Wróć do katalogu

Requiem dwóch serc

Agata i Beata - bliźniaczki posiadające zdolność telepatii, spędzają szczęśliwe wakacje nad jednym z polskich jezior. Słodki i pachnący spokój letniego wypoczynku nie trwa jednak długo; w lesie czai się Zło, zew, każący im ...

Creep, opublikowano , 43 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Agata nachyliła się i pogłaskała gładką taflę. Woda była czysta i ciepła. Siedziały na drewnianym pomoście, wrzynającym się w jezioro na długość około siedmiu metrów. Za ich plecami rozciągało się nieduże wzniesienie, na jego szczycie można było dostrzec ceglane ściany niewielkiego domku letniskowego. Wszystko szczelnie otulał gęsty las. - Podoba mi się tutaj. - Matce też – odpowiedziała Beata. - To spokojne i ciche miejsce. Czegoś takiego potrzebowała. - Może wreszcie odpocznie. A my chyba powinnyśmy już wracać. Trzeba się rozpakować, przebrać i... Na miasto. Co ty na to, siostra? Agata kiwnęła głową. Beata miała na myśli Mabel, niedużą wioskę turystyczną oddaloną od nich o dwa kilometry. - Aż tak ci się spieszy, żeby kogoś upolować? Beata uśmiechnęła się szeroko. - Jesteśmy w końcu na wakacjach, no nie? Wstały i zaczęły powoli piąć się z powrotem do domku. Wokół nich las rozbrzmiewał dziesiątkami głosów. Z pobliskich krzaków doszedł ich głośny szelest, pewnie mysz czmychała właśnie do swojej kryjówki. Korony drzew kiwały się w spokojnym, majestatycznym tańcu. Dziewczyny zatrzymały się w połowie wzniesienia. Z tego miejsca roztaczał się wspaniały widok na jezioro i okoliczne tereny. Na kilku plażach spokojnie smażyło się kilkudziesięciu wczasowiczów, wodę cięły sylwetki kajaków. Pachniało żywicą i latem. Splotły dłonie. „Piękny widok” – pomyślała Agata. „Masz rację. Tu jest po prostu cudownie... Kocham cię” – pomyślała Beata. Uścisnęły się mocniej. Na ich twarzach rozkwitł uśmiech, ciepły, pełen spokoju. Beata przesunęła palcem po srebrnym pierścionku, który nosiła na małym palcu prawej dłoni. Musiała go nosić. Inaczej ludzie nie odróżniliby jej od siostry.

***

Najpierw była ciemność. Następnie otworzyła się przestrzeń, którą natychmiast wypełniły barwy i dźwięki. Ktoś nazwał rzeczy, opowiedział o gwiazdach, podał soczek. Wszystko było cytrynowe i soczyste. Szczęśliwe. Pełne ciepła i miłości. Jednak potem przestrzeń się zamknęła. Stało się coś, co zalało ją z powrotem smolistą, nieprzeniknioną czernią. Co to było? Nie wiadomo. Pamięć, zazdrośnica, zamknęła te wspomnienia w zimnej klatce i schowała w klitce pod schodami. Pozbyła się klucza, rozbijając go na tysiące kawałków. Przez jakiś czas w środku tliła się nadzieja na dawne szczęścia, dawne życie. Jednak i ona zgasła, stłumiona zimną, mokrą dłonią pustki. Nie było nadziei. Aż nagle, dzisiaj, przestrzeń otworzyła się ponownie. Była jednak inna.

***

Mabel było mieściną typowo wypoczynkową, z rodzaju tych, co ożywają pod koniec marca, a z nadejściem jesieni kładą się do snu. W lecie pulsowało życiem i energią wczasowiczów, kroczących główną aleją z goframi lub parującymi kolbami kukurydzy. Zimą można było zapewne przejść z jednego końca Mabel na drugi i nie spotkać żywej duszy. Niektórzy ludzie odwracali się. Przyzwyczaiły się już do tego, że zwracają na siebie uwagę. Chcąc choć po części tego uniknąć, na pierwszy spacer po mieście ubrały się inaczej. Agata miała na sobie beżowe spodnie i czarną bluzkę na cienkich ramiączkach, Beata założyła błękitną sukienkę. Włosy spięła w elegancki kucyk. - To co? Przełamanie lodów? – Zapytała Beata. - Pewnie. Kupiły lody i usiadły na niewysokim murku okalającym ośrodek wczasowy Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli. Czas mijał im szybko. Obeszły Mabel wzdłuż i wszerz, zajrzały do każdego niemal sklepiku, niekiedy głośno komentując takie rewelacje jak okulary przeciwsłoneczne z lustrzankami, które pozwalały stale obserwować śledzących cię osobników czy też „smerfową” polewę do lodów. Do domku wróciły zmęczone, ale zadowolone. - I jak wam się podoba okolica? – Zapytała matka, gdy rzuciły się na kanapę w salonie. - Okolica świetna, tylko wszystko drogie – odparła Beata. – Za głupiego gofra trzeba zapłacić pięć złotych. - Gofry możemy zrobić tutaj. W szafie widziałam gofrownicę. Macie ochotę? - Gofer-machinę – wtrąciła Beata. - Macie ochotę? - Jeszcze się pytasz! Mamo!

***

Michał Ruciak opadł ciężko na łóżko. Cisnął w kąt firmową, żółtą czapeczkę. - Ile? - Dwadzieścia cztery Wyborcze i trzy Wprosty. - Ładnie. - Gdzie tam ładnie... Poniżej limitu. Jak tak dalej pójdzie, nie będzie mnie stać na powrót do domu. Zamiast zarabiać muszę dopłacać do interesu. Tfu! Pierdzielę taką robotę. - To wyjedź. Michał wzruszył ramionami. - Nie wiem... W końcu siedzę nad jeziorem, na pobyt i jedzenie mam. Rodzice zawsze mogą coś przysłać. Nie dzwoniłem jeszcze, ale chyba nie będą robić problemów. - Nie myśl o tym. Póki co jeszcze wychodzisz na swoje. - Poza tym to ciekawa praca. Codziennie jakieś atrakcje. Wiesz, kogo dzisiaj widziałem? - Mów. - Bliźniaczki. Identyczne, mówię ci! A jakie ładniutkie... Ach! - I co? - Jak to co? Podszedłem od razu. - O. I co powiedziałeś? - Hm. Dokładnie? - Dokładnie. Michał westchnął i wbił oczy w sufit. Minęło kilka sekund, nim wycedził: - „Może gazetkę.” Rafał, piętnastoletni rudzielec, aktualnie – wakacyjny kolega Michała, wybuchnął śmiechem. Echo donośnych, soczystych chichotów jeszcze długo odbijało się od ścian małego pokoiku.

***

Agata i Beata siedziały na tarasie. Była ciepła, wilgotna noc. Piły gorącą czekoladę z dużych, niebieskich kubków. Matka poszła już spać, uprzednio odkurzywszy pół domku. - Co jutro robimy? – Zapytała Agata. - Jak to: co? Plaża, plaża i jeszcze raz plaża... Tego lata chcę się spiec. W zeszłym roku nie wyszło. Rzeczywiście. Rok wcześniej przesiedziały nad morzem równe dwa tygodnie. Przez dwanaście dni padało. Wróciły do domu wściekłe i spłukane, dosłownie i w przenośni. - Ja chyba przejdę się po lesie. - Terenów do spacerów brakować ci tu nie będzie – stwierdziła Beata. - Chciałabym też coś napisać. - Właśnie. Skończyłaś wreszcie ten wiersz, „Zumanity”? - Nie. I obawiam się, że już go nie skończę – dodała po chwili. - Dlaczego? Zapowiada się świetnie. Naprawdę masz do tego talent. - Nie o to chodzi – Agata pokręciła głową i odłożyła kubek. – Kiedyś ci już to tłumaczyłam, z wierszami, w odróżnieniu od opowiadań, sprawa jest o tyle dziwna, że to nie autor rządzi wierszem, tylko wiersz rządzi autorem. Nie można po prostu powiedzieć sobie: „dzisiaj napiszę piękny, poruszający wiersz” i usiąść przed kartką... A szkoda – uśmiechnęła się. Beata oparła łokcie o drewniany blat, otuliła twarz dłońmi. Jej długie, złote włosy spłynęły na ramiona. Zmrużyła oczy i przechyliła głowę. - Tutaj nikt ci nie przeszkodzi. Wierzę, że go skończysz. - Chciałabym. Naprawdę. Ich dłonie powędrowały ku sobie, by w końcu odnaleźć się, pod rozgwieżdżonym niebem. Wschodził księżyc, noc pachniała igliwiem. Palce bliźniaczek splotły się nieśmiało. „Wierzę w ciebie” – pomyślała Beata. „Wiem.” Siedziały w milczeniu ponad kwadrans.

***

Słońce prażyło niemiłosiernie. Na niebie nie było widać nawet najmniejszej chmurki. Wiał słaby, ciepły wiatr, a woda była cudowna. Beata zanurkowała z rozkoszą. Dzień zapowiadał się wspaniale. Od dziewiątej rano leżała na dzikiej plaży, którą znalazły podczas wczorajszego, wieczornego spaceru. Niewielką połać złocistego piasku otaczały nieprzeniknione krzewy. Intymność właściwie gwarantowana. Czegóż chcieć więcej? Powoli płynęła w kierunku brzegu. Nagle dostrzegła błysk. Zatrzymała się i obróciła głowę w jego stronę. Coś prześwitywało pomiędzy drzewami, daleko, po drugiej stronie jeziora. Opalizujący kształt rzucał na wodę srebrzyste refleksy. Wtedy usłyszała krzyk. Ktoś krzyczał. W jej głowie. Nawiedziły ją obrazy. Jakby ktoś rozrzucił przed jej oczami kolorowe szkiełka. Rysa na czymś zimnym. Krople wody, spadające na... Chłód, wilgoć i mrok, kwitnący pomiędzy drzewami, mający źródło w czymś... Cichy brzęk, jakby coś upadło na kamienną posadzkę. Dźwięk był podejrzanie znajomy, budził skojarzenie, lecz... Był za daleko. Odszedł. Nie potrafiła go rozpoznać. I oczy. Oczy, nieruchomo wpatrujące się w niebo, które zasnuło się czernią, krwistymi strzępami czegoś, co na pewno chmurami nie było, mogło nimi być, ale nie tutaj, nie tutaj, „nie tutaj, siostrzyczkooo...” To nie był głos jej siostry. Beata zachłysnęła się wodą. Gorzki, ohydny smak zalał jej usta. Krzyknęła, ręce chaotycznie młóciły o taflę jeziora i chyba schodziła pod wodę, coraz niżej, niebo zamknęło się już nad nią, gdy Wszystko ucichło. Głosy zamilkły, obrazy rozpłynęły się a Beata stwierdziła, że jest niecałe sześć metrów od brzegu i płynie spokojnie, pewnymi ruchami ramion rozgarniając wodę. O kurczak, zasnęłam? Co to było? – pomyślała. Gdy była już blisko plaży, stanęła w wodzie i jeszcze raz spojrzała się na drugą stronę jeziora, starając się wyłowić spomiędzy drzew obraz tego dziwnego, opalizującego (czegoś) (czego nie było, nie mogło być, prawda?) Las. Dorodne, zdrowe sosny kołysały się majestatycznie, smagane wiatrem. Odległe, białe żagle. Motorówka. I to wszystko. Żadnych błysków. - Uff. Musiałam przez chwilę odpłynąć – powiedziała głośno Beata, jakby chciała przekonać samą siebie. Usłyszawszy swój głos, poczuła się pewniej. Roześmiała się nawet, gdy doszła do niej dwuznaczność wypowiedzianych słów. „Odpłynąć” – ha! Wyszła na brzeg. Ślady snu (snu?) opadły z niej niczym zużyta skóra z węża. Otuliła się niebieskim ręcznikiem, wytarła włosy. Usiadła na kocu i chwyciła butelkę wody. Wypiła kilka łyków. Woda była ciepła, lecz nadal orzeźwiała doskonale. Odetchnęła z ulgą. Są rzeczy na niebie i ziemi... – pomyślała. – Ciekawe, co powie na to Agata. Kiedy jednak godzinę później przyszła jej siostra, Beata zapomniała już o dziwnym śnie („Sen. Tak. Na pewno.”). Wysłuchała opowieści siostry o szalonych wiewiórkach, patrolujących wytrwale okoliczne tereny i dzięciole, który zawzięcie stukał dziobem w metalowy kaptur nie działającej już latarni ulicznej. Śmiały się długo, potem poszły do domu na obiad. Koc zostawiły na swojej plaży. Bo kto tu będzie zaglądał? – Zapytała retorycznie Beata. Umysł ludzki ma to do siebie, że łatwo zapomina o rzeczach, o których chce zapomnieć. Na obiad zjadły pierogi z jagodami, przygotowane przez matkę. Były słodkie i pyszne.

***

Słońce powoli kryło się już za drzewami, gdy wiewiórka wyskoczyła na małą polankę, ukrytą wśród drzew. Stanęła słupka, powęszyła kilka chwil i pobiegła dalej. Na środku polanki stała okrągła, kamienna fontanna. Nie było w niej jednak wody, na dnie wiatr rozsypał jedynie piasek, pył i kurz. Wiewiórka wdrapała się na okalający ją, niski murek. Rozejrzała się. Było cicho. Cichutko. Zgrabnym susem wskoczyła do środka. Usłyszała szum. Dochodził spod jej nóg. Ostre pazurki drapały suchą, kamienną posadzkę. Wskoczyła na centralną część fontanny. Długi, rudy ogon spoczął na kamiennych ornamentach. Jedna z metalowych rurek zasyczała cicho. Wyleciała z niej jedna kropelka. Nie była to kropelka wody. Zwierzątko zasnęło.

***

Słońce stało w zenicie, gdy wyruszyły na spacer. Droga biegła wzdłuż jeziora. - Jesteś zdenerwowana. Dlaczego? – Zapytała Agata. - Zdenerwowana? Nie, co ty. Prędzej zirytowana. W tej głupiej wiosce nie ma żadnego porządnego, przystojnego faceta! - Może za słabo się starasz. - Może. Ale oni też mogliby przynajmniej wyjść ze swoich nor. - Cierpliwości... Usiadły na niedużej polance. Beata wyrywała źdźbła trawy i ciskała je przed siebie. Agata położyła się na ziemi i zamknęła oczy. Chłonęła spokój i ciszę miejsca. Tego jej było trzeba... Od wielu miesięcy oczekiwała tego wyjazdu. Kiedy matka przyszła do domu pewnego marcowego wieczoru i powiedziała wszystkim o swoim pomyśle, wszystko brzmiało tak nierealnie... A teraz? Teraz były tutaj, słońce grzało wesoło, a one cieszyły się każdą chwilą. Szkoda tylko ojca, który musiał służbowo wyjechać do Belgii. Wyjęła notes. Przygryzła końcówkę ołówka. Odetchnęła głęboko i pozwoliła myślom płynąć. A nuż złapie jakąś metaforę, schwyci ją i wokół niej ulepi coś naprawdę pięknego... Chłopca zobaczyły dopiero, gdy stanął nad nimi. - Cześć, dziewczyny. - Cześć – odpowiedziały, zaskoczone. Miał krótkie, jasne włosy. Wyglądał na siedmiolatka, lecz jego spojrzenie zawierało w sobie dziwną głębię. Jakby patrzył się na nie... I przez nie. - Co piszesz? - Próbuję napisać wiersz – wyjaśniła Agata. - Co to jest wiersz? Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Siedziała, zaskoczona, gdy z pomocą przyszła jej siostra: - Wiersz to taka układanka ze słów, które razem tworzą coś ładnego. - Aha. - A ty, co tu robisz? - Chodzę. Tu jest bardzo ładnie. - Nie boisz się, że się zgubisz? Gdzie są twoi rodzice? Chłopiec wzdrygnął się nagle. Beata natychmiast pożałowała swojego pytania. - Mama jest u lekarza. Dontysty. - Chyba: Dentysty. Tego od zębów? - Tak. Tego, co leczy zęby. Zapadła chwila ciszy. Beata powróciła do swego rytuału, czyli do rzucania trawą. Agata odłożyła notes i przyjrzała się chłopcu dokładniej. Rozglądał się uważnie, jakby... Wszystko widział po raz pierwszy. Oto prawdziwa, godna zazdrości ciekawość dziecka – pomyślała. Nagle chłopiec powiedział: - Jesteście takie same. - Tak. - Ale ty nosisz pierścionek – wskazał palcem Beatę. – Żeby można was było odróżnić. - Tak... – Beata rzuciła siostrze krótkie spojrzenie. Bystry dzieciak. - Mama potrafi powiedzieć, że ty to ty, a nie odwrotnie? – Zapytał, patrząc się na Agatę. - Nie – pokręciła głową. – Nawet ona nie potrafi. - To musi być fajne uczucie. - Czasami jest. Nie przedstawiłeś się. Jak ci na imię? Jestem Agata, a moja siostra ma na imię Beata. - Nazywam się... Łukasz. Tak, Łukasz – powtórzył. I muszę już iść. Miło mi było was poznać. Do zobaczenia, dziewczyny. Papa. Obrócił się na pięcie i odszedł, dalej rozglądając się na wszystkie strony. Beata upuściła źdźbło. Wymieniły pytające spojrzenia. W tym chłopcu było coś dziwnego, jednak nie potrafiły powiedzieć, co. Ich ręce bez udziału świadomości zbliżyły się do siebie. W momencie, gdy dotknęły się opuszkami, świat jakby zyskał na kolorach i dźwiękach. Poczuły przyjemne odprężenie. „Ciekawy dzieciak” – pomyślała Beata. „W nim coś jest” – pomyślała Agata. Wtem z całej siły uścisnęła rękę siostry. Chłopiec stanął. Nagle. Jakby... Jakby je usłyszał. Obrócił się. „W was też.” I odszedł.

***

Bliźniaczki stały kilkanaście sekund w kompletnym milczeniu. Patrzyły, jak chłopiec znika między drzewami. Pierwsza odezwała się Agata. - On nas słyszał. - My jego też. - Jak to możliwe? Beata westchnęła. Kilka lat temu obie usiłowały poznać źródło swych zdolności. Wszelkie poszukiwania nie przyniosły jednak rezultatów. O ich umiejętnościach nie wiedział nikt. Nawet matka, którą kochały bardzo mocno i darzyły wielkim szacunkiem. Do nikogo nie mogły się zatem zwrócić. W końcu uznały wszystko za aksjomat, pewnik, nie wymagający dowodów czy podparcia naukowymi teoriami. Niecodzienny sposób komunikacji, i to wszystko. Nie wierzyły, że istnieje jeszcze ktoś. - Zakładanie, że jesteśmy same było nielogiczne. - Ile on mógł mieć lat? Sześć? Siedem? – Zapytała Agata. - Był młody. Bardzo młody. - Może to wszystko było tylko halucynacją, fatamorganą... Beata mocno ścisnęła rękę siostry. „Agata. Słuchaj. To wszystko się stało, obie to czułyśmy.” „Ale...” „Żadnych ale. Musimy wziąć się w garść. Dzieciak zna nasz język. Może przy następnej okazji spróbujemy z nim porozmawiać.” „Myślisz, że będzie następna okazja?” „Tak. Myślę, że jeszcze nie raz go spotkamy.” „Beata?” „Co?” „Kocham cię... I boję się. Że czegoś nie zauważymy, że coś nas rozdzieli.” „Histeryczka. Co mogłoby nas rozdzielić?” Agata nie odpowiedziała. Myślała o chłopcu, jego słowach, twarzy, na której błądziły dziwne cienie. Beata przypomniała sobie sen, ten gorzki, ohydny smak, zalewający usta i blask, bijący spomiędzy odległych drzew. Milczały jednak, albowiem żadna z nich nie chciała się przyznać, jak bardzo się boi.

***

Główny bulwar Mabel tętnił życiem. Michał wił się wśród przechodniów, machając gazetami i krzycząc. Średnio co pięćdziesiąta osoba zwracała na niego uwagę. Co setna przystawała. Co pięćsetna decydowała się na kupno. W skali ośmiu godzin pracy dziennie dawało to ledwie zadowalający utarg. Zdążył się jednak przyzwyczaić. Co gorsza, uświadomił sobie, iż lubi tę pracę. Można było zobaczyć wielu ciekawych ludzi. Rodziny, przemierzające ulicę powolnym, majestatycznym krokiem, które zatrzymywały się przy każdym straganie; grupki młodych dziewcząt, rozchichotane, demonstrujące perfekcyjną opaleniznę i zgrabne uda (oj, mnóstwo tego kręciło się tutaj... Michał nie miał nic przeciwko)... Kiedy jednak zauważył biegnącą kobietę, zatrzymał się. Nie była stara, lecz czasy szczęśliwej młodości miała już pewnie za sobą. Wyglądała na trzydzieści pięć, czterdzieści lat. Z ramion zwisała jej posępnie brunatna sukienka. Włosy miała potargane i przetłuszczone, zlepione w grube strąki. Biegła w jego kierunku. Patrzyła mu prosto w oczy, głośno dysząc. Starał się zejść jej z drogi. Nie udało mu się jednak. Poczuł, jak w ramiona wbijają mu się długie, kościste palce. Zobaczył jej oczy: przekrwione, podkrążone. - Gdzie on jest? – Warknęła. - Proszę mnie puścić. O co pani chodzi? - Uciekł! Ale ja go znajdę. Jest taki bezbronny... - Bez wątpienia... Znajdzie pani... Ale proszę mnie już puścić! Poczuł, jak uścisk traci na sile. Po kilku sekundach kobieta pobiegła dalej, chwiejąc się i potykając. Ludzie wytkali ją palcami, jednak zdawała się tego nie zauważać. Minęło kilka minut zanim serce Michała uspokoiło się nieco. Rozejrzał się. Życie powróciło do swego codziennego, monotonnego rytmu, ani śladu obłąkanej (bo musiała być obłąkana) kobiety. Machnął ręką. W końcu nie takie rzeczy się widziało – pomyślał i wziął głęboki oddech. Z przewieszonej przez ramię torby wyjął kilka nowych gazet. - Najnowsze wieści z kraju i ze świata! Tylko u mnie, do każdej gazety dostajecie państwo gratis okulary do opalania, doskonałe...

***

Beata była zmęczona. Usiadła na ławeczce przy niewielkim placu, tuż obok głównego wejścia na plażę. Musiała uspokoić poszarpane nerwy. Z Agatą rozstały się w milczeniu; każda poszła w swoją stronę. Beata czuła, że sama musi stawić czoła dziwnemu uczuciu, które zalęgło się na dnie jej umysłu. Po raz pierwszy od długiego czasu poczuła cierpki smak samotności. Jej ręka mimowolnie powędrowała do pierścionka... Był na swoim miejscu, jak zawsze. Dotknięcie chłodnej, gładkiej powierzchni nie uspokoiło jej jednak, wręcz przeciwnie. Zamknęła oczy. Wzięła głęboki oddech. Zapach miasteczka – gotowanej kukurydzy i kręconych lodów – podziałał niezwykle kojąco. Wsłuchała się w kroki przechodniów, ten jedyny w swoim rodzaju, nadmorski gwar. Na kilka sekund poczuła się lepiej. Potem zauważyła wysokiego, mocno opalonego chłopaka. Szedł główną ulicą powolnym, niespiesznym krokiem. Uśmiechał się lekko, rozkosznie mrużąc oczy. Promienie popołudniowego słońca ślizgały się po muskularnym torsie. Beata z zaskoczeniem stwierdziła, że zrobiło jej się bardzo ciepło. Przygryzła wargi, nie mogąc oderwać od niego wzroku. Błagam, niech on tu skręci – szepnęła, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Chłopak jednak poszedł prosto i po kilku sekundach zniknął w gęstym tłumie, skupionym wokół ulicznego portrecisty. Beata westchnęła. Pierwszy, lecz nie ostatni – pomyślała. Choć... W końcu Mabel jest małe. Skoro przechadzał się sam, nie miał chyba dziewczyny? W końcu – jaka dziewczyna pozwoliłaby swojemu facetowi (TAKIEMU facetowi) spacerować półnago głównym bulwarem? Rozmarzyła się. O, tak. Jeszcze go spotka. Zamknęła oczy i pogrążyła się w błogich fantazjach. Tego jej brakowało... Właśnie tego. Wszystkie obawy i lęki rozpłynęły się, rozpuściły w barwnych, dziewczęcych marzeniach. Cierpki smak samotności ustąpił miejsca czemuś zgoła innemu – ciepłemu, pulsującemu pożądaniu, które rosło w jej wnętrzu. Nie otwierając oczu, oblizała wargi. Wtem poczuła, że ktoś ją obserwuje. Nie była to jasna, klarowna myśl ani mgliste, nijakie przeczucie. Po prostu sygnał, dyskretne dźgnięcie, ruch powietrza. Rozchyliła powieki. Naprzeciwko niej, opierając się lekko o drewniany płotek, stał opalony chłopak. Przyglądał się jej. Z uśmiechem.

***

Zapach igliwia przyjemnie drażnił zmysły Agaty. Od dobrej godziny szła leśną ścieżką, poskręcaną wstążką okalającą jezioro. Oddychała głęboko. Starała się nie myśleć o chłopcu, który je usłyszał ani o dziwnym, chłodnym ukłuciu nieznanego lęku. Całą sobą chłonęła spokój leśnych ostępów. Miała ze sobą długopis i zeszyt w twardej oprawie. Usiadła na niewielkim, zaniedbanym pomoście. Zdjęła sandały i zanurzyła nogi w rozkosznie chłodnej, czystej wodzie. Z tego miejsca widać było ich dziką plażę i wzniesienie, na którego szczycie okna letniskowego domku odbijały słoneczne refleksy, rozrzucając je po jeziorze. W powietrzu unosił się zapach lata i żywicy. No, Agata, czas coś wreszcie napisać – ponagliła się w myślach. Długopis zawisł nad papierem. Czyste kartki działały szalenie mobilizująco... Lecz co z tego? Po kilku minutach odłożyła notes. Zirytowała się. Żaden, nawet najmniejszy pomysł nie musnął jej jaźni. Nie tak miało być. Przed wyjazdem karmiła się wizjami wrażliwej na piękno poetki, siedzącej nad krystalicznie czystym jeziorem. Miała czerpać natchnienie z natury, powietrza, czystego nieba... A tymczasem? Tymczasem, wściekła, wstała z pomostu i poszła dalej. W milczeniu przeżuwała skostniałe metafory, usiłując ułożyć z nich nowy kontekst. Nawet to jej się nie udawało. Pogrążona w agresywnych rozmyślaniach…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych