SŁODKA ZEMSTA (cz. II)
Druga część opowiadania o Wiktorii, która za wszelką cenę chce odzyskać swoją wielką miłość.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
SŁODKA ZEMSTA (cz. II) To miał być kolejny nudny dzień pracy. Pracy, której nie lubiłem, która ciągle mnie tylko dołowała, wysysała ze mnie całe siły witalne, bezlitośnie zabierała cały wolny czas i nie była w stanie zagwarantować płynności finansowej. Za każdym razem, kiedy przekraczałem próg tej hurtowni (jednej z najdroższej w okolicy) i patrzyłem na kierowników, którzy byli moimi rówieśnikami, zastanawiałem się, dlaczego miałem takiego pecha i urodziłem się w rodzinie bez żadnych koneksji. Denerwowały mnie ich zadowolone twarze, które czasem widziałem przez szybę, jak w ciepełku siedziały przed komputerami i udawały, że coś robią, podczas gdy ja musiałem zasuwać w chłodzie z paleciakiem i przewalać tony zamówionych produktów. Jedyna różnica między nimi a mną była taka, że oni mieli znajomości. A ja, przyszły magister zarządzania i marketingu wykonywałem robotę, którą mógłby robić ktoś po podstawówce. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nie miałem przed sobą żadnych perspektyw na polepszenie swojej sytuacji. Kiedy czułem się wyjątkowo podle (czyli prawie każdego dnia) żałowałem, że zamiast wyjechać za granicę, jak zrobili to moi inteligentniejsi ode mnie koledzy ze szkoły średniej, najpierw poszedłem do wojska, a później popełniłem jeszcze większy błąd i wybrałem się na studia, które (jak wszystko na to bezlitośnie wskazywało) okazały się zwykłą stratą czasu i pieniędzy. Czasu nie było mi aż tak bardzo żal, ale pieniądze na ulicy nie leżą. Zamiast tłuc kapustę w opływających sytością funciakach, czy choćby trochę skromniejszych euro, zasuwałem jak osioł za pieniądze, które moi koledzy zarabiali tam przez trzy, cztery dni. Fakt, że oni pracowali tam na czarno, a ja tu z niby pełnymi świadczeniami, wcale nie był dla mnie pocieszający. Przecież nikt nie mógł mi zagwarantować, że w ogóle dożyję tej emerytury, a jeśli nawet, to z wiadomych przyczyn będzie ona tak skromna, że starczy mi jedynie na chleb i wodę, pod warunkiem, że woda będzie z kałuży. A zachodziło też nie bezpodstawne podejrzenie, że nawet na to mi nie starczy, bo do mojej emerytury ZUS splajtuje z dziesięć razy. Tego dnia również bez żadnego zapału chwyciłem za skaner, który przez najbliższe osiem godzin miał kierować moimi poczynaniami między zawalonymi prawie pod sam sufit artykułami spożywczymi. W tej pracy czułem się jak biały Murzyn, bo niby oficjalnie niewolnictwa w Polsce nie było, ale sytuacja ekonomiczna takich nieudaczników życiowych (albo najzwyklejszych pechowców) jak ja, zmuszała do niewolnictwa zgodnie z literą prawa. Bo jak inaczej można nazwać pracę, za którą ledwie można się było samemu utrzymać na standardzie niewiele wyższym od tego, w którym gnoili się nasi wschodni sąsiedzi? Wbrew temu, co pokazywali w telewizji, bieda w Polsce nie była żadną fikcją, bo z pracą rzeczywiście nie było już tak trudno, ale o godne zarobki niestety tak. Wchodząc do królestwa napojów (również tych alkoholowych), cukru, mąki, makaronów, wszelakiego rodzaju konserw, szamponów, papieru toaletowego, tudzież innych artykułów, bez których cywilizowany człowiek nie był w stanie się już obejść, czułem się jak ktoś przegrany. To otaczające mnie bogactwo dołowało mnie całkowicie, bo z każdą wypłatą uświadamiałem sobie coraz bardziej, na jak niewiele z tych rzeczy było mnie stać. Właściwie to sam nie wiedziałem, dlaczego jeszcze nie wyjechałem z tego zafajdanego kraju, w którym uczciwy człowiek czuł się jak ktoś z innej planety. Tu nie było miejsca dla takich jak ja. Jak się nie ma znajomości, lepkich rąk, nie jest przystojnym aktorem (albo puszczalską aktorką), księdzem lub zakłamanym politykiem, to życie w tym kraju pozbawione jest sensu. Tak sobie zawsze myślałem układając na paletach kolejne tony spożywki. Jest jedna rzecz, do której chyba powinienem się przyznać. Nie opuściłem tego polskiego bagna nie dlatego, że wierzyłem, że coś się zmieni na lepsze (bo się nie zmieni), ale ponieważ koledzy ze szkoły średniej mieli mnie już gdzieś. Jak nie mogłem wyjechać z kraju (przez te pieprzone studia) to miałem od nich mnóstwo propozycji. Każdy zapewniał mnie, jak tam jest super i że jak chcę, to nie ma najmniejszego problemu, mogę z nim jechać. Z chwilą, kiedy miałem zostać wreszcie wolnym człowiekiem (za dwa dni się broniłem) wszyscy nagle zaczęli mnie przekonywać, że wcale nie jest tak fajnie, a pracy mi nie znajdą, bo nagle zrobiło się z nią strasznie ciężko. Jest kryzys i w ogóle. Samo życie. Gdzieś w połowie zmiany, zabrakło wózkowych, których zadaniem było zdejmowanie towarów z górnych półek (tzw. zapasów), gdy brakowało ich na dole. Jedyny, który pozostał, załadowany był zamówieniami na najbliższe dwadzieścia minut. Gdybym pracował na godziny miałbym to gdzieś (a nawet byłbym zachwycony), ale, niestety, niewolniczy system wymyślił coś takiego jak akord. Każda tracona minuta na oczekiwaniu wózkowego, pozbawiała mnie zarobku, a na to nie mogłem sobie pozwolić. Postanowiłem wziąć sprawy w swoje ręce, wsiadłem na wózek i (nie bez trudu) podjechałem we właściwe miejsce. Prawdę mówiąc nie miałem uprawnień na taki wózek. Dlatego, gdy paleta, którą próbowałem zdjąć spadła na beton rozbijając z wielkim hukiem kilkadziesiąt butelek pewnego drogiego (z rozmachem reklamowanego w telewizji) soku, nie byłem tym zbytnio zdziwiony. Jeszcze mniej się zdziwiłem, kiedy mój kierownik (pojawił się w kilka sekund po incydencie) zaczął mnie opierdalać, że jestem nieodpowiedzialnym idiotą, bo mogłem zabić siebie (pół biedy) albo, co gorsza, kogoś innego (byłoby szkoda). Nie zdziwiłem się również, kiedy ten sam kierownik zapowiedział mi, że szkody wyrządzone moją bezgraniczną (podkreślił to trzy razy) bezmyślnością będę musiał pokryć z własnej kieszeni (tak jakbym się spodziewał, że zrobi to za mnie). Ale zadziwiłem sam siebie, kiedy powiedziałem: - Mam już dość. - Czego? - zdziwił się kierownik. - Tej pracy, tych towarów, tego miejsca. Wszystkiego. Rezygnuję. - Nie możesz teraz zrezygnować. - Dlaczego? - Zgodnie z umową istnieje dwutygodniowe wypowiedzenie. Możesz odejść dopiero za dwa tygodnie. - Nie może mnie pan wyrzucić? - Mogę, ale najpierw musisz to posprzątać. - Przecież ja tu już nie pracuję. - Nie wyrzucę cię, dopóki nie posprzątasz. - Trudno się mówi. Może mi pan potrącić za posprzątanie tego bajzlu z wypłaty. - Jakiej wypłaty?! - zdziwił się kierownik (był wręcz zdumiony). - Dobrze będzie, jak to ty nam nie będziesz musiał jeszcze dopłacić. - Chyba pan żartuje? Zdjąłem z siebie robocze ubranie i poszedłem w kierunku szatni. - Dobrze się zastanów, co robisz! - rzucił za mną kierownik (buc jeden). - Gdzie pójdziesz? Co będziesz robił? Możemy ci tak nasrać w papierach, że nikt cię nie przyjmie! Z pewnością miał rację. Jednak w
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Z@BIEL@CZEK
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…