Wróć do katalogu

Pumeks

O chorych ludziach, których schorzenia nazywają się RUTYNA i OBOJĘTNOŚĆ.

Pulsifer, opublikowano , 32 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PUMEKS

{i}„Psychologia, szanowni państwo, to najbardziej skomplikowana z nauk medycznych! Ona, jako jedyna, nie zna rutyny i mechanicznego działania! Dlaczego? Drodzy państwo, leki na grypę każdy z państwa określić potrafi, wiecie doskonale jak trzeba leczyć gardło, nogi, wątrobę, serce. Ale nie możecie znaleźć jednego, uniwersalnego leku do przepisania pacjentowi choremu na mózg. Ponieważ mózg jako siedlisko inteligencji, też trzeba leczyć inteligencją! Rozumem psychologa! Pamiętajcie o najważniejszej rzeczy – każdy wasz pacjent jest inny i nie wolno go traktować podręcznikowo! Macie ich słuchać, obserwować, rozmawiać, aby zrozumieć gdzie leży natura problemu. Waszym zadaniem jest być przez jakiś czas w ich skórze.”{/i}

Wracała zawsze do domu z tą myślą w głowie, zmęczona po kolejnym dniu wysłuchiwania, obserwowania, rozmów i prób zrozumienia swoich pacjentów. Dzisiaj miała ciężki dzień, dlatego też zamykając drzwi gabinetu po ostatnim pacjencie, poczuła ulgę. Oprócz kilkunastu znanych jej już twarzy, odwiedziło ją kilka nowych, z jeszcze wymyślniejszymi problemami i fobiami. Jeden z nich przeszedł ludzkie pojęcie – zaparł się w myśli, że jest fotelem i żądał zmiany obicia na bordowy z odcieniami fioletu. Póki co, doradziła jego rodzinie aby mu kupili ubranie w żądanym kolorze, chociaż i oni byli jacyś dziwni, ukrywający coś. Albo zażenowani? Nie wiedziała już. Była wykończona i chciała znaleźć się jak najszybciej w domu. Wdrapała się na piąte piętro wieżowca, w którym przyszło jej mieszkać. Windy znowu nie działały. Sapiąc, weszła leniwie do wnętrza mieszkania, rzuciła torebkę i klucz na stół w kuchni. Z pokoju wychylił się jej mąż, sprawdzając czy to ona wróciła. - Cześć… - ona drgnęła lekko i zwróciła na niego uwagę. - A… cześć… gdzie dzieci? - U sąsiadów na dole. Oglądają jakiś film z ich maluchami… - Wszedł do przedpokoju, w którym ona ściągała płaszcz. Spojrzał się na jej zmęczone, podkrążone oczy. Pocałował ją w zimne, spierzchnięte usta. Ona się tylko lekko uśmiechnęła i powiedziała: - Idź je odbierz… ja się położę… - On z lekkim niepokojem spojrzał się na nią. Tracił ją z każdym kolejnym, przeciętnym dniem. Wracała coraz bardziej zmęczona, coraz bardziej przepracowana. Nie brała urlopu od pół roku, weekendami chodziła do pracy. Coraz mniej czasu poświęcała dzieciom, jemu… Pociągnął za klamkę i zszedł piętro niżej „odebrać maluchy”. Tak naprawdę to siedział potem u sąsiada przy kieliszku. Ona tymczasem zjadła coś naprędce, wzięła szybki prysznic i wskoczyła do łóżka.

Spała, śniąc o dziwnych rzeczach. Zapamiętała tylko drobinki rozbitego szkła na granatowej podłodze. Przebudził ją na moment chrzęst łóżka uginającego się pod ciężarem jej męża. Poczuła woń alkoholu. Szarpnęła ze złością kołdrę i ponownie usnęła. Jej sen był znowu niespokojny.

Kiedy się obudziła było krótko przed dziesiątą. Zerwała się na równe nogi, przez co zawróciło jej się w głowie. Usiadła i przypomniała sobie, że jest sobota a pierwszą wizytę ma dopiero na czternastą. Wstała spokojnie, zbudziła dzieci, przygotowała sobie i im śniadanie. Chłopiec i dziewczynka wpadli i zaczęli pałaszować kanapki. Ona podeszła do okna i wyjrzała na podwórko. Jej mąż oczywiście stał i dyskutował z jakimś sąsiadem, poznanym na jednym z „seansów spirytusowych”. Poszła do pokoju, usiadła na niepościelonym łóżku, w spokoju dokończyła śniadanie, wzięła książkę, którą w chwilach nudy poczytywała i wtopiła się w lekturę. Był to zbiór opowiadań, z którego jedno z nich było fascynujące. Była mowa o psychologu, który po pewnym czasie w wyniku ze spotkań z jednym ze swoich pacjentów sam stracił rozum, przejmując dziwną fobię od niego. Historia była tak nieprawdopodobna, że kiedy skończyła ja czytać, pierwszym ruchem było chwycenie się za twarz, bo nie wiedziała czy rzeczywistość czasem nie zlała się z fikcją literacką. Spojrzała wielki zegar. Było wpół do trzeciej. Spanikowała, że tak późno. Rzuciła książkę i chciała szybko pościelić, zebrać się i czym prędzej gnać do pracy. Książka zleciała ze stołu i poszybowała w kierunku stojącej nieopodal szafy, na której pólkach stały różne bibeloty. Znacie prawa Murphy’ego? Są to największe mądrości, jakie zostały zebrane przez człowieka, ponieważ mówią o rzeczach, które w teoretycznie są nieudowodnione i pesymistyczne, w praktyce znajdują co krok swoje potwierdzenie. Jednym z nich, które teraz odzwierciedliło się w życiu codziennym jest: „Jeżeli coś może się popsuć w wielu miejscach, to pierwsze uszkodzenie wystąpi tam, gdzie wyrządzi największe szkody.” Książka pofrunęła prosto w jej najcenniejszy wazon. Wielki, granatowy z rzeźbionymi smokami i innymi fantastycznymi stworami. Pośrodku nich wszystkich, władzę sprawował dumny król, czarodziej, czy też inny sędziwy starzec. Teraz obrazy zamieniały się w nicość. Stary, ponad trzystuletni wazon, trzymany przez pokolenia. Pokolenia wielkich artystów i pisarzy, którzy znaleźli się w jej rodzinie. Przez wielkie pióra chroniony, przez książkę zabity. Zachwiał się i spadł z półki. Rozległ się głośny brzęk tłuczonego szkła. Coś w jej głowie jakby pękło na tysiące kawałków. Widziała dokładnie ten moment, jakby klatka po klatce, jak wazon uderza o podłogę i powoli odpadają od niego większe i mniejsze kawałki. Przez jedną chwilę, ułamek sekundy, te wszystkie odłamki utworzyły coś w rodzaju wielkiej pylastej sfery. Jakby niebo, cały wszechświat skurczył się nagle do tego obszaru kilkudziesięciocentymetrowej średnicy i ukazywał swoją wielkość i piękno na chwilę przed zagładą. Zobaczyła jak ginie świat – jej świat. Zaczęła krzyczeć. Zaalarmowane krzykiem i odgłosami tłuczonego wazonu dzieci przybiegły do pokoju. Po chwili wpadł i mąż, który a w sam raz wracał z podwórza. - Co się dzieje??? – krzyknął na nią. Wtedy ona umilkła i zaczęła dochodzić do siebie. Poczuła się głupio, że w taki sposób zareagowała na to wszystko. - Wa… wazon się stłukł… najstarszy… - zaczęła jakby się tłumaczyć przed rodziną – ja… tylko rzuciłam książkę, bo… było już późno… a ja… do pracy… - O nie. – urwał szybko mąż – Ty dzisiaj nie idziesz do pracy. Jesteś zmęczona, rozkojarzona… nie można tak dalej. Wstąpiła w nią dziwna wściekłość. Jak ktoś może jej rozkazywać, co ma robić, a czego nie? Odepchnęła jego w momencie, kiedy próbował ją usadzić na kanapie. Dzieci patrzyły się przerażone zachowaniem mamy. Ta jednak opanowała wściekłość i krótko powiedziała: - Nie. Idę. – Wybiegła z pokoju, chwyciła płaszcz, torebkę oraz klucze i wyszła z mieszkania. Zbiegła szybko po schodach i pognała do pracy. Jeszcze ani razu w ciągu swojej dziesięcioletniej kariery nie spóźniła się na żadną wizytę. Nie zauważyła, że ulica wyglądała inaczej. Nie zauważyła, że mijający ją ludzie byli inni. Nie zauważyła, że bramka i ścieżka wiodąca do jej gabinetu zupełnie różniły się od tych wczorajszych, przedwczorajszych i tydzień wcześniejszych. Wchodziła po dziewięciu innych schodach i otworzyła drzwi, które nie były jej znane. Ale ona nie miała czasu o tym myśleć. Poczekalnia była pusta. Ścierpła jej skóra, na myśl, że pacjenci z niecierpliwości mogli wrócić do domów. Spojrzała na zegar wiszący nad drzwiami jej gabinetu. Było piętnaście po trzeciej – jeszcze nie tak późno. - Maria? – Zawołała niepewnie swoją asystentkę, która wychyliła się z miniaturowej kuchni, z której ciągle buchał ostry aromat kawy. Nie spostrzegła, że Maria, również nie była tą Marią, która wprowadzała jej pacjentów do pokoju i umawiała ich na odpowiednie godziny. - O, jest pani. Już zaczynałam się martwić o panią. Jeszcze nigdy się nie zdarzyło pani spóźnić. - Przepraszam… siedziałam w domu i się zaczytałam… było już późno… gdzie są pacjenci? Poszli już? - Niech się pani nie boi… wszyscy dzisiejsi pacjenci, poza jednym, odwołali swoje wizyty. - Na którą? - Przełożyłam tego pana na wpół do czwartej. Ale on już jest. - Gdzie? - W gabinecie, siedzi tam i czeka na panią od trzeciej. - Dobrze. – Dała jej płaszcz i stanęła przy drzwiach gabinetu – Zrób mi kawę. – Chciała już otwierać drzwi, kiedy przystanęła i obróciła lekko głowę w kierunku Marii. – Jego rodzina też tam jest? - Nie. Przyszedł sam – zawołała z kuchni Maria. To trochę ją zdziwiło. Rzadko kiedy pacjenci przychodzili sami. Chyba, ze nie mieli rodziny. Weszła do gabinetu. Na jednym z foteli siedział mężczyzna, patrzący się w okno. W momencie kiedy ona weszła, ten obrócił się i wstał. Był wysoki, twarz miał poważną, włosy krótko ścięte i przeciętne, zielone oczy. Nie sprawiał wrażenia człowieka, który ma jakiś problem psychiczny. - Dzień dobry – zaczęła ona - Nazywam się… - Wiem – przerwał jej spokojnym głosem, uśmiechając się lekko ironicznie – Przecież zdaję sobie sprawę, do kogo idę, prawda? – Poczuła się lekko zmieszana zachowaniem pacjenta, ale nie dała po sobie tego poznać. Jest w końcu psychologiem. - Pan tak wszystko wie? To może nie jest potrzebny panu psycholog? Mężczyzna się zaśmiał. - A jednak jest. Niewiarygodne prawda? - Prawda – uśmiechnęła się lekko – Proszę sobie wygodnie usiąść. – Oboje usiedli, ona za swoim biurkiem, on na fotelu po drugiej stronie. Przez chwilę wymieniali zaczepne, bojowe spojrzenia. - Jak się pan nazywa? - A czy to ważne? – prychnął – Czy moje imię i nazwisko pomoże pani jakoś w zlokalizowaniu problemu? - Ale wie pan, że ja musze udokumentować każdego pacjenta… - Proszę pani… może mnie pani potraktować jakby mnie w ogóle nie było a ja pani i tak zapłacę… owszem ja mogę podać swoje dane osobowe, ale czy to naprawdę jest konieczne do pomocy? - Nie – opuściła długopis – To nie jest konieczne, rzeczywiście – dodała z ironicznym uśmieszkiem, próbując naśladować swojego pacjenta – Ma pan absolutną rację. On z tym samym szyderczym wyrazem twarzy, założył sobie dumnie nogę na nogę i zaczął pretensjonalnie nią machać. - A więc? - A więc co pana do mnie sprowadza? Słucham uważnie, jestem tylko do pańskiej dyspozycji. Mężczyzna zaśmiał się krótko. - Właśnie chodzi o to, że mnie do pani sprowadza dosłownie NIC. Na jej twarzy wykwitło lekkie zdziwienie. – To znaczy się, moim problemem jest to, że nie mam problemu. Rozumie pani? Nie mogła jednak zrozumieć, o co chodzi jej pacjentowi. - Ludzie bez problemów są chyba szczęśliwi prawda? - A ludzie bez problemów i bez szczęścia? – Spojrzał się jej prosto w oczy – Ludzie bez DUSZY? Milczała. Pierwszy raz od dziesięciu lat nie wiedziała, co ma odpowiedzieć swojemu pacjentowi. On tymczasem zrzucił nogę z nogi i oparł się łokciami o kolana. - Pumeks. - Co pumeks? - Czuję się jak pumeks! Wyobraża sobie pani stan zupełnego wyjałowienia duszy? Braku uczuć? Stan bezemocjonalny? Taki jestem! Taka jest teraz moja dusza! Szorstka, chropowata, szara, ostra, jałowa jak pumeks. - Hm… muszę przyznać, że to trochę nietypowe. - Ale powszechne. Tylko wiele osób sobie nawet nie zdaje z tego sprawy, że w natłoku codziennych spraw, tych samych wykonywanych co dzień czynności. RUTYNA. Przyszedłem do pani, ponieważ z każdym dniem rutyna mnie zabijała, na samym początku nie zwracałem na to uwagi, postępowałem jak każdy normalny człowiek. Chodziłem do pracy, wracałem do domu, siadałem z żoną, jadłem kolację, szedłem spać. Tak wyglądał mój normalny, klasyczny dzień. Po pewnym czasie zdałem sobie sprawę, że w moim życiu nic się nie dzieje. Zaczynałem coraz częściej myśleć – po prostu myśleć. To też mnie zaczynało zabijać. Dochodziłem do brutalnych ale realnych prawd. - Jakich? – weszła mu w słowo. - Takich, że zdałem sobie sprawę, że jestem przeciętny, że ja przestaję czuć, że tracę siebie i nie potrafię już sobie z tym poradzić. To było frustrujące… – Rozległo się pukanie do drzwi. To była Maria. Podeszła do biurka i postawiła na nim dwie kawy. Psycholog pomyślała sobie, że nie kazała jej przynosić kawy dla pacjenta, ale pominęła to milczeniem. Podziękowała jej. W momencie, kiedy Maria wyszła, mężczyzna sięgnął po kawę, upił łyk i postawił ją na stoliku obok fotela. - Ale jednak coś pana zmobilizowało do tego, aby przyjść do kogoś, kto mógłby panu pomóc albo chociaż spróbować pomóc. - Dosyć asekuracyjnie pani zagrała. – Spojrzał się zaczepnie. - Nie rozumiem? - „Albo chociaż spróbować pomóc”. Czuje się pani niepewnie? - Łapie mnie pan niepotrzebnie za słówka – powiedziała, chociaż w głębi duszy poczuła, że on jednak sprytnie ją odkrył. Przeszywał ją wzrokiem i w pewnym momencie zastanowiła się kto tu tak naprawdę potrzebuje pomocy specjalisty. – Odbiega pan od tematu. Co sprawiło, że pan się tu zjawił? - Niemoc – spuścił lekko wzrok – Bezradność i przeraźliwy krzyk resztki mojej duszy, która jeszcze woła o wolność, o życie. Resztki siebie, która walczy choć umiera. – Spojrzał na nią smutnym, błagalnym wzrokiem. –Ja tak dłużej nie potrafię być głową na zewnątrz skorupy rutyny i obserwować to wszystko, nie mogąc nic zrobić. Jak człowiek zamarznięty po głowę w stawie. Widzi swoją beznadziejną sytuację, sam wydostać się nie może. Muszę albo zapaść się ponownie w bezrozumną głębię i być nieświadomym moich poczynań, albo wyjść z tego raz na zawsze… - W skrócie, to żałuje pan, że spojrzał się na swoje poczynania z innej perspektywy? - Tak. Niewiedza była zdecydowanie lepsza. - Ale ta wiedza by przyszła w końcu do pana! Proszona czy nie, wcześniej czy później przyszłaby. A wtedy być może byłoby jeszcze gorzej. Po co oślepiać się, dla swojego pozornego świętego spokoju, a tak naprawdę dalszego wyniszczania samego siebie? - Chociażby dlatego – spojrzał na nią rzeczowo – Nie miałbym wyrzutów sumienia. Po prostu byłbym ślepy na wszystko. - Chce pan zgrywać znieczulicę? – Prowokacyjnie rzuciła ona – Przecież wyraźnie czuję w panu, że pan nie chce tam wracać. Po to przecież pan tu przyszedł. Może pan skrywać prawdę, ale i tak wiem, jaka ona jest. - To może od razu doradzi mi pani, co mam robić? – Tego pytania obawiała się najbardziej. Z prostej przyczyny – nie wiedziała, co poradzić takiemu człowiekowi. Zazwyczaj standardowe porady typu „Niech pan sobie znajdzie jakieś hobby, zacznie uprawiać sport”, nie wchodziły w rachubę. Znała takich ludzi, chociaż nie leczyła. Oni nie byli zdolni się nawet za to wziąć. Oni byliby puści i obojętni nawet w tym, co by mieli wykonywać. Tutaj trzeba było ich… rozruszać emocjonalnie. Myślała długo, jak uzyskać taki efekt, a on czekał cierpliwie, nie robił złośliwych uwag ani docinków. Po prostu siedział i patrzył uważnie jak ona szuka rady na jego problem. Ona jednak mimo wszystko wyksztusiła to, czego nie chciała powiedzieć: - Może jakieś hobby… zajęcie jakieś by pan sobie znalazł… sporty… - Spojrzał się na nią w taki sposób, że w jednym momencie pożałowała, że ona jako doświadczona pani psycholog wyskoczyła z takim banalnym pomysłem. - Nie. Myśli pani, ze nie próbowałem? Za wszystko się brałem… ale czułem się nadal pusto. Nadal czegoś mi brakowało… Byłem bez emocji. - Dobrze… zrobimy jeszcze rozpoznanie…- powiedziała pusto i zaczęli rozmawiać o nim. To znaczy on jej opowiadał o sobie, o swojej pracy, dniu codziennym, rodzinie, pasjach. Z najdrobniejszymi szczegółami przywoływał każdy element swojego życia. Nie musiał się śpieszyć – dzisiaj w końcu tylko on był umówiony. Za oknem zaczęło szarzeć – w końcu był luty i zmrok szybko nastawał. Ale dla trzech osób czas się zatrzymał. Dla pacjenta, opisującego całe swoje życie, lekko, łatwo, pustym głosem. Dla psycholog, która siedziała, nagrywała wszystko na dyktafon i starała się zrozumieć swojego pacjenta. Dla asystentki – Marii, która siedziała w pomieszczeniu obok, siorbiąc kawę i czytając jakiś wciągający zbiór opowiadań.

{i}Wazon balansował niebezpiecznie na krańcu półki, rzucając się do śmiertelnego upadku…{/i}

Było już późno. Psycholog spojrzała na zegar i sama się przestraszyła. Było wpół do siódmej. Jeszcze nigdy nie poświęciła tyle czasu jednej osobie. Nawet jej rodzina mogłaby się domagać takiej uwagi. Ale ten człowiek był inny. On nie musiał…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych