Wróć do katalogu

Sutki lekko sterczące

tytuł mówi sam za siebie

ałtor, opublikowano , 50 min czytania, 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

{i}Przedsłowie: Nie piszę po to, by to, co piszę zostało przeczytane i zapomniane. Chcę ocen i chcę komentarzy. Ten serwis istnieje po to, żeby to co przeczytane skomentować i ocenić. Jeśli chcesz przeczytać, a nie chcesz komentować ani oceniać, to nie czytaj, bo zgodnie z powyższym to nie ma sensu. A jeśli czysta logika Cię nie przekonuje, to wiec, że jeśli przeczytasz, a nie ocenisz i nie skomentujesz, w ciągu siedmiu dni przyjdzie do Ciebie Lucyfer i włoży Ci widły w dupę. Poważnie.{/i}

{b}Sutki lekko sterczące{/b}

Pierwsze uderzyły pra-wybuchy, potem same wybuchy, potem już ziemia sama wybuchła. Będąc przygniecionym przez konieczność, konieczność chowania własnego ja, siedziałem w okopie. Kule karabinowe przecinały nade mną, to kończyły podskórnie w ziemi, to głucho przybijały w worki z piaskiem. Siedziałem skulony w okopie z radiostacją, przybrudzoną radiostacją na plecach, ale nie o niej teraz. Siedziałem więc w okopie tyłem do ziemistego wału, na szczycie którego ściany z worków z piaskiem. Za mną trzaskało, a to, co trzaskało, ja zliczałem, i co już zliczone przemyśliwałem, a przemyśliwałem, co następowało: gdyby ten ostatni wybuch (moździerzowy, kaliber pośledni, pogłos suchy, jednak nie bez podstawy w dolnych partiach) trafił w tempo z łoskotem ładunku artyleryjskiego, a udar granatu odłamkowego zostawić bez zmiany i gdyby całą tę sekwencję powtórzyć kilkunastokrotnie, to, jak na mój gust, powstałaby formacja bardzo żywa, niby flamenco hiszpańskie ze sławnym poślizgiem ósemkowym; całkiem miła dla ucha kakofonia. Niesłychane, ale moje przemyślenia się wnet potwierdziły. Jak na życzenie uderzył pocisk kalibru pośledniego, pogłos suchy dał solidną podstawę w dole łoskotowi ładunku artyleryjskiego, ów dwudźwięk zwieńczony został udarem granatu odłamkowego i, co najważniejsze, proszę sobie wyobrazić, że wróg sekwencję powtórzył! I powtórzył raz jeszcze!

Byłbym całkiem kontent, gdyby nie pewne dwie niedogodności. Otóż po pierwsze, mniej ważne, tempo było niedopuszczalne, o wiele zbyt umiarkowane, i żeby nawet mgliście przypominać kipiące życiem hiszpańskie flamenco, trzeba było sporej dawki koncentracji, a proszę zauważyć, że o tą w moim przygniecionym położeniu było dość trudno. Nie zmierzam do tego, ażeby jawić się jako skrzywiony meloman w centrum wrogiego ostrzału i na dowód zrozumienia i wyrozumiałości dla sytuacji sprawę braku gitar ze sławnym golpeadorem pomijam. Po drugie, bardzo ważne, z jednym z uderzeń wyrzucony w powietrze został kawałek głowy z całą skronią i całkiem słusznym fragmentem twarzy (nie sposób było powiedzieć, czy to jeden z naszych, czy też jeden z ichnich, ale mnie to wisiało raczej, a jemu to już wisiało na pewno). I ten właśnie kawałek głowy, proszę sobie wyobrazić, spadł na nasyp, po nasypie sturlał się dość bezsensownie w dół okopu i zatrzymał się uchem do góry. Uchem do góry! Rozsierdziło mnie to niepomiernie, gdyż choć przysposobienie mam bardzo luźne, to żartami i przytykami do mojej muzykalności gardzę.

Po godzinie ogień przeciwnika nieco zelżał, na tyle, żeby móc się poruszać. Dowódca pododdziału, Stasiek (skądinąd zacny chłop), zwięźle przemykał to tu, to tam, po okopach, słuchał meldunków, oglądał sytuację, oceniał zniszczenia, słowem, ogarniał po całości. Do mnie Stasiek przyszedł z palącą od jakiegoś czasu sprawą.

- Nadałeś? – wyraźnie wymuszał na głosie pytajną intonację.

- Nadałem. – odparłem, patrząc przed siebie.

- I co?

- I nic.

- Nasłuchujcie dalej, jak coś się pojawi, dajcie znać. – nie wiedzieć czemu uznał, że liczba mnoga będzie tu bardziej stosowna.

- Rozkaz! Pewnie już niedługo...

Sprawa, według niego paląca, według mnie nużąca, dotyczyła naszej sytuacji i gorejącej prośby o niezwłoczne przysłanie posiłków w sile stosownej do naszej sytuacji. Dowództwo z kolei trzymało nas w suspensie i na gorejące prośby nie odpowiadało z dość tajemniczych powodów. Dość tajemniczych, bo jak powtarzałem nieprzeliczoną ilość razy moim kompanom, radiostacja działa, tak sprawdzałem, działa, mam dyplom, więc jak mówię, że działa, to działa. Więc wychodziło na to, że przyczyna lęgła się gdzie indziej.

Zdjąłem chwilowo urządzenie, by wyprostować się. Nie ryzykowałem wiele, bo ciągle chroniła mnie ściana z worków z piaskiem. Znajdowaliśmy się w dolinie, nasz okop rozciągał się po wschodniej stronie rzeki, za nami ściana doliny nachylała się ku jej dnu w stromym, gęsto przepierzonym białymi wapiennymi skałkami – teren do sforsowania bardzo ciężki. Po zachodniej okopywali się Niemcy, a za ich plecami całe stado świerków i sosen wystrzeliwało w górę. Między nami srebrzyła się w słońcu rzeka przesłonięta z jednej i z drugiej strony mało szlachetnymi zaroślami, a w samym środku niedawno utworzonego frontu, jak gdyby nigdy nic stał sobie kasztanowiec (do niedawna dostojny, w tej chwili nieco poobgryzany kulami). Sytuacja dla nas była patowa. Nie mogliśmy mozolnie wycofać się przez jeżące się śliskim wapieniem zbocze ryzykując wystawienie się przeciwnikowi jak na tacy. Atak przez rzekę również nie wchodził w grę z tych samych względów. Niemcy, z kolei, nie szarżowali naprzód – zapewne oceniając, że ich siły były zbyt słabe i czekając na posiłki.

Chłopcy nieco się pozbierali, otrzepali się nieco, zapalili papierosy, poprzesuwali wadzące na drodze trupy (drażniącą część głowy, na szczęście, również), słowem ogarnęli po całości. Powoli, choć ostrożnie, odetchnęli. Odetchnął Stasiek i ja odetchnąłem, i w końcu wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Stasiek przechadzał się i pokrzykiwał „Nie rozprężać się!” i do owej frazy dodawał jakiś pomniejszy rozkaz. Rozkaz, rzecz jasna, nie mający znaczenia za wyjątkiem podbicia siły wyrazu powtarzanej frazy o nie rozprężaniu się. Było to zbędne. Nie musiał się dużo kłopotać, by jego chłopcy zrozumieli, że rozprężać się nie było wolno, bo przypieprzył pocisk kalibru najpewniej zacnego, najpewniej gdzieś niedaleko za moimi plecami. Najpewniej, bo jak było naprawdę nie mogłem sprawdzić. Pamiętam tylko ułamek rozrywającego, przeszywającego na wskroś huku. Potem mnie już tam nie było.

Otworzyłem oczy. Z głową zwróconą ku dołowi zobaczyłem, że na dnie okopu biegnie uroczy, choć nieco spękany asfaltowy trakt. Zdziwiony, wydobyłem krztę odwagi więcej i podniosłem wzrok. Doznałem uczucia, którego zapewne doznaje każdy człowiek z lękiem przestrzeni, którego oczy omyłkowo poniosło w przepaść. Tam, gdzie mój wzrok wystrzelony z oczu powinien był pewnie zatrzymać się, oprzeć się klaustrofobicznie na solidnym drewnianym rusztowaniu podtrzymującym brunatną ziemię przed osuwaniem się, tam nic nie było, tam mój wzrok lekko frunął nad uroczym spękanym asfaltowym traktem i frunie nad kłaniającą się na wietrze trawę i rozpędza się, gdzie jeszcze przed chwilą trawnik przelewał się, jawił się jednorodnie, już po chwili nie było trawnika, sterczały, kołysały się źdźbła trawy, po jeszcze chwili i te znikały gdzieś w tyle, dalej, smaga, dotyka kielichów maków i róż, przecina obok zacnego kasztanowca, blisko, aż czuć chropowatość zmęczonej kory, dalej obok kolejnych drzew, między konarami, obok stóp Prawdy, obok szat Twórczości, obok piersi Astronomii i obok piersi Medycyny, obok czterech posągów miga w czwartą część sekundy, mój wzrok przemoknięty w rozpryskach fontanny, minąwszy Faunę, smagnąwszy Chwałę, w końcu zdyszany wrażeniami wzrok dobija do Grobu Nieznanego Żołnierza. Tak więc stałem w parku. Zauważyłem, że dotychczas zgarbiony i poobgryzany niemieckimi kulami kasztanowiec wyprężył tors i dumnie zazielenił się pełnymi, chwiejącymi się statecznie na wietrze konarami. Spojrzałem w lewo i zobaczyłem ławkę, dokładniej – jeden koniec ławki, jej żelazny szkielet wyraźnie pożarty rdzą, od desek gdzieniegdzie odchodziła farba i przebłyskiwał poszarzały pokost, jeden z końców ławki tak boleśnie znajomy, że to, co było na drugim końcu, narzucało się aż natarczywie.

Na drugim końcu siedziała panna, różolica, o kształcie twarzy bliskim trójkątowi, gładko uczesana, usta przycięte, fizjonomia obła, bardzo, ale to bardzo prawidłowa. Panna siedziała i trzeba przyznać, że siedziała wysoce statecznie, logicznie i ułożenie, rzec nawet można, że siedząc wszystko równoważyła. Parkowej kapiącej soczystej zieleni przeciwstawiała bladoniebieską przydymioną spódnicę, letniej pogodzie wychodziła naprzeciw z odsłoniętymi ramionami w pasiastej bluzce, a typową parkową nudę gromiła czytaną zapamiętale książką. Pod względem logicznym, trzeba przyznać, mucha nie siada. Trzeba również przyznać, że zjawisko szczelności logicznej, z jaką siedziała moja (wkrótce) panna, kolaborowała ze zjawiskową fizjonomią obłą i jedno zjawisko działało ku wzmożeniu drugiego. Lecz co najważniejsze, owa kolaboracja działała ku wzmożeniu mojego zakłopotania, bowiem miłosne zaczepki, jak nazwa wskazuje, muszą czepić się jakiej nierówności, przecisnąć się do jej bezeceństw przez nieszczelność w wychowaniu, nawet by jej fizyczność zdobyć również, trzeba było szparę w twierdzy cielesnej odsłonić i znienacka posuwiście twierdzę sforsować. A tu fizjonomia była obła, przeto nierówności żadnej, by się czepić, nie było. Byłem więc zakłopotany, doprawdy, ogromnie. Aby unaocznić ogrom mojego zakłopotania, wyznam, że nawet teraz, gdy uczestniczę w tym osobliwym ze względu na okoliczność wspomnieniu, nawet teraz, gdy jest już dla mnie jasne jaki będzie przebieg, wynik, finał i konkluzja naszego spotkania, nawet teraz jest mi nieswojo. Ale wszystkie te rozważania szczelinowe, każde zakłopotanie, wszystek nerwy, wszystko to nic nie warte, wszystko marność, bo chuć wzywa. A wobec mej chuci – wszystko marność.

Więc się zbliżyłem i zbliżywszy się rzekłem.

- Dzień dobry, madam, ładny dziś dzień, piękny dziś dzionek mamy, proszę powiedzieć, a powiedzieć szczerze, czemuż te hydry, te bestie Twórczości, Medycyny, Astronomii tam na postumentach, a pani tu w swym pięknie pominięta siedzi? – zapytałem wierszem. Czemu wierszem? O tym może później...

- Dzień dobry... Czemu pan mówi wierszem? – powiedziała wymuszonym uśmiechem. Przyznam, że jak na zbaranienie, którego musi doznać kobieta, będąca adorowaną znienacka przez obcego mężczyznę i to przez obcego mężczyznę mówiącego wierszem, jak na taką dawkę zbaranienia, wykaraskała się nader szybko.

- Zanim ja odpowiem, niech mi pani powie – i zniżyłem głos, żeby ją oblać lepkim uczuciem zainteresowania – czemu pani tu, w miejscu tak postronnym, swoje piękno objawia?

- A tu siedzę, owszem, za komplement dziękuję, przyszłam bez powodu, taka ładna pogoda, ale pan, jak mi się zdaje, każdej tak dogadza... Skoro pan tak do mnie śpiewasz – odwróciła wzrok na bok i odchyliła główkę wyniośle, nabrała powietrza i (przeklęta zwodnica!) ściskając głos żałośnie rzekła – pan mnie bierzesz za jedną z wielu.

- Pani myli się stukrotnie. Ja i pani – wielkie plany, inne mogą tylko marzyć psotnie.

- Za dużo panu się wyobraża. Kiedy ja cnotliwa, skromna i płocha, pan zapatruje się, aby mnie przez jakieś osobliwe wierszowanie rozżegać, rozżarzoną uwieść, by potem uwiedzioną posiąść. Musi pan wiedzieć, że ja nie dopuszczę – kłamała.

- Jak pani śmie! – gasiłem teatralnie jej suczą ambicję – tak publicznie pani do ekscesów mówienia skora, niech pani zmiarkuje, i swoje żądze schowa. Tu się nic nie wydarzy, ja nie dopuszczę!

- Niech pan nie żartuje... – i wyciągnęła złączone rączki ku złączonym kolankom, zamrugała oczkami i niby przekomarzając się z rumieńcem przelewającym się po twarzy powiedziała – Ja... przepraszam. A tak przyszłam... pan jest bardzo miły... Właściwie ja tak przyszłam... ciepło tak jest... a tu tak cicho jest...

Dla laika ta kipiel słowna oznaczałaby, że panienka się czerwieni, że się wstydzi, że to ja panienkę zawstydzam. Nic bardziej mylnego, wszak pod opoką rumieńca, wbrew zapewnieniom z obydwu stron, że się nic nie wydarzy, działy się rzeczy wielkie.

Wydarzyło się! Wydarzyło się przesilenie. Ola (wkrótce) dysząca jak wiewiórka przeskoczyła linię, która jest zawarta w każdej kobiecie, po przekroczeniu której każda kobieta przestaje kiepsko udawać niedostępną i ukazuje swe udawane oblicze niezdecydowanej na nic idiotki, a ukazywanie tego, przyznajmy się – równie kiepskiego oblicza, sprawia jej radość. Kiepskiego, bowiem kobieta kiepską aktorką nigdy być nie przestaje.

Oczywiście wiedziałem już, że teraz z triumfującym uśmiechem zapytam bezradne dziewczę, jak się nazywa i imienia jej będę namiętnie używał, potem porozmawiamy o gałązkach w parku, przeprowadzimy kipiącą aluzjami dyskusję o pięknie parkowych muz, w której z niebywałą wprawą będę okłamywał Olę, że goły cycek Astronomii nie podnieca mnie samym rozebraniem, wszak wypuszczając cycek spod szaty Astronomia staje się symbolem wolności, orędowniczką piękna, pokoju i sprawiedliwości, i wszystkich innych abstrakcyjnych pojęć, które rozumek kobiety przyswoi sobie przez pryzmat własnych pragnień, a Ola będzie słuchała uszami, będzie słuchała sutkami lekko sterczącymi swymi, będzie słuchać oczami wygłodniałego pudelka, któremu oczka szklą się na widok skwierczącego kotleta, i powiem jej, o dziwo całkiem szczerze, że ona sama też mogłaby orędować piękno, pokój i sprawiedliwość i wszystkie inne abstrakcyjne pojęcia, a w Oli bez cienia przekomarzania zabulgocze radość, którą, by nie jawić się zbyt łatwą, Ola kiepsko ukryje za powagą i dostojeństwem. Już to widziałem i bez wątpienia – tak na pewno będzie.

Sęk w tym, że od pewnego czasu wszystko działo się zbyt szybko, wszystko się zaczynało, zanim cokolwiek nadążyło ze skończeniem. Scena w parku za Placem Piłsudskiego zmieszała się ze sceną w ulubionej kafejce na Marszałkowskiej, ta zlała się z kinem, a wszystkiemu akompaniowało dyszenie wiewiórki. Sceny miast sączyć się we wspomnienia, walczyły o lepsze jedna z drugą, rozpychały i gwałciły się wzajemnie. Wtenczas Marszałkowska jęła brunatnieć i zwężać się jakby ze wstydu, że nie jest błotnistą ścieżką. Rotunda stężała, zmalała i zalała swoje szyby betonem, kasztanowiec w parku zgarbiał i zsiniał nikczemnie. Najciekawsze jednak było to, że przechodniom na Marszałkowskiej z niewiadomych zupełnie przyczyn nagle skamieniały twarze i na gwałt zaczęli się rozglądać za solidną zaporą, za którą mogliby się ukryć. Musiał tam być jaki składzik wojskowy, bo ci, co się zza przeszkód bojaźliwie wychylali, mieli już na głowy nasadzone żołnierskie hełmy, muszę przyznać, zupełnie jak prawdziwe.

- Nic ci nie jest?! – spytał medyk polowy uważnie sprawdzający reakcję moich źrenic na światło podręcznej latarki.

- Gdzie ja jestem? – spytałem niemrawo.

Spytałem, rzecz jasna, nie żeby dowiedzieć się, gdzie jestem ani co się ze mną stało, nic z tych rzeczy. Człowiek nawet w półprzytomności jest w stanie sobie uzmysłowić, że wstrząs odebrał mu świadomość, że miał jakieś majaki, i że teraz przytomność wróciła. Ja pytałem wyłącznie, by dopełnić konwenansu – konwenansu budzących się do przytomności. W końcu człowiek, nad którym się jeszcze nie dawno zastanawiano, czy żyje, jeśliby taki człowiek z zakrwawioną mordą po przebudzeniu spytał medyka: „Czy lepsze są sutki lekko sterczące, czy mięciutkie, acz płaskie?”, sprawiłby niechybnie wrażenie groteskowe (a na jawienie się takim zwyczajnie nie pozwalał mój gust), bądź, co bardziej prawdopodobne, jego dociekliwość zostałaby (omyłkowo) uznana za przedłużenie nieprzytomnych majaków na jawę, a przez to pozbawiona znaczenia i sensu.

Na moje pytanie medyk cośtam odpowiedział. Oczywiście, było to nieistotne, co odpowiedział, w konwenansach bowiem ważna jest sama odpowiedź, a nie treść. Potem zadał kilka pytań należących do tegoż samego konwenansu i jął się zajmować innymi poszkodowanymi. Rządek rannych ciągnął się kilkanaście kroków. Poukładani jeden przy drugim twarze trzymali zawieszone w spokoju, jakby czasowo pogodzili się ze swoją niemocą. Gdyby nie przebłyskująca na zakrwawionych mundurach biel bandaży nie różniliby się znacznie od martwych ciał leżących po okopach.

Byłem już w stanie usiąść, więc tak też zrobiłem. Spojrzałem po okopie kilka razy i fakt, że w ciągu mojej duchowej nieobecności nic się nie zmieniło i wciąż znajdowaliśmy się w tej samej, beznadziejnej, sytuacji jakoś przydał mi pewności siebie i poczucia stąpania po twardym gruncie. Z oddali, krzątającym się krokiem przybywał Stasiek, a wraz z nim pytania, meldunki, ogarnianie i cała moc tym podobnych oczywistości.

- I co?

- I nic – skinieniem głowy wskazałem na leżącą nieopodal radiostację i dopiero teraz zdałem sobie sprawę z wielkiego przypadku, że akurat wtedy, gdy zostałem powalony eksplozją, nie miałem jej na plecach.

- To świetnie – udawał zadowolenie – nasłuchujcie dalej.

- Rozkaz! Pewnie już nie długo.

I Stasiek wraz ze swymi oczywistościami odszedł.

Ze wciśniętymi na głowę słuchawkami siedziałem wciśnięty w głębi okopu i wsłuchiwałem się w głębię dźwięków. Potworne nudy, trzeba przyznać. Byłoby świetnie, gdyby rozdrobniony szum eteru przypominał szum drzew na Żoliborzu albo szum przejeżdżających samochodów na Marszałkowskiej, ale tak nie było, ani o drobinkę. Szum eteru chyba się scalał, choć wydawało się, że ciągle się drobnił, najpewniej scalał i drobnił się naraz. Gdy miałem wątpliwości, szum jakby opadał, gdy kipiała we mnie nadzieja, jawiło mi się, że szum wzlatuje, chociaż wiedziałem, że opadał i wzlatywał jednocześnie, zupełnie tak jak naraz przyspieszał i zwalniał, tężał i rozrzedzał się. Jakkolwiek daleki jestem od zgorzkniałości czy cynizmu, to powiem, że nużyło i dłużyło mnie się również naraz.

Ale z próżni dźwięków (a może z głębi – najpewniej z próżni i z głębi naraz) wypływał teraz niby damski głosik, niby nie damski głosik. Nauczony poprzednim takim zjawiskiem, już wiedziałem, co się dzieje i całkiem mnie to, muszę powiedzieć, skontentowało, wszak monotonię najlepiej rozcierają wspomnienia. Tym razem obyło się bez spektakularnych efektów służących przenoszeniu w świat retrospekcji, które by jątrzyły mój zdrowy rozsądek. Siedziałem w restauracji nowoczesnej, w centrum miasta, choć to akurat jest mało ważne. Przede mną dębowy stolik z lakierem pokrytym drobnymi rysami od wiecznego przesuwania talerzy, pucharków, salaterek, mis, stojaków na serwetki, dzbanuszków z kwiatami, itp., a na stoliku wyborne pierogi z serem w znakomitej śmietanie, choć i to jest mało ważne. Za stolikiem siedziała Kasia – oczy brązowe, być może wpadające w czerń, osadzone głęboko w okrągłej twarzy, śniadolica dziewka figury raczej słusznej, włosy brązowe miękko obejmowały szyję, choć możliwe, że pieściły również ramiona, a może i przesmykały figlarną miękkością również na plecach, nie pamiętam. Nie pamiętam, nie dlatego, że było to dawne, czy zatarte wspomnienie, ale dlatego, że to też jest mało ważne. Powiem więcej, wszystko to jest nieważne i wtedy również było nieważne.

W tym oto miejscu opis przerwę, by dokonać poprawki na świadomości literackiej czytelnika. Otóż przyjęło się, iż po wstępie negującym znaczenie cech fizycznych kochanki jak i cech fizycznych w ogóle, po takim wstępie należy się jakaś ognista mowa wznosząca mądrość, duszę, czy zaradność kochanki pod niebiosa albo poetycka hiperbola oddająca mój stan zadurzenia. Nie zamierzam prymitywnie kopać leżącego i nie powiem, że ja nic takiego nie zrobię, gdyż to już jest oczywiste, choćby wyczytując z tonu mojego wtrącenia. Poprawki więc dokonałem. Jednakże o wiele ciekawsze jest dlaczego „przyjęło się”, że należy się jakaś ognista mowa, a najważniejsze – kto tak przyjął. Ciekawsze, bo, jak się okaże, niepokojące. Aby się jednak nie turbować i nie lać żółci do tej skądinąd miłej historii, wątek ucinam, a kwestię tę pozostawię do zbadania Czytelnikowi (przysięgam, warto zbadać!).

Do rzeczy więc. I nowoczesna restauracja, i dębowy stolik, i wyborne pierogi z serem w znakomitej śmietanie, i jej oczy brązowe lub czarne, i włosy, i szyja, i plecy, wszystko to było nieważne, nieistotne, niepomiernie nieprzystojne, gdy przyrównać do jej biustu. Piersi Kasi były śniade, konsystencji jędrnej, rozmiarów przekraczających pojęcie klasycznego piękna, choć swobodnie mieszczących się w granicach pojęcia cycatej dziewki. Sutki, rzecz jasna, lekko sterczące. Pozornie biust ten nie różnił się niczym od setek biustów warszawskich letniczek, od tysięcy biustów w całej Polsce, począwszy od smaganych bryzą na Pomorzu, a na trzęsących się z trwogi, gdy schodzi halny na Podkarpaciu skończywszy, i wreszcie, od milionów leciutko ciśniętych na wschód siłą Coriolisa biustów na ziemskim globie. Pozornie niczym. Owszem, piersi były ładne, ale dziewczyn pyszniących się takimi kształtami można, jak już rzekłem, znaleźć miliony. Jednak kto choć raz przyjrzał się Kasinym cyckom, wiedział dobrze – różnica była, duża różnica, ogromna, choć dla rzeszy poślednich amatorów damskiej fizjonomii nieuchwytna. W przypadku Kasi i jej cycków najpierwsza przyczyna, najgłębsze sedno, słowem, najostatniejsza iścizna leżała w strukturze stosunków własnościowych. Dokładnie tam! Już rozjaśniam. Otóż kiedy idzie sobie dowolne biuściaste dziewczę Alejami, to konstatuję: „Ale ona ma cycki!”, lub coś w ten deseń, kiedy spieszy na autobus przy Rotundzie – „Ależ buja cycami!”, gdy się śmieje – podziwiam jak bezwiednie, jak finezyjnie potrząsa kuleczkami. Kasię natomiast posiadł jej własny biust. Wiem, co mówię! Kiedy Kasia idzie sobie Alejami... chociaż nie, takie stwierdzenie byłoby niecelne, w sprzeczności wobec powyższego. To biust idzie Alejami pokornie unoszony przez Kasię, to biust spieszy na autobus na Marszałkowskiej, a Kasia może jedynie biec w tym samym kierunku, wreszcie, to biust się śmieje, to biust przemawia, to biust połyka kolejne kęsy wybornego pierożka z serem w znakomitej śmietanie, Kasia i jej usta tylko karnie folgują jego zachciankom!

Siedziałem tam na samym brzegu krzesła. Wokół mnie cisza przerywana tłusto brzmiącymi poszczękiwaniami sztućców o talerze. Zdało mi się, że usłyszałem muzykę, oczywiście nie tu w restauracji, gdyż dziś żadnej muzyki nie było, ale chyba w sąsiedniej kamienicy, gdzieś za ścianą, ale tego nie byłem pewien.

Trudność, z jaką każdy rozmówca Kasi musiał sobie poradzić, stanowiła moc jej cycków. Łakomie spoglądały zza dekoltu pożerając wzrokiem wybornego pierożka z serem w znakomitej śmietanie, przy okazji też i mnie. To potrząsały, pocierały niecierpliwie jeden drugiego, to zaraz falowały jak walenie na Morzu Północnym dla odpoczynku. Piersi wsysały całą uwagę – pożądliwe spojrzenia gości i ukradkiem rzucane spojrzenia ich żon i kochanek, wiecznie najedzonych szefów kuchni i ciągle wygłodniałych kelnerów, jej i moje, i to było straszne. Gdyby jeszcze było tak, że Kasia snuje wywód o Platońskich cieniach, o Arystotelejskich naukach, a ja przylepiony do jej cycków zupełnie nie zważam na wywody, tylko w głowie ważę, który sutek lekko sterczący smagnę mokrym języczkiem, języczkiem który przygryzę, który będzie ciepły, a który chłodny, który ssany w nieskończoność zasmakuje mandarynką, a który wanilią, gdyby tak było – pół biedy. Powiem więcej, więcej takim stanie rzeczy nie byłoby żadnej biedy. Albowiem oddzielić bełkoczące wywody, zbełtane, co bardziej efektowne i co bardziej poradnicze prawdy i operatory logiczne spinające całą tę biegunkę słowną, tę płukankę mózgową, spinające tak komicznie, jak tylko wariat próbujący przyszyć nicią wodę do oleju potrafi, słowem, oddzielenie podłego ersatzu ludzkiej inteligencji od pięknego kształtu kobiecości wypada w pobliżu traktowania lubej przedmiotowo, prawie jak dziwki, a to gwarantuje, jak wiemy, stabilny i szczęśliwy związek bez niepotrzebnych zawichrowań, a to z kolei dla mężczyzny największy honor. Problem w tym, że nie ja oddzielałem, a zatem nie mogłem dostąpić żadnego honoru. To Kasine piersi oddzielały mnie od reszty. Od całej reszty.

Wpadłem w potrzask. Gdy tylko patrzyłem gdzie indziej, patrzyłem pozornie. Kiedy spoglądałem na kocie łby na Koszykowej, spoglądałem na tysiące cieni rzucanych na ścianę jaskini przez ideał sferycznych bytów Kasi. Kiedy spoglądałem na wzgórza, wzgórza te były podszyte Kasinym cyckiem. Nie było ucieczki. Świat mój zamknął się w cycczany sposób. Ja to widzę, glob ziemski rozstąpił się na równiku, przecięty jak dojrzała pomarańcza i dwie piersiowe połowy stają obok siebie w drogomlecznym staniku. Miałem tego dosyć, ileż to razy chciałem się uwolnić od biuściarskich wpływów! Gdy dowiaduję się, że jestem na lewym sutku lekko sterczącym, arktycznym, rzucam się w paniczną ucieczkę przez Nizinę Zachodnio-Syberyjską, przekraczam Ural, bieżę kazachskimi stepami, forsuję Kaukaz, przeprawiam się przez Tygrys i zaraz przez Eufrat, i przebywam piaski Syrii, w panicznej ucieczce nie spoglądam nawet na górę Synaj, dalej, szybciej, przez ognistą Saharę, przedzieram się przez nieprzebyte lasy równikowe cudem unikając wściekłych włóczni ludów je zamieszkujących, w wystrzępionym…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych