Wróć do katalogu

Sylwek cz.1

Pierwsza część powiastki o dość typowym zamyśle: dramatyczne wydarzenia - człowiek poszukujący miejsca na ziemi, który odkrywa swoją tożsamość...

pharynx, opublikowano , 12 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Stukanie do drzwi nie ustawało. Więcej! Nasilało się. Stukanie - uderzanie - walenie. Nie mogłem się zmusić do wstania, ale najwyraźniej zaciekle tłukąca moje drzwi od strony zewnętrznej osoba, tym bardziej nie miała zamiaru się poddać. -Idę! - powiedziałem przeciągle i smętnie. Na tę komendę pukanie ustało. Usłyszałem tupanie na schodach. "Cholerni dowcipnisie" - pomyślałem. Ale nie! Przecież nie o 4.30. Toż to środek nocy. Przynajmniej dla mnie. Otworzyłem. Nikogo nie było, jedynie biała koperta leżała na wycieraczce. Rozejrzałem się bacznie - klatka schodowa zupełnie jakby pogrążona we śnie. Zero ruchu! Wziąłem kopertę i zatrzasnąłem drzwi. Niewiele myśląc rzuciłem pakunek na szafkę, a sam wróciłem do łóżka.

Czas mijał... Spojrzałem na zegarek - 5.20. Nie zmrużyłem już oka. Wstałem i zakląłem dwa razy pod nosem. Podszedłem do szafki w hallu i wziąwszy kopertę polazłem do kuchni zrobić kawę. 5.21 - zbrodnia.

W kopercie znalazłem kartkę. Na oko białą i czystą. Obejrzałem ją dokładnie, ale nie była zapisana. Łyknąłem kawy... Oblizałem palce, gdyż kropla kofeinowego napoju kapnęła mi na rękę. Fuu! Kwaśna? No co jest? Wziąłem kartkę do ręki. Poczułem się jak detektyw, nie jak dziennikarz. Tak, byłem pismakiem. Nic nieznaczącym pionkiem z małą rubryką w jednej z gazet codziennych. Ale jak na gościa na IV roku dziennikarstwa, to zakrawało na sukces. Olimpijski, normalnie... Kartka była kwaśna. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to wziąć zapalniczkę i... I miałem rację. Kartka nad płomieniem ujawniła zapisane sokiem z cytryny litery: "Świętokrzyska 111. Czas działa na niekorzyść." Zmarszczyłem brwi. Dziwnie się czułem. Ale to nie trwało długo. Zadzwonił telefon. Szef - kolega Maciek gruchnął do słuchawki: -Wal do redakcji. Migiem! No i pojechałem, a kartkę jakoś tak odruchowo włożyłem do szuflady z bielizną - najgłębiej jak mogłem.

Wlazłem do biura, a tam - rwetes jak sto pięćdziesiąt. Ludzie latają, kręcą się... -Sylwek, słuchaj jaka afera - wrzeszczał Szczurek, zwany także Jajem - taki chłopaczek od wszystkiego i od niczego - Słuchaj, ale się narobiło w nocy. Siedem osób zginęło, a dwanaście jest zaginionych - leć do chiefa, chyba z braku ludzi przydzieli tobie jedną ofiarę! Zabrzmiało to dwuznacznie, ale ok. Faktycznie, dostałem polecenie zebrania info o jakimś Czesławie Czernym z Mokotowa, zaginionym dziś w nocy. Szef tłumaczył: -Widzicie, normalnie news o zaginięciu wypływa od policji po czterdziestu ośmiu, ale ci wszyscy jak jeden bies po prostu zniknęli - położyli się rano do łóżek, obok żon, mężów, kochanek, kochanków, a rano "pstryk" - nie ma! Ślad się urywa. Nie miałem pewności czy to takie dziwne i czy warto o tym trąbić na łamach prasy, ale pracowałem w gazecie, a to obligowało nie tylko do szukania sensacji, ale i do kreowania ich. Komu w drogę, temu kop w tyłek. Poszedłem w teren. Z żoną faceta nie porozmawiałem, ale za to dopadłem jego córkę jak przypalała z koleżankami pety w szkolnej toalecie. Wlazłem przez okno. Poczęstowały mnie. Ok! No i od słowa do słowa dowiedziałem się prawdy. Byłem przygotowany na jakieś sekrety, niedopowiedzenia, łzy, a tu nic! Albo smarkula kłamie jak z nut, albo pan Czesio był zwykłym szaraczkeim, kopiącym w swej codzienności zwykłe szaraczkowe norki. I chyba właśnie ta druga opcja wchodziła w grę. Polazłem jeszcze tu i tam, niewiele więcej przyniosłem do redakcji. Ale! Wszystkim poszło podobnie. No i tak zmontowaliśmy artykuł nie wiadomo o czym i pewnie o byle kim. Wyszedłem około siedemnastej. Pomimo dość atrakcyjnej dla korków godziny, samochodów było tylko kilka, ludzi dziwnie mało i w ogóle jakoś pusto, ale nie zdziwiło mnie to za bardzo. Normalka w pokręconym mieście.

Wieczór zapowiadał się nieciekawie. Wszyscy kumple gdzieś się ulotnili, a do tego moja Ola wyjechała na stypendium kawał czasu temu, normalnie... Ze dwa tygodnie, a całość miała trwać trzy miesiące. Brakowało mi jej. To nie była może miłość od pierwszego wejrzenia, ale tak tę dziewczynę lubiłem, że w końcu ją pokochałem, no a teraz? Siedzę jak ten kołek. Nie chce mi się nic robić. A muszę. Muszę poczytać jakieś tomiszcze z socjotechnik stosowanych w masmediach czy jak tam. Muszę przejrzeć net i zobaczyć czy coś się dzieje na świecie. Muszę wywalić śmieci, bo już mi się szafka pod zlewem nie zamyka. No i tak. Muszę, muszę, muszę... Nie mam czasu do cholery. Włączyłem telewizor. Gapiłem się na jakiś teleturniej, ale nie znoszę tego chłamu, więc przełączyłem dalej. I dalej. I znów nic. Jakiś Armando obmacuje Fiorellę, ale delikatnie - dopiero szósta po południu, wiadomo dzieci i staruszki patrzą. Znów teleturniej. Królik Bugs - tu zatrzymałem się na chwilę, ale niestety się skończył. Nie wiedzieć czemu uwielbiałem patrzeć na odpadający dziób Kaczora Duffy'ego. Cudnie wyglądał! Reklamy. O! Polacy grają z Bośnią i Hercegowiną. Przegrywamy do przerwy 1:3. Aha... No, dobra BBC. Pogłośniłem. Straszny wrzask prowadzącego wwiercał się w umysł. Mówił szybko i nieskładnie, ale udało mi się wyłowić pojedyncze słówka takie jak: Houses of Parliament, today, morning, disappeard, terrorists, outstanding. Cóż... Otworzyłem szeroko usta ze zdumienia. Zdaje się, że, hmm... Zniknął budynek Brytyjskiego Parlamentu. Kamerzysta zrobił najazd na pustostan w centrum największej europejskiej metropolii... Relacje świadków były przeróżne, a brzmiały mniej więcej tak: -Po prostu wyparował, tak, tak zniknął dziś nad ranem. -Budynek rozpłynął się w powietrzu. -Był wielki wybuch. To na pewno terroryści, masoni, Żydzi albo kibice Manchester'u. -Nie, nie ja nic nie widziałem. -To musi być koniec świata. Nawracajcie się! Nadchodzi czas... -Policja bada sprawę ZNIKNIĘCIA…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych