Wróć do katalogu

Ruch

Ruch

szymon, opublikowano , 12 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Witaj, witaj. Przepraszam, że tak długo nie pisałem, ale miałem, a może powinienem powiedzieć, że wciąż mam ten ze swoich okresów, w którym wszystko wydaje się bez sensu, a pisanie szczególnie. Więc może powiem, że to, iż do Ciebie piszę wynika nie z powrotu chęci do pisana, a raczej z poczucia obowiązku. No, może nie w całości… ale w jakieś nie określonej zupełności. Dobrze, widzę, że bredzę, więc powrócę do faktów. Wakacje mijają mi na mękach spowodowanych okropnym upałem, na chodzeniu od drzwi do drzwi i zastanawianiu się, gdzie jest (chłodniej?!) moje miejsce i na paleniu papierosów popijanych jak zwykle pysznym czarnym napojem. Tak jest już od kilku tygodni i nic nie mogę na to poradzić. Chciałem się zwrócić do kogoś o pomoc, chciałem wyjechać, ale wszystkie te pomysły wróciły do mnie w momencie wyjścia z głowy, po czym, jak już pisałem, schowałem je skrzętnie pod poduszkę, a te większe przycisnąłem stertami książek. Jednak jeden nie dał się przygnieść nawet dziesięciokilogramowym atlasem z tysiąc dziewięćset szóstego roku i cały czas wychodząc spod niego wymykał mi się między mapami Austrio–Węgier a Hiszpanią za jakiegoś kolejnego monarchy. Próbowałem przerzucić go do słownika wyrazów obcych, na chwilę udało mi się nawet wcisnąć wraz z nim do „Daniela Martina” Johna Fowlsa, ale tylko na siedemset dziewięćdziesiąt stron, bo zaraz po skończeniu umknął mi wraz z wyjętą zakładką i znowu do atlasu. Pomyślałem, że może Lem, coś lżejszego, „Solaris”, ale nawet nie spojrzał i nie skorzystał z zaproszenia do wanny, gdzie chłodna woda, ciepła proza i szum wentylatora z powiewającymi papierowymi paskami dałyby mu i mi wielkie ukojenie przy trzydziestu dwóch w cieniu w kuchni. A potem się poddałem. Tak zupełnie z dnia na dzień, bez krzyku rozpaczy, powiedziałbym nawet, że z nikłym uśmiechem pod nosem poddałem mu się ze wzruszeniem ramion i przy kolejnym wyjściu z atlasu wiedziałem już, że nie mogę tak dłużej. Więc… W pierwszej kolejności pomyślałem, że zrobię swój kolejny ruch, przeniosę swojego gońca, bądź konia na czerń lub biel, ale zupełnie nie wiedziałem którego i w którą stronę. Kratownica mojego mieszkania, tego co widzę jak piszę, tego co mnie męczy zupełnie pozbawiła mnie jakichkolwiek motywów do działania. Wywnioskowałem jedynie, że ta czerń i biel jest dokładnie tym, co reprezentuje moje życie – skrajności w absurdalnym wydaniu, skrajności, które prowadzą jedynie do zwycięstwa albo do śmierci. Wygrana lub przegrana. Potem przyszło mi do głowy, że obydwaj grający są nastawieni na wygranie, więc jaki musi być zawód tego, którego dotyka porażka! A może wcale nie jest taki wielki, bo przecież od początku może być nastawiony na nią i zupełnie się nie dziwić – co więcej – cieszyć się, że przegrał, bo przecież to jest jego wygrana. Spojrzałem więc na swoją szachownicę, pobawiłem się delikatnie gońcem kręcąc go między palcami, a potem pomyślałem sobie, że bez środka, tylko ze skrajnościami coś się w życiu osiąga. Wiem, wiem, trochę patetyczne, (ba, trochę!) nie ja pierwszy zastosuję się do tej maksymy, ale wiem, że zrobię to po swojemu. Jednak poczekajmy chwilę… Ponieważ w tym miejscu muszę się przyznać do tego, iż wiedząc co będzie dalej nie chcę do końca wyjaśnić, ponieważ sam nie wiem, czy to, co będzie dalej nie zaprowadzi mnie tam, gdzie zupełnie się nie spodziewam. Teoretycznie ustalam dolną i górną granicę owych skrajności w pomyśle z atlasu, teoretycznie wiem, którą, górną czy dolną, wybiorę, ale nie wiem i nie mogę wiedzieć, czy nie wymkną mi się spod kontroli i czy nie zniszczą w zarodku… Dobrze, bez zbędnych spekulacji! Już wykonałem swój ruch. To był chyba goniec. Oczywiście stosując się do wszystkich zasad przeskoczyłem nim kawał drogi, by później spokojnie zagłębić się w gąszcz połączeń, które z kolei mają mnie doprowadzić do wyznaczonego końca. Wiem, że nie będę mógł stamtąd wykonać kolejnych ruchów, bo prawdopodobnie nie będzie mnie na to stać, a strasznie nie chciałbym, żeby ktoś wiedział, gdzie to jest. Więc goniec wskazał drogę, a ja nie zastanawiając się wsiadłem do pociągu i dojechałem do granicy. Choć może inaczej – goniec wskazał drogę, a ja podążyłem w kierunku granicy, która wydała mi się południową, ponieważ robiło się coraz goręcej. Spałem gdziekolwiek, cokolwiek jadłem albo wcale i po dziesięciu dniach dotarłem do niego. Choć on wcale nie wiedział, że tam byłem. Nie mogłem mu powiedzieć, bo po przeczytaniu tego ruchu mógłby się zacząć zastanawiać, a co gorsza, mógłby wszcząć alarm, a to by była ostatnia rzecz, której bym chciał. Dotarłem do niego, stanąłem przed domem i pomyślałem, że poczekam, że zobaczę tego trochę zmęczonego człowieka, który lubi, choć sam pewnie o tym nie wie, snuć się czasem po mieście i zastanawiać się, co też Unia Wolności może mu dać. A może co może dać nie tylko jemu. Może mi? W każdym razie zobaczyłem go, wiedziałem, że właśnie odpisał, że jest zaniepokojony, że wstawił w swój ruch (bo cokolwiek teraz napisze musi być ruchem) kilka wulgaryzmów, bym się opanował jeśli to jest prawda, a jeśli nie jest to bardzo głupi żart. Spoglądałem na niego i pomyślałem, że musi też wiedzieć, że nie wie, jaki ruch może teraz zrobić, że może się rozglądnąć, może krzyknąć do tego gościa w czerwonej kurtce, albo pomarańczowej koszulce i w niebieskim plecaku na plecach, czy to nie ja. Ale wie też, że ten ruch może go kosztować pionka. Choć nagle przychodzi myśl, że pionka można poświęcić, byle wyratować królową, a może nawet króla! Woła? Krzyczy? Nie wiem, bo mnie już tam nie ma. Idę dalej. Mój ruch jeszcze się nie zakończył, więc on nie może łamać reguł i cofnąć swój poprzedni, kiedy widzi, że zaraz zbiję jego pionka. Choć na pewno to wie. A ja? Ja przekraczam granicę, przemierzam spokojnym rytmem naszych południowych sąsiadów, nie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych