno rozgniewało księcia. Potrafił być wspaniałomyślny i niejednokrotnie okazywał łaskę, ale gdy ktoś odtrącał podaną do zgody dłoń... - Nie zostawię w tym grodzie ni żywego psa! - wykrzyknął, gdy usłyszał słowa posłańca. Teraz jednak patrząc na mury zrozumiał, że ową groźbę będzie bardzo trudno spełnić. Wały były dobrze zbudowane, a obrońcy liczni i zdesperowani. Jakby chcąc to pokazać, oprócz pocisków miotali zza murów obelgi. Dotyczyły one, jak zdążył usłyszeć, głównie jego osoby, a zwłaszcza jego brzucha. Tak, ostatnie, w miarę spokojne lata spowodowały, że rzeczywiście przybrał na wadze, lecz na jego dworze nikt nie odważyłby się nawet na najmniejszą uwagę na ten temat. Tu książę jednak musiał opanować wściekłość. Bezpośredni atak na tak dobrze przygotowane miasto byłby tylko stratą żołnierzy, a ich życiem książę nie szafował nigdy. Trzeba będzie rozpocząć oblężenie. Zbudować machiny, zadbać o żywność i wodę. A czasu było coraz mniej. Jeszcze dwa góra trzy miesiące i deszcze zmienią drogi w grzęzawiska. Miastu mogła też przyjść niespodziewana odsiecz. Znów spojrzał na swój miecz. W żadnej z dotychczasowych wojen nie musiał korzystać z jego pomocy aż dwukrotnie. A teraz trzeba będzie tak zrobić. Ze złością spojrzał w kierunku dużego kolorowego namiotu. Człowiek, dla którego przedsięwziął tą wyprawę, nawet nie pojawił się u jego boku. Zresztą ten zadufany w sobie pyszałek, skalany zabójstwem swych przyrodnich braci, lubujący się w zabawach i ucztach, na nic by mu się zdał. Co za pech, że właśnie za niego, a nie za jego młodszego brata, wydał swoją córkę! Tamten byłby zdecydowanie wygodniejszym sojusznikiem. Stało się jednak inaczej. To starszy był przyjacielem, w obronie którego stale należało podejmować wyprawy, a młodszy bardzo groźnym przeciwnikiem. - Która brama jest główną bramą grodu? - na głos zapytał stojącego u jego boku zakonnika. Był to stary, siwy mężczyzna. Strasznie chudy, co dodatkowo potęgował niezwykle wysoki wzrost. W owym karykaturalnie długim, a do tego jeszcze przygarbionym mnichu, było jednak coś. Owo coś przyciągało wzrok, wzbudzało szacunek. Może był to podeszły wiek, może owa niezwykła wysokość, z jakiej zwykł patrzeć na każdego rozmówce, a może mądre i przenikliwe spojrzenie. Ktoś kto choć raz ujrzał doradcę, nie dziwił się później, że to z jego zdaniem najbardziej liczył się książę. - Główna brama? To ta, przed którą stoimy - odpowiedział tamten bez wahania. - Miejscowy lud zowie ją Srebrną. - Srebrną powiadasz.. No dobrze... Każ pancernym, by przygotowali się do szarży. - Do szarży? Na gród? - zdziwił się doradca, lecz gdy władca spojrzał na niego, szybko powtórzył rozkaz dalej. Konni wyprężyli się w siodłach i unieśli włócznie. On tym czasem wolno, jakby wciąż się wahając, sięgnął po swój magiczny miecz.

Ze wschodnich krańców miasta dobiegała ciągle bitewna wrzawa, lecz nad pałacem i główną świątynią zatknięte już były buńczuki księcia. On sam stał przed bramą, wpatrzony w szczyt kościelnej wieży, jakby napawając się dopiero co odniesionym zwycięstwem. Świątyń w tym grodzie była cała masa i teoretycznie poświęcone były temu samemu Bogu, co kościoły w jego księstwie. Ale ludzie tutaj czcili Go podobno jakoś inaczej. Podobno, bo on sam do końca nigdy nie rozumiał wszystkich różnic. Gdy przed wyprawą zapytał o nie swego doradcę, ten mówił coś o ofiarnym chlebie, o języku w którym mówiono modlitwy, lub o rzeczach, których władca zupełnie nie mógł pojąć. Z wywodów zakonnika wywnioskował tylko, że stawiane w tym państwie świątynie były jakby gorszego gatunku. Nie wahał się więc na szczycie najważniejszej z nich zatknąć na znak zwycięstwa swoich godeł i znaków. - To na początek - pomyślał. - A potem przyjdzie czas na spełnienie groźby, bo ja gróźb nigdy nie rzucam na wiatr. W kierunku pałacu podążały już grupy znaczniejszych jeńców, wszyscy w pętach lub dybach, szturchani i smagani przez jego wojów. Niech wyłapią ich wszystkich. Wszystkich znaczniejszych i całą rodzinę wrogiego księcia, a zwłaszcza jego siostrę, o którą starał się bezskutecznie tyle razy. Jego żołnierze potrzymają ich trochę na kolanach, a na koniec wejdzie do głównej sali on. Zasiądzie na tronie pokonanego władcy i ogłosi wyrok. Już teraz w myślach układał jego słowa. Bo mowa miała być straszna. Miała odebrać dech w piersiach tym, których dotyczyła, ale i przyprawić o drżenie nóg, tych, co choćby w myślach kiedykolwiek odważyli się spiskować przeciw niemu. Niech nawet jego wierni wojowie i doradcy po wysłuchaniu jego woli mają wrażenie, że przeszedł obok nich anioł śmierci. W grodzie, tak jak przyrzekł, nie zostawi żywego psa. Przywódców obrony i co ważniejszych z rady miasta każe na głównym placu rozerwać końmi. Pozostałym bojarom w dowód swej wspaniałomyślności daruje życie. Jego wojowie zaprowadzą ich nagich na most przed grodem i każdego z nich przybiją do desek wbijając gwóźdź w mosznę. Potem odejdą zostawiając skazanemu nóż. Niech wtedy każdy z nich wybiera: umrzeć z głodu czy też odciąć sobie przyrodzenie. Dowódcom dziesiątek zostaną tylko wybite zęby**. Zaś cała ludność pójdzie w niewolę. Miasto zostanie zrównane z ziemią. Z wałów i budowli nie zostanie kamień na kamieniu. Co zaś się tyczy siostry pokonanego....

(...) To jak brama miasta ugodzona została tym mieczem, tak następnej nocy ulegnie siostra najtchórzliwszego z królów, której mi dać nie chciał. Jednakże nie połączy się z Bolesławem w łożu małżeńskim, lecz tylko raz jeden, jak nałożnica, aby pomszczona została w ten sposób zniewaga rodu naszego.

Z kroniki Anonima Galem zwanego.

Gdyby siedzący na tronie książę spojrzał w trakcie mowy na swego doradcę w habicie, dostrzegłby na jego twarzy istotne zmiany. Najpierw w oczach starego pojawił się strach. Zakonnik uniósł drżącą prawicę i na piersi nakreślił znak krzyża. Potem jednak przerażenie jakby ustąpiło miejsca ciekawości. Dobrą chwilę mnich marszczył czoło, jakby zastanawiając się nad czymś. Jeszcze później kilka razy w gwałtownym geście przeczenia pokręcił głową. Każdy, kto obserwowałby doradcę, musiałby stwierdzić, że jego zachowanie nie jest bynajmniej reakcją na słowa padające z ust władcy. Wyglądało raczej, że mnich prowadzi w myślach jakiś dziwny dialog z niewidoczną dla reszty ludzi osobą. Jednak zajęty wygłaszaniem wyroku książę, ani myślał obracać się w kierunku swojej świty. Na dziwne grymasy na twarzy doradcy nie zwrócił też uwagi nikt z otoczenia władcy, ani nikt z klęczących na posadzce więźniów.

Jeszcze raz obtarła łzy płynące po twarzy. Nigdy w swym życiu nie czuła się tak samotna i bezbronna. Kilka godzin temu była księżniczką, osobą, przed którą kornie schylał głowę każdy mieszkaniec miasta. A teraz... Czym była teraz? Branką i przyszłą niewolnicą? Bezosobowym łupem, który pragnął wziąć zwycięzca? Narzędziem służącym upokorzeniu tego, który się wymknął? A może tą, która będzie cierpieć za swój lud? Nie! To ostatnie było najmniej prawdopodobne. Zwycięzca posiądzie ją i bez jej woli, a potem i tak zrobi z mieszkańcami grodu to, co wcześniej postanowił. Jej ofiara ani próby przebłagania na nic się nie zdadzą. Wiedziała dobrze, że tacy jak on zawsze spełniają to, co obiecują. Czyż nie lepiej było rzucić się z okna świątynnej wieży, zaraz potem jak ten straszny człowiek jednym ciosem miecza wyłamał bramę miasta? - Nie, moja córuniu, nie byłoby lepiej. Dobrze, że tego nie zrobiłaś - usłyszała nagle za sobą znajomy głos. Obróciła się gwałtownie. Tuż za nią stała koścista i przygarbiona starucha. - Nianiu! Jak się tu dostałaś? - Mam swoje sposoby - stara kobieta wykrzywiła usta w bezzębnym uśmiechu. - Strażnicy cię przepuścili? - Strażnicy?... A, ci chłopcy przed drzwiami. Pewno się utrudzili bitwą, bo śpią jak zabici - odpowiedziała stara kobieta i uchyliła drzwi od komnaty, by księżniczka mogła zobaczyć sylwetki dwóch opartych o siebie wojów. Widząc to dziewczyna od razu straciła ochotę do stawiania dalszych pytań. Może dlatego, że więcej wiedzieć nie chciała. Jej opiekunka słynęła bowiem z tajemnych mocy. Jednak, choć wielokrotnie oskarżana przed kniaziem o czary, zawsze z oskarżeń wychodziła obronną ręką. - Możesz mi pomóc?- zapytała tylko. - Mogę - przytaknęła stara. - Jeśli chcesz, wyprowadzę cię z grodu w bezpieczne miejsce lub schowam tak, że nie znajdą cię nigdy. - Więc chodźmy! - księżniczka wstała ze swego miejsca, by za wiedźmą ruszyć w kierunku drzwi. Nie uszła jednak daleko. Stopniowo zwalniała kroku i jeszcze przed drzwiami komnaty stanęła na dobre. Stara kobieta wyczuła to i obejrzała się za siebie. - Wahasz się - raczej stwierdziła niż zapytała. - A bojarzy... rada, mieszkańcy miasta. - Teraz nie mogę im pomóc, a i ty nie pomożesz im wcale. No, chodź już... Czas się kończy. - Nie mogę... - Musisz ratować siebie i twój ród od hańby - twardo i głośno rzekła czarownica. Księżniczka ponownie postąpiła krok naprzód i ponownie stanęła w bezruchu. - Gdy ucieknę, gniew księcia będzie jeszcze straszniejszy. Nie mogę tego zrobić. Stara kobieta popatrzyła na nią długo i z uwagą, a potem pokiwała głową. W głosie dziewczyny wyczuwała strach, lecz oprócz lęku czuć było też pewność i zdecydowanie. - Mogłam się domyślić - powiedziała czarownica. - Cóż, powinnam cię zabrać ze sobą siłą, ale skoro taka jest twoja wola... Wygląda, że niepotrzebnie się trudziłam - dodała i zrobiła taki ruch, jakby szykowała się do wyjścia. - Nianiu, nie odchodź. Pomóż mi! - wyrwało się księżniczce. - Nie chcesz uciekać. Więc jak mam ci pomóc? - chłodno zapytała starucha, ale zatrzymała się w miejscu ciągle przyglądając się uważnie dziewczynie. Ta stała w milczeniu ze spuszczoną głową, po chwili jednak popatrzyła na wiedźmę i powiedziała cichym i niepewnym głosem. - Gdybym zadowoliła księcia, no w.... tych...- mówiła zacinając się i czerwieniąc. - To może odwołałby surowe wyroki. - Niebożątko ty moje - w udanej żałości załamała ręce stara. - Aleś wymyśliła. Wiesz ty chociaż, co mówisz? Jakżeż ty, któraś nie zaznała jeszcze mężczyzny, możesz myśleć, że zadowolisz męża, co posiadł w swym życiu więcej kobiet, niż tyś chłopów z daleka widziała?! Księżniczka nie odpowiedziała. Stała tylko, wciąż się rumieniąc, niepewnie patrząc na staruchę. - Za dobrze cię znam - z uśmiechem, który bardziej przypominał grymas bólu ciągnęła tymczasem wiedźma. - Pewnie lepiej niż ty znasz siebie. Dobrze wiedziałam, że o to poprosisz, ale chciałam, by była to twoja decyzja.... - wiedźma przerwała na dłuższą chwilę. -Oczywiście, że ci pomogę, ale nie będzie to łatwe. Tyś w nowej religii od dziecka wychowana, a Bóg chrześcijan na te sprawy straszliwie cięty. Strach przed nim czuć będziesz. - I cóż złego jest w strachu przed Bogiem?- odważyła się przerwać księżniczka. - Cóż złego?- jak echo powtórzyła pytanie czarownica. - Nie wiesz, że gdy mężczyzna łączy się z kobietą, splatają się nie tylko ciała, lecz i dusze. Gdy ty bać się będziesz i on strach odczuje. - A jeśli zapomnę na ten czas o Bogu?- po krótkiej chwili zapytała niepewnie dziewczyna. - Nie dasz rady - przecząco pokręciła głową czarownica. - Zresztą, oprócz lęku przed grzechem, będziesz czuć jeszcze lęk przed tym człowiekiem, lęk przed pierwszym razem i lęk przed bólem. Te lęki opadną cię zaraz jak on wejdzie do komnaty, a potem przeleją się i na niego. A jak myślisz, czy będziesz mogła go zadowolić, jeśli oprócz swego ciała obdarzysz go też swoim strachem? - Więc co powinnam zrobić? - Tyś w nowej religii wychowana - powtórzyła czarownica jakby nie słysząc pytania. - Ale jeszcze twoja babka w noc najkrótszą nago wokół ognisk nad rzeką tańczyła, chłopców ku sobie wabiąc... - Nago? Przy ognisku z chłopcami? - Widzisz! Już samo to cię dziwi, a przecież i tak nie powiedziałam ci, co robiła potem. - Co było potem?- zaciekawiła się nagle dziewczyna. - Nieważne...- uśmiechnęła się czarownica swym upiornym uśmiechem.- "Potem" w tych sprawach już się nie liczy. My, kobiety, musimy pomyśleć, gdy jest jeszcze "przedtem"... Księżniczka znów chciała o coś zapytać, lecz stara kobieta ręką nakazała jej milczenie. Usiadła na stojącym w środku komnaty zydlu i milczała długą chwilę. - Tyś w nowym prawie urodzona - zaczęła wreszcie. -Ale krew nie woda. Jeśli babka twoja mogła nago przy ognisku skakać to i ty możesz, ale zapomnieć musisz, żeś w nowym prawie wychowana. Musisz zapomnieć o wszelkich prawach. Musisz się zapamiętać i stać się twoją babką. - Nianiu.... - Nie przerywaj! Chcesz, bym ci pomogła, to siedź cicho - wiedźma zamilkła ponownie i zamyśliła się. - Usiądziesz teraz na łożu i będziesz w oczy mi patrzeć. O niczym nie myśl, tylko mnie słuchaj. Zrozumiałaś? Księżniczka w odpowiedzi niepewnie pokiwała głową. - Dobrze - powiedziała starucha, gdy tylko dziewczyna wykonała polecenie. Podsunęła sobie drewniany trójnóg i usiadła naprzeciwko. - Patrz mi w oczy i słuchaj - zaczęła głosem spokojnym, lecz i śpiewnym zarazem. Głosem, który oddalał napięcie i strach. - Nie ma się czego bać - ciągnęła. -Nie ma strachu, nie ma nic złego. Nie ma pałacu i miasta. Nie ma nic... Naraz dziewczynie wydało się, że źrenice w oczach starej kobiety poszerzają się do olbrzymich rozmiarów. - Nianiu...-wyszeptała. Jednak, czy to pod wpływem opanowanego głosu starej, czy może właśnie jej niezwykłego spojrzenia, strach szybko minął, ustępując miejsca jakiemuś otępieniu i obojętności. - Nie mów nic, nie ma się czego bać - spokojnie mówiła dalej czarownica, a dziewczyna odpływała coraz dalej. - A teraz tańcz! Zapamiętaj się i tańcz!- głos czarownicy stał się teraz władczy i rozkazujący. - Nia...niu... - cicho powiedziała jeszcze raz dziewczyna, czując, że odchodzi na dobre. Przepastne źrenice wiedźmy rozszerzyły się jeszcze bardziej i księżniczka utonęła w nich, jak w zdradliwych głębinach wezbranej rzeki. Otaczający ją świat nagle zniknął. Wnętrze ponurej komnaty rozpłynęło się, jak gdyby nigdy nie istniało. Nie było już ścian, kolumn ani pokrywających podłogę kobierców. Zniknął wielki zamek kniazia i wspaniałe miasto z setkami kościołów. Dzień, który miał trwać jeszcze długo, nagle się skończył. Była noc, a właściwie wieczór, gdyż na północy można było zobaczyć odblask prześlizgującego się pod horyzontem słońca. Przed sobą ujrzała porośnięty trzcinami brzeg rzeki, a wokół siebie pląsające młode dziewczyny. Wszędzie dokoła płonęły ogniska, a ich światła rzucały długie i fantazyjne cienie. Tańczące były nagie, lecz ona miała na sobie przyodziewek. Nagle wydało jej się to nienaturalne i krępujące. Zdarła z siebie przeszkadzające jej szaty i dołączyła do pląsu. Taniec zawładnął nią całą, każdym kawałkiem jej ciała i każdą częścią jej duszy. Sączył do jej żył namiętność i pożądanie. Wiedziała, że zaraz nadbiegną chłopcy, by zatańczyć razem z nią. A wtedy ona pierwsza wybierze tego, który spodoba jej się najbardziej. Splecie się z nim w namiętnym uścisku, a potem razem umkną poza krąg światła...

Książe wpatrywał się w tulącą się do niego młodą dziewczynę. I dziwił się coraz bardziej. Ileż to miał kobiet w swoim życiu? Cztery razy był żonaty, a kochanek miał całe mnóstwo. (Jemu było wolno. Swych poddanych natomiast, przyłapanych na cudzołóstwie, karał bardzo surowo.) Z żadną z kobiet nie przeżył jednak tego, co z tą, przytuloną teraz do niego. Patrzył na nią i nie mógł tego zrozumieć. Nie była olśniewającą pięknością, a jednak podnieciła go bardziej niż najpiękniejsza. Była na pewno dziewicą, a dała mu więcej niż sprzedajne dziewki. Czyżby czary? Nagle poczuł zimno. Odruchowo spojrzał na miejsce, gdzie leżał jego miecz. Gdy jednak ponownie zwrócił wzrok na dziewczynę, ufnie przytuloną do jego boku, uspokoił się. Ta jednak wyczuła jego gwałtowny ruch i otworzyła oczy. Nie odsunęła się, tylko wstydliwie zakryła swą nagość wsuwając się głębiej pod zwierzęce skóry. - Co za odmiana- pomyślał lekko rozbawiony książę, pamiętając o tym, co wyprawiała podczas minionej nocy. Uśmiechnął się, ni to do siebie, ni do dziewczyny. Miał już prawie pięćdziesiąt lat i do ludzi w jego wieku zwracano się "czcigodny starcze". Kto by przypuszczał, że dopiero teraz doświadczy najpiękniejszej nocy swego życia? Nagle poczuł, że jest tej kobiecie coś winien i że to, co zrobiła, wymaga nagrody. - Proś, o co zechcesz, a otrzymasz to - powiedział na głos. Poruszyła się niespokojnie, jeszcze ciaśniej i mocniej przywarła do niego, a potem spojrzała oczami, w których zalśniły łzy. - Odwołaj swe surowe wyroki, panie- poprosiła cicho. Odwrócił gwałtownie głowę zły i wściekły na samego siebie. Jak mógł się nie domyśleć, że właśnie o to poprosi? - Tego nie mogę uczynić - powiedział, starając się nie patrzeć na nią. - Żądaj czegoś innego. Nie ponowiła prośby. Patrzyła tylko na niego swymi ślicznymi zielonymi oczami, które zwolna zaczynały być coraz bardziej szkliste. - Gdy kobieta płacze, ostrość widzenia traci mężczyzna - przypomniał sobie maksymę swego doradcy. - Bojarzy to stronnicy dawnego władcy - powiedział głosem, który nie był już tak stanowczy.- Jeśli puszczę ich wolno, zaczną spiskować przeciw nowemu księciu. - Zatem, panie, poprowadź ich tam, gdzie już spiskować nie będą mogli. Znajdź jakieś miejsce, gdzie mogliby żyć. Na pewno jest w twym państwie niejeden opuszczony gród lub wyspa - mówiła księżniczka, a dwie przejrzyste stróżki pociekły jej po policzkach. - Przy świadkach powiedziałem, że nie zostawię w mieście ni żywego psa - nie ustępował książę. Czuł jednak, że zaczyna się łamać i za chwilę ulegnie i podda się tej, która uległa jemu. Dziewczyna zamilkła, lecz po chwili podniosła się na rękach, ofiarowując mu widok swych młodych i kształtnych piesi, a potem nachyliła się nad nim i z ożywieniem zaszeptała do ucha jakieś słowa.

Już ks. Bogdan Bolz na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a po nim prof. Gerard Labuda zwrócili uwagę, że znajdowane na Ostrowie Lednickim zabytki reprezentują jednolity, obcy Wielkopolsce typ kultury chrześcijańskiej. Jednak ich hipoteza, jakoby na wyspie w czasach Bolesława Chrobrego istniała ruska kolonia nie znalazła uznania wśród większości badaczy i do chwili obecnej pozostaje tylko hipotezą.

Współczesna praca historyczna.

- Zapamiętałeś nowe rozkazy? - zapytał stojącego przed nim doradcę w habicie. - Tak, panie - przytaknął zakonnik, lecz w jego głosie książę wyczuł zdziwienie i wahanie. Tak mu się przynajmniej wydawało. Nie spostrzegł, że przez twarz starego przebiegł cień uśmiechu. - Powtórz zatem to, co powiedziałem- rzekł książę władczo i surowo. Doradca odczekał chwilę i wreszcie głosem wolnym i sztucznie zaprawionym niepewnością zaczął mówić. - Złoto i srebro zdobyte w mieście ma być załadowane na wozy i odesłane do Gniezna. Dowódcy obrony i bojarzy, którzy zostali skazani mają być wzięci w pęta i przewiezieni pod strażą na Ostrów pod stolicą. Tam zdejmą im więzy, lecz wyspy nie wolno im będzie opuszczać. Z pozostałych mieszkańców miasta z nami mają się udać tylko najlepsi rzemieślnicy. Zwłaszcza płatnerze, złotnicy i mincerze. Razem z nimi na wyspę rozkazujesz przewieźć księżniczkę, z wszystkimi z jej otoczenia - doradca w tym momencie zamilkł na krótką chwilę, jakby zbierając się na odwagę. - Chciałbym jednak przypomnieć... - Zapomniałeś o czymś - przerwał mu książę. - A tak... Mam wyprawić oddział zbrojnych, by obszukali miasto i ... wybili w nim wszystkie psy - doradca przerwał znowu, jakby się wahał. Osiągnął, co zamierzał, ale przecież był sługą kościoła i powinien był zachować jakieś pozory. Chrząknął więc i wypowiedział swoją uwagę. - Odnośnie księżniczki to chciałem jednak przypomnieć, że żyjesz panie w uświęconym przez Boga związku, a biskup Gaudenty nieraz już cię... - Dość!- przerwał mu książę. W jego oczach zamigotały złe błyski, a w głosie zabrzmiała wściekłość. Doradca zamilkł. Przez moment nawet przeraził się, czy oby nie powiedział za dużo. Zwiesił więc głowę i czekał. Gniew księcia minął jednak równie szybko jak się pojawił. - Po wykonaniu moich rozkazów- powiedział głosem już spokojnym.- Udasz się wraz z cesarskim oddziałem do jego wysokości... Tfu! Do tego łajdaka, co zwie się cesarzem, a mnie skąpi należnej mi korony... Weź ze sobą złoto. Co najmniej tyle, ile wynosił roczny trybut za mego ojca. Nowa wojna z nim to ostatnia rzecz, jakiej teraz pragnę, więc spisz się dobrze - zakończył władca i ruchem ręki dał mnichowi znak, by odszedł. Ten skłonił się nisko i wyszedł z komnaty. Nie skierował się jednak na zamkowe podwórze, gdzie stacjonowali dróżnicy księcia, lecz skręcił i ruszył w kierunku schodów prowadzących do jednej z wież. Nie zatrzymywany przez nikogo, zresztą kto by się ośmielił kontrolować doradcę księcia, wspiął się po krętych drewnianych stopniach i stanął przed drzwiami komnaty na szczycie. Nie pukał. Pchnął obitą mosiądzem powierzchnię i wszedł do środka. - Zasługujesz na stos, czarownico- przemówił głosem twardym i surowym, a przynajmniej chciał, by jego głos zabrzmiał w ten sposób. - Teraz, gdy mi pomogłeś, jesteś współwinnym czarów - wiedźma wykrzywiła usta w swym upiornym uśmiechu. - Tak, to prawda. Ja przygotowałam dziewczynę, ale odpowiedni eliksir twemu władcy podałeś ty... - Zamilcz, wiedźmo!- przerwał zakonnik. - Chyba diabeł mnie opętał, że się na to zgodziłem! - Dzięki temu opętaniu, twój władca nie splamił się krwią niewinną, a co najwyżej... - Grzech cudzołóstwa jest równie ciężki jak zabójstwo, apostoł Paweł mówi w liście.... - Ten grzech, to chyba dla księcia nie pierwszyzna... - Grzech zawsze jest grzechem, a moim obowiązkiem było chronić go od grzechów i sztuk diabelskich. Odpowiedzią był śmiech. Dziwny i prawie nie ludzki, ale mimo wszystko szczery. - Cóż to?- odpowiedziała wreszcie czarownica. - Najpierw grozisz mi stosem, a teraz żalisz się przede mną. Po co właściwie tu przyszedłeś, mnichu? Zakonnik zamilkł. Wdać było, że się waha, że boi się zadać pytanie, że czuje strach przed odpowiedzią. - Chcę wyjaśnienia. Chcę wiedzieć, kim jesteś i dzięki jakiej mocy potrafisz robić takie rzeczy? Czarownica nie śmiała się już, choć brzydki uśmiech po raz kolejny pojawił się na jej twarzy. - Tu cię boli. Boisz się, że sprzymierzyłeś się z diabłem. Drżysz, czy za owe przymierze nie będziesz musiał zapłacić zbyt wysokiej ceny. Umierasz ze strachu na myśl, że ceną może być twa nieśmiertelna... - Kim jesteś!- prawie krzycząc przerwał jej zakonnik. - Spokojnie, sługo boży - nie bez ironii powiedziała czarownica.- Nic nie wiem o istocie, którą wy chrześcijanie nazywacie szatanem. Ze zdolnościami, którymi się posługuję, przyszłam na świat. Miała je zresztą moja matka i matka mojej matki. Pewnie miałaby też je i moja córka, gdyby urodziła się żywa - w oczach wiedźmy przez moment zalśniły łzy, które jednak szybko obeschły. - Nie będziesz musiał płacić żadnej ceny - kontynuowała.- Ani za moją pomoc, ani za to, że pomogłeś mnie. A jeśli rzeczywiście popełniłeś występek przeciw swej religii, zapewne zostanie ci to wybaczone... - Skąd możesz to wiedzieć?! - Zrobiłeś to przecież dla swego władcy. Chciałeś dać mu prawdziwą miłość. Prawda? Chciałeś... - Co ty możesz wiedzieć... Co możesz wiedzieć o Bogu i miłości, poganko?!- przerwał rozłoszczony nie wiedzieć czemu zakonnik. Opanował się jednak szybko. Zamilkł i przez dłuższą chwilę w komnacie na szczycie wierzy panowała cisza. - Zrobiłem to. Tak było najlepiej... Pewnie poniosę za to karę. - podjął znowu mnich - Ciekawym jednak, co kierowało tobą. Wiem dobrze, że opiekujesz się tą dziewczyną od jej urodzenia. I musisz ją koch....- zająknął się w pół słowa. - Lubić ją. Dlaczego zatem oddajesz ją jako nałożnicę? Przecież wiesz, że zapewne nigdy nie będzie ona jego żoną. Zatem dlaczego? Znów w komnacie zapadła cisza - Ty nie odpowiedziałeś na moje pytanie - zaczęła wreszcie wiedźma.- Więc i ja mogłabym milczeć. Odpowiem ci jednak. Tak. Kocham ją - w oczach czarownicy ponownie zalśniły łzy.- Zapewne jeszcze mocniej niż ty księcia. I zrobiłabym wszystko, by ją ocalić. Mogłam ją ukryć, lub pomóc w ucieczce. Tylko po co? By potem przez całe życie obwiniała się za śmierć mieszkańców miasta? By znienawidziła mnie i siebie? Tak było trzeba, bo tak było najlepiej. Powiedz mi jednak, mnichu - tu zamyśliła się. - Powiadają, że władcy wolno kochać tylko własny kraj, a jeśli swe uczucia zwraca gdzie indziej, jego państwo cierpi. Nie boisz się, sługo boży, że i tu tak się stanie? Mnich milczał.

I uszedł Bolesław z Kijowa, zabrawszy skarby i bojarów Jarosławowych i siostry jego (...) i przyszedł do kraju swego.

Latopis ruski mnicha Nestora, "Powieścią lat minionych" zwany.

Gościniec był dość wąski i mógł się na nim zmieścić tylko jeden wóz, dlatego tabor rozciągnął się na ponad pół mili. Niczym gigantyczny kolorowy wąż pełzł powoli po trakcie, wzbijając tumany pyłu. Wozy jadące najpierw załadowane były skarbami. Spod na wpół przykrytych płótnem i skórami wehikułów wyzierały, bele drogiego sukna, kosztowne futra, broń, złote i srebrne naczynia. Słowem, wszystko z czego słynęła pokonana Ruś. Po krótkiej przerwie podążały następne pojazdy, a w nich ciężej ranni wojownicy, ci, którzy nie byli w stanie usiedzieć w siodłach. Następne w kolejności ciągnęły te z jeńcami, a wreszcie na końcu te, w których była żywność. Co mniej więcej pięć pojazdów podążał mały kawaleryjski oddział. Najliczniejsza była jednak grupa jadąca na czele pochodu. Tu powiewał buńczuk mówiący o obecności władcy. Gdyby jednak ktoś chciał dojrzeć na przedzie konwoju sylwetkę księcia, próżno szukałby wśród jadących jego purpurowego płaszcza. Bolesław z niewielkim orszakiem jechał w środku kolumny, tam, gdzie zaczynały się wozy z jeńcami. Tam też znajdowała się księżniczka. Siedziała na koźle pierwszego pojazdu, uśmiechnięta, wystrojona w drogą, lecz raczej nieodpowiednią do podróży suknię z bizantyjskiego jedwabiu. Często szukała wzrokiem księcia, a on za każdym razem, gdy poczuł jej spojrzenie, odwracał się i uśmiechał się do niej. - Jakie to wszystko dziwne- myślał. Przez całe swoje życie nie czuł się tak szczęśliwy jak teraz. Nawet w chwilach swych największych sukcesów. Nawet wtedy, gdy Otton Rudy włożył mu na głowę diadem, czyniąc go suwerennym władcą. Nawet wtedy, gdy w grodzie zwanym Budziszyn podpisywał zwycięski pokój z następcą Ottona. Najciekawsze było to, że powodów do tego szczęścia było raczej niewiele. Niedługo po wyjeździe konwój natknął się na silny oddział przeciwnika. Atakujący, w większości najemni północni wojownicy, okazali się tak waleczni, że w kluczowym momencie bitwy książę musiał użyć magicznego miecza. Teraz jednak, gdy jechał obok księżniczki, ostatnie zużyte życzenie, wygrana bitwa, a nawet całe jego panowanie wydało mu się czymś mało znaczącym i nieistotnym. Z owego błogostanu wyrwał go dopiero widok kurzawy gdzieś na czele pochodu. Wytężył wzrok i po chwili dojrzał galopującego ku niemu jeźdźca. - Panie!- wykrzyknął posłaniec, gdy tylko znalazł się dostatecznie blisko. -Wrócili zwiadowcy. Mówią, że nieprzyjaciel zablokował przeprawę. - Siła ich? - Podobno ze dwie kopy zbrojnych. - Wrócili już ci wysłani na skrzydła? - Nie, Panie! Książę zaklął. Nie przypuszczał, że pokonany nieprzyjaciel zdąży zebrać się jeszcze raz do walki. Przeciwnik nie dysponował zapewne dużymi siłami, ale i jego wojsko w niczym nie przypominało już armii, z którą wyruszał na wyprawę. Kontyngenty posiłkowe zostały odprawione, a jego własne siły w trzech kolejnych bitwach poniosły duże straty. Co gorsza, teraz musiały bronić ciągnącego się jak wąż konwoju. - Ze dwie kopy zbrojnych? - jeszcze raz zapytał posłańca. - Tak, Panie! Siły główne, czy też oddział mający wywabić jego wojowników na czoło pochodu? Obie możliwości wchodziły w grę, a decyzję trzeba było podjąć natychmiast. - Dziesięciu ludzi za mną. Reszta zostaje tutaj - rzucił rozkaz i galopem ruszył w kierunku czoła kolumny. Za jakiś czas znalazł się przy straży przedniej. Dowodzący nią setnik wskazał mu stojącą przed rzeką grupę nieprzyjaciół. Rzeczywiście nie była duża, coś jednak niepokoiło księcia. Jakby jakiś tajemny szósty zmysł ostrzegał go o niebezpieczeństwie. - Stoimy w miejscu. Nie atakować - wydał rozkaz. - Gniewosz! Poślij tam dziesiątkę zwiadowczą. Niech podjadą do tamtych tak blisko jak można, a potem zawrócą, żeby choć jeden z nich wrócił żywy. Dowódca skinął głową i na jego znak od oddziału oderwała się grupa jeźdźców, by pocwałować w kierunku wroga. Zwiadowcy nawet w czasie wojny służyli bez pancerzy i prawie bez broni, polegając tylko na chyżości swych wierzchowców. Teraz jednak oddział posuwał się ostrożnie, gotowy w każdej chwili zawrócić do swoich, ale przeciwnik zdawał się ignorować bezczelnych harcowników i stał nieporuszony. Nikt nie poderwał się do szarży, nie wyleciała na ich spotkanie ani jedna strzała. Oddział tymczasem podjechał na jakieś sto kroków i zatrzymał się, poczym odłączyła się od niego dwójka ludzi. W pełnym galopie zwiadowcy ci przejechali tuż przed frontem wroga, nie budząc żadnej reakcji. Dopiero, gdy wykonali nawrót i znów pomknęli obok wrogich jeźdźców, kilku żołnierzy z pierwszego szeregu sięgnęło po łuki, posyłając kilka niecelnych zresztą strzał. "Kukły"- zrozumiał nagle władca. Większość tego oddziału to kukły. - Zawracamy ku środkowi!- krzyknął. - To podstęp! Oddział czołowy poderwał konie. Za późno. W tej samej chwili zobaczyli tuman kurzawy. To nieprzyjacielska konnica wypadła zza krawędzi lasu. W następnej chwili wróg przeciął na pół węża konwoju. Wozy jadące z tyłu zatrzymały się, a te powyżej miejsca przecięcia przyspieszyły, by ujść zagrożeniu. W powstałej przerwie zawrzała zacięta walka. To strzegące boków taboru dziesiątki podjęły nierówny pojedynek. Gdy jednak straż przednia dotarła tam, było już po wszystkim. Nieprzyjaciel stał zwrócony do nich czołem, gotowy odeprzeć atak. - Mają przewagę - trzeźwo ocenił stojący obok księcia setnik Gniewosz. - Panie, odcięli nam tylko żywność i jeńców. Skarby są po naszej stronie. Przeprawmy się przez rzekę, a za dwa dni będziemy w Przemyślu. Tam nasza załoga. Książę jednak nie słuchał go. Dobył miecza, już nie magicznego, choć wykonanego w kuźni samego mistrza Ulfbertha. Nigdy decyzja o walce nie przyszła mu tak łatwo. Przed każdym starciem starannie kalkulował wszystkie za i przeciw. Tym razem nie obchodziła go przewaga wroga, ani to,

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych