SŁODKA ZEMSTA (cz. IV)
Kolejna odsłona miłosnych perypetii Wiktorii.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obroniłem się bez większych problemów. Zdecydowanie bardziej męczące było czekanie, bo wchodziło się według listy, co oznaczało, że z naszej grupy ja będę ostatni. Nawet w doborze pierwszej litery nazwiska los nie był dla mnie zbyt łaskawy. - I jak? - pytaliśmy każdego, kto wychodził z sali. - Spoko - odpowiadali uśmiechnięci magistrzy, bo oto pięć lat czasowych i pieniężnych wyrzeczeń zostało wreszcie uwieńczone. Po obronie zaplanowaliśmy wypad do Ostoi. Było to całkiem fajne miejsce, w sam raz na ostatnie wspólne spotkanie. Salę zamówiliśmy już znacznie wcześniej. Był to bowiem lokal, który cieszył się sporym wzięciem i zawsze trzeba było wynajmować go z dużym wyprzedzeniem. Tam po raz ostatni w takim składzie mieliśmy bawić się do rana, albo dopóki starczy nam sił. Dla większości z nas studia były tylko dodatkowym atutem. Dla starszych, którzy mieli dobrą pracę, zabezpieczeniem, by ktoś młodszy z wyższym wykształceniem nie zajął ich miejsca. Dla młodszych, ucieczką przed wojskiem. Chyba tylko ja byłem tak naiwny, że sądziłem, iż są w stanie w czymś mi pomóc. Dlatego, gdy dotarło do mnie, że zostało mi już tylko odebranie dyplomu, nie czułem nawet cienia satysfakcji z faktu, że wreszcie byłem wolny. Pięć lat byłem przywiązany przez nie do tego kraju, który dawno bym opuścił, gdyby nie błędna decyzja, którą podjąłem w wieku dwudziestu dwóch lat. Jedynym plusem tego błędu byli ludzie, których zapewne nigdy bym nie poznał. Gdy wyszedłem razem z innymi przed budynek ZKN - u, w którym mieliśmy wykłady, a teraz obronę, słońce uderzyło mnie w twarz, a niebo było takie pogodne, że od razu poczułem się lepiej. Stało się, pomyślałem. Wreszcie jestem wolny. Mogę wyjechać za granicę i zarabiać godne człowieka pieniądze. Zostawić ten pieprzony kraj, niech inni się w nim męczą. Dziś zaś, jedyne co muszę, to porządnie się nawalić. Czyjś dotyk sprowadził mnie z nieba na ziemię. Nie od razu zrozumiałem, że ręka wyciągnięta w moim kierunku trzyma jakiś prezent zapakowany w papeterię, a jej właścicielką jest Wiktoria. - Co ty tu robisz? - zapytałem, bo już przeczuwałem, że jest w stanie zniweczyć moje ambitne plany związane z resztą dnia i nocy. - Ja też się cieszę, że cię widzę. Moje gratulacje - powiedziała udając, że nie zauważyła tonu, jakim zadałem jej pytanie, że o samym pytaniu nie wspomnę. - To dla ciebie. - Co to jest? - Rozpakuj, to się przekonasz. Jednego oka użyłem do rozpakowywania, drugim zaś śledziłem moją grupę, która wsiadała do samochodów. Miałem nadzieję, że Wiktoria ma na tyle taktu, że zaraz sobie pójdzie, a moja pełna entuzjazmu grupa o mnie nie zapomni i nie pojedzie beze mnie. Prezentem, który mi sprawiła, była bardzo droga woda po goleniu, której sam na pewno nigdy bym sobie nie kupił, z tak przyziemnego powodu, jakim był brak pieniędzy. - Nie mogę tego przyjąć. - Zrobisz mi przykrość. - Więc tym bardziej skłonny jestem odmówić. - Obrażanie mnie sprawia ci przyjemność? - Nie, tylko nie rozumiem, co ty tu robisz. Nasze ostatnie pożegnanie było całkiem na miejscu i z pewnością lepsze od tego, które nastąpi teraz. Chciała coś powiedzieć, ale jeden z kolegów, Roman, zawołał, żebyśmy wsiadali do samochodu. - Adrian, bierz swoją laskę i jazda do Ostoi. Nie miałem nawet czasu wytłumaczyć mu, że to nie tylko nie jest moja laska, ale nawet w ogóle trudno nazwać ją laską, gdy Wiktoria, jakby tylko na to czekała, chwyciła mnie za rękę i wciągnęła do samochodu Romana. Ledwie zdążyłem trochę ochłonąć i pomyśleć, że będą na mnie źli, bo wyraźnie była mowa o zakazie zabierania na tę imprezę swoich drugich połówek, poza tym, wszystko kosztowało, kiedy Wiktoria zapewniła: - Zapłacę za siebie. Czytała w moich myślach, czy jak? - Daj spokój, dziewczyno - zaśmiał się Roman - kto by teraz myślał o pieniądzach. Byle byś się dobrze bawiła. Cały Roman. On mógł sobie pozwolić na taki gest, bo nie narzekał na brak pieniędzy. Samochód, którym jechaliśmy kosztował go sześćdziesiąt pięć tysięcy i same opłaty wynosiły rocznie przynajmniej dwa razy tyle, co warte było moje tico. Ale to był dobry przykład na to, że w tym kraju (mimo wszystko) można było bardzo szybko się wzbogacić. Roman mógł liczyć tylko na siebie, bo nie miał ojca, ale był bardzo zaradny. Gdyby jego zaradność mierzyć markami samochodów, którymi jeździł to przedstawiała się ona tak: na pierwszym roku była stara łada, na drugim golf II (którego skasował mu kierowca autobusu, ale nawet na tym Roman zarobił), na trzecim mercedes za blisko dwadzieścia tysięcy, a na piątym bryka, o której wspomniałem już wcześniej (też mercedes). Oczywiście, gdyby ktoś bystry z Urzędu Skarbowego zainteresował się powiązaniem jego oficjalnych zarobków z posiadanymi samochodami, mógłby dojść do bardzo interesujących wniosków i okrzyknąć go cudotwórcą. Jednak nic nie wskazywało na to, by we wspomnianym urzędzie była chociaż jedna inteligentna osoba, dlatego Roman mógł spać spokojnie. Bo zapomniałem wspomnieć, że w tym kraju owszem, można się bardzo szybko wzbogacić, ale tylko niezgodnie z prawem. - Nie mówiłeś, że masz taką fajną dziewczynę - odezwał się Marcin, który siedział z przodu i ustawił lusterko w ten sposób, że mógł swobodnie obserwować jej nogi, które beztrosko wystawały spod krótkiej sukienki (w ten sposób uświadomiłem sobie, że Wiktoria ma na sobie sukienkę). Już chciałem odpowiedzieć „bo nie mam”, gdy szpilka jej buta wbiła mi się w stopę (w ten sposób uświadomiłem sobie, że ma szpilki). Jedno, co mogłem o niej powiedzieć z całą pewnością to to, że nie wiedziała, co znaczy delikatność. O czym najlepiej zaświadczyć mogła moja boląca stopa. Zanim dojechaliśmy do Ostoi, Wiktoria nawijała z chłopakami, jakby znali się od zawsze. Gdy wysiedliśmy z samochodu, wziąłem ją na bok, żeby w bardzo delikatny sposób dać jej do zrozumienia, że się wprosiła i by miała na tyle przyzwoitości, żeby nas opuścić w trybie natychmiastowym. - Nie chcę być niemiły… - Musi ci to przychodzić z wielkim trudem. - Co? - Bycie miłym. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że dla mnie to nie będzie udana impreza. Przez nią. - Po co przyszłaś? - Z nudów. - Musiałbym być strasznie głupi, żeby w to uwierzyć. - Myślałam, że jesteś. - Obrażanie mnie sprawia ci przyjemność? - zapytałem tymi samymi słowami, które ona wypowiedziała kilka minut wcześniej. - Staram się dostosować do twojego poziomu. Spojrzała na mnie tymi kocimi oczami, w których panowała beztroska. Najwidoczniej bawiła ją cała sytuacja. Szybko zapomniała o chłopaku, który… Nagle wszystko stało się jasne. Nie zapomniała. W mig pojąłem, o co chodzi. - Nie pomogę ci. - Dlaczego? - Za kilka dni mnie nie będzie. - W kraju, czy w ogóle? - Pewnie ci się wydaje, że jesteś zabawna? - A nie jestem? - To twój sposób, żeby udawać, że wszystko jest w porządku? Spoważniała. W jej oczach nie było już nawet śladu beztroski. Jej miejsce zajęło coś, czego nie potrafiłem zdefiniować. - Nic nie jest w porządku. Wiem już, dla kogo Radek mnie zostawił. Widziałam się z nim, chce, żebyśmy nadal byli przyjaciółmi. - To wspaniały gest z jego strony. Oczywiście się zgodziłaś? Nie odpowiedziała, ale wiedziałem, że odpowiedź, gdyby padła, byłaby twierdząca. - Słuchaj, Wiktoria, nie wyganiam cię, skoro już tu jesteś. Ale mam do ciebie prośbę - postaraj się nie zepsuć mi zabawy. - Spoko. Jednak jej zapewnienie nie tylko mnie nie uspokoiło, ale wręcz przeciwnie, wzbudziło we mnie dodatkowe złe przeczucia. Prawie natychmiast pożałowałem, że nie potrafiłem być konsekwentny i poprosić ją, tak jak zamierzałem, by sobie poszła. *** Od rozstania z Adrianem, nie traciłam czasu. Przeprowadziłam wywiad środowiskowy, z którego wyszło na jaw, że Radek zostawił mnie dla dziewczyny o imieniu Iwona, której naprawdę nie znałam. Tak więc był ze mną szczery, kiedy zapewniał mnie, że jej nie znam (szkoda, że jego inne wcześniejsze obietnice nie były takie słowne). Następnego dnia Radek przyszedł do domu moich rodziców. Twierdził, że ciągle do mnie dzwonił, ale miałam wyłączony telefon. Pałałam cichą nadzieją, że zaraz mi powie, iż zrozumiał, jaki wielki błąd popełnił wtedy w Iron Maiden, poprosi mnie, bym pozwoliła mu do siebie wrócić, a ja po krótkim namyśle, wspaniałomyślnie się zgodzę. Niestety, okazało się, że chciał ze mną tylko porozmawiać. Wybierał się z Iwoną na Mazury. Dokładnie w to samo miejsce, w które wcześniej jeździł ze mną. Palant! W chwilę później zganiłam sama siebie, jak mogłam o nim tak powiedzieć. Nawet w myśli. - Nie pojechałabyś z nami? Gdyby mi już na nim nie zależało, za taką propozycję usłyszałby ode mnie wiązankę. No bo czy normalny facet mógł wpaść na coś takiego? Miałam patrzeć, jak jeszcze dwa dni wcześniej mój chłopak, za którym szalałam, obmacuję jakąś inną dziewczynę, która posyłałaby mi spojrzenia pełne triumfu i pogardy? Miałabym udawać, że nie słyszę ciepłych słówek, które jeszcze niedawno były skierowane do mnie? Miałabym udawać, że nic a nic mnie już to nie obchodzi? Że ostatnie trzy lata były dla mnie bez znaczenia? Oczywiście. Lepszej propozycji nie mógł mi złożyć. To był wspaniały sposób, żeby go odzyskać. - Pod jednym warunkiem. Odniosłam wrażenie, że go zaskoczyłam. Tak, jakby spodziewał się odmownej odpowiedzi, a zaproponował mi to tylko tak, w geście przyjaźni. - Jakim? - Że pojedzie z nami Adrian. - Jaki Adrian? Teraz już na pewno był wyraźnie zaskoczony. Zaraz sprawdzę, czy ci jestem już zupełnie obojętna, pomyślałam. - Mój chłopak. - Twój, kto?! - zapytał takim głosem, jakbym powiedziała mu, że jutro będzie koniec świata. - Mój chłopak. Widziałam, że jest w szoku.
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Z@BIEL@CZEK
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…