Targ - Dzień I - Rozdział II
Zielonka poprowadził Zimę w stronę biedniejszej części Targu. Szli miarowym krokiem coraz bardziej oddalając się od Kwadratu, tym samym stopniowo pozostawiając za sobą linię murowanych budynków...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zielonka poprowadził Zimę w stronę biedniejszej części Targu. Szli miarowym krokiem coraz bardziej oddalając się od Kwadratu, tym samym stopniowo pozostawiając za sobą linię murowanych budynków. Zielonka nie zwracał szczególnej uwagi na mijane namioty, znał je dobrze, a im dalej odchodzili od głównego placu, tym chłopak czuł się pewniej. Wprawdzie strażnicy Siostry patrolowali cały obszar Targu, jednak były takie miejsca, do których nie zaglądali równie często jak w inne. Kiedy już minęło się patrole przy wejściach, w tych biedniejszych częściach łatwiej przychodziło Zielonce pozostać niezauważonym. Nie przepadał wprawdzie za intensywnymi aromatami Kluchy, czy Szczyny, ale z całą pewnością wolał je znosić, niż błąkać się głodnym po lesie. Do tego właściwie sprowadzała się jego egzystencja, głodował niemal bez przerwy, wprawdzie na Targu łatwiej było o żywność niż poza jego granicami, ale pozostawała jeszcze kwestia ostrożności, a między namiotami szczurołap czuł się zwyczajnie bezpieczniej niż w lesie otaczającym Targ. Oczywiście gdy głód ściskał mu żołądek tak bardzo, że tracił czujność, pozostawała jeszcze jedna opcja. Zawsze mógł udać się do Osady Wyrzutków, ale to oznaczało dla niego przyznanie się do porażki, a szczurołap jak większość ludzi był zbyt dumny, aby znosić to zbyt często, nawet jeśli Brud zawsze przyjmował go serdecznie. Potrząsnął głową odganiając te ponure myśli. Chwilowo wszystko wskazywało na to, że będzie mógł zapomnieć o głodzie, spojrzał na swoją czerwoną przypinkę z wyszytym na niej niewielkim konturem szczura, wpiętą tuż nad zieloną szarfą. Nie bardzo mógł uwierzyć w to, że w jednej chwili przeobraził się z koczującego szczurołapa i drobnego złodziejaszka skrywającego się między namiotami w zwykłego członka tłumu. Przez najbliższy tydzień nie będzie musiał trwożliwie rozglądać się wokół w obawie, że wypatrzą go strażnicy. To było wspaniałe uczucie, a zawdzięczał je temu nieznajomemu... Odwrócił głowę w stronę Zimy i skupił na nim uwagę. Przybysz szedł przed siebie w milczeniu, nie rozglądał się i sprawiał wrażenie, że pochłaniają go wyłącznie własne myśli. W miarę jak oddalali się od Kwadratu, ścieżka wytyczona między namiotami stawała się węższa i mniej zadbana, natomiast zamaskowanej ciżby w byle jakich strojach jakby przybyło. Biała maska i płaszcz nieznajomego wyróżniały się na tym tle niczym pieczony kurczak pośród szczurów z ogniska. Wielu ludzi przystawało na chwilę i z zaciekawieniem wodziło wzrokiem za Zimą, ten jednak ignorował te spojrzenia. -Dlaczego go szukasz Zimo? –spytał Zielonka wiedziony nagłym impulsem. Teraz gdy już ochłonął, naszły go pewne wątpliwości. Odwrócony Uśmiech zawsze miał dla niego dobre słowo a często i jakiś drobiazg do przegryzienia. Z jakiegoś sobie tylko znanego powodu nie wydał go straży, gdy Zielonka jakiś rok wcześniej próbował go okraść, a zamiast tego przyjął go na coś w rodzaju służby i czasem zlecał drobne zadania. Szczurołap zdawał się być idealnym gońcem dla kupca, który nie zawsze działał w zgodzie z prawami Targu. Odwrócony Uśmiech nie należał do ludzi kryształowo uczciwych – takich zresztą już od dawna nikt by na Targu nie znalazł – ale na swój sposób był dobrym człowiekiem. Natomiast o Zimie Zielonka nie wiedział nic. Stanowił dla niego niewiadomą, a chłopak miał wręcz wrażenie, że wykupił go tylko po to, żeby podrażnić się ze strażą. Owszem kupca odwiedzały często podejrzane indywidua różnej maści, ale zasadniczo był to jego problem, kogo zapraszał do swego namiotu. Natomiast teraz to Zielonka prowadził do niego człowieka, o którym nic nie wiedział, co niespodziewanie posiało w nim ziarna niepokoju. Ziarna, które poczęły kiełkować, gdy uświadomił sobie, że będzie potencjalnie odpowiedzialny za to, co może się stać. Nawet nie przed kimkolwiek innym, ale przed sobą samym. -Mam do niego sprawę –odparł tymczasem nieznajomy. –Nic czym musiałbyś się martwić. Ton jego głosu nie przekonał Zielonki. Przeciwnie, to beznamiętne suche stwierdzenie wzbudziło w chłopaku jeszcze większy niepokój. Zaczął się jeszcze bardziej martwić i nerwowo rozglądać, zastanawiając się czy nie czmychnąć gdzieś między namioty. Zima nie zwracał na niego uwagi, więc uznał, że szybka ucieczka przez Kluchę nie nastręczyłaby mu przesadnych trudności. Szczurołap był szybki, a sądząc po głosie Zima miał już najlepsze lata za sobą. W trakcie tych rozmyślań zbliżyli się właśnie do przejścia do Kluchy, co dobitnie zaakcentował dochodzący spomiędzy wyblakłych namiotów intensywny zapach gotowanej kapusty. Była to chyba najlepsza potrawa dostępna na tym placu i szczęśliwie dla jego mieszkańców jej woń skutecznie maskowała pozostałe zapachy tego miejsca. -Odwrócony nadal stroi sobie niewybredne żarty z targowej straży? –spytał nagle Zima. To osadziło w miejscu Zielonkę, który już gotował się do skoku w kierunku Kluchy. Spojrzał na nieznajomego z pewną dozą niepewności. Czyżby potrafił czytać w myślach? Przybysz na niego nie patrzył, nawet się nie zatrzymał, a jednak chłopak miał wrażenie, że zna jego zamiary i z zainteresowaniem czeka na jego ruch. -Ze straży, z Siostry... Właściwie żartuje z każdego –stwierdził szczurołap, gdy przejście do Kluchy pozostało za nimi. -Stary błazen, nic się nie zmienia –skwitował Zima. I to było wszystko. Wygłosiwszy tę uwagę przybysz znów zamilkł, a w głowie Zielonki zapanował jeszcze większy zamęt. Właściwie to niczego nie zmieniało. Każdy znał Odwrócony Uśmiech, jeśli nawet nie osobiście to z opowieści innych. Kupiec był jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci na Targu, był jak Siostra czy Szynka, każdy kto przybywał w te strony znał go, jeszcze zanim w ogóle go zobaczył. A pomimo iż Zima wyraził się o Uśmiechu w sposób dość poufały, to jednak nie uszło uwagi Zielonki, iż nie wiedział, gdzie znajduje się namiot tamtego. Niepokój chłopaka być może delikatnie przygasł, ale nie rozwiał się na dobre. Szczurołap nie porzucił ostatecznie myśli o ucieczce, ale postanowił jednak rozważyć inne alternatywy. Tymczasem poruszając się powoli wśród ciżby odzianej w łachmany i maski ledwie skrywające oblicza zbliżali się do kolejnego przejścia między namiotami, tym razem prowadzącego na Szczynę. Zielonka nie cierpiał dobywającego się stamtąd odoru kiepskiego wina, destylowanego z wszystkiego co tamtejszym kupcom wpadło w ręce. Wprawdzie w swoim położeniu rzadko miał okazję pić chociaż ten kiepski trunek, ale w niczym nie umniejszało to jego niechęci. Może i rozchodził się po ciele przyjemnym ciepłem, ale niewiele trzeba było, aby przyjemny szum w głowie niebezpiecznie zamroczył człowieka. A najgorsze, że dla tych wątpliwych przyjemności klienci Szczyny musieli znosić to, co w najlepszym razie smakowało jak ciecz, od której plac wziął swoją nazwę. Czasem w wietrzne dni odory Szczyny unosiły się ponad namiotami i przy pechowej pogodzie wędrowały ponad Trójkątami aż nad Kwadrat, a wówczas przed bramą Holdu ustawiały się kolejki protestujących. Nie żeby te bogatsze place pachniały wiele lepiej, ale kiedy już kogoś stać było na postawienie namiotu na Kwadracie, to nie życzył sobie, aby zapachy z przeszłości podążały za nim. Tłum z wolna zaczął się przerzedzać. Wieczór zbliżał się nieubłaganie i wiszące nad Targiem sklepienie chmur zmieniło odcień z jasnej szarości na ciemny popiel, więc większość odwiedzających przyciągały już inne zainteresowania niż przeglądanie marnych ochłapów wystawianych na straganach w tej części Targu. -Nie przypuszczałem, że to miejsce tak się rozrośnie –stwierdził Zima. -Jest takie odkąd pamiętam –Zielonka rzucił mu zdziwione spojrzenie. -Ile masz lat chłopcze? -Z szesnaście Zimo. Słysząc to nieznajomy zaśmiał się krótko. -Jesteś więc jednym z tych młodzieńców w trudnym do oszacowania wieku? Gdzieś między dziesięć a osiemnaście, co chłopcze? -Na pewno ponad czternaście Zimo. I mam na imię Zielonka. Przybysz skinął głową, jednak nie powiedział już nic więcej. Minęli Szczynę i atmosfera nieco się oczyściła. Szli teraz po łuku w prawo. Po lewej stronie udeptanej ścieżki prawie nie było namiotów, a te które tam stały, nie zachęcały, aby się przy nich zatrzymać. Były niskie i wyblakłe. W wielu miejscach ich materia się postrzępiła, a niektóre zostały krzywo postawione. To była niesławna południowa granica Targu. I choć żaden złodziej nie miałby tutaj co kraść, patrole straży zdarzały się tu o wiele częściej niż przy Klusze czy Szczynie. Niewielu mogło się tędy prześlizgnąć bez opłaty. Zima nie poświęcił jednak choćby jednego spojrzenia tym marnym imitacjom kupieckich stoisk. Patrzył wprost przed siebie, gdzie w niewielkim oddaleniu wyrastała zwalista sylwetka Sanctum. Nie licząc linii zabudowań na północno-wschodniej ścianie Targu, był to jedyny murowany budynek na tym terenie. Zbudowany na planie ośmiokąta, wznosił się dumnie ponad otaczające go namioty. W dawnych czasach musiał robić piorunujące wrażenie. Jeszcze obecnie przytłaczał swym przepychem i strzelistym dachem pomimo, że kamień w wielu miejscach się ukruszył i w ścianach budynku ziały spore dziury. -Zatrzymać go! -wydarł się nagle ktoś przed nimi. Zielonka spoglądający z zaciekawieniem w stronę Sanctum ujrzał najpierw biegnącego z całych sił chłopaka w nijakich spodniach i koszuli oraz z przekrzywioną maską na twarzy. Przedzierał się przez gęstniejący stopniowo tłum, a za nim biegło dwóch strażników w drewnianych maskach. Pościg ewidentnie nie nadążał, jednak uciekinier nie miał tego dnia szczęścia. Gdy zdawało się już, że miał nad ścigającymi bezpieczną przewagę, nagle potknął się i runął jak długi przed siebie. Zanim zdążył się pozbierać dwaj strażnicy byli już przy nim i jeden z nich gwałtownym szarpnięciem postawił go na nogi. Drugi bez wstępów zdzielił ściganego otwartą dłonią w twarz. Zielonka zauważył, że obaj nosili przy pasach miecze z rękojeściami wysadzanymi barwionym szkłem. Od razu zrobiło mu się szkoda uciekiniera. Nim strażnik zdążył uderzyć drugi raz, do czego już się przymierzał, przez tłum przecisnął się kolejny, mocno otyły, z mieczem jeszcze bardziej zdobionym niż dwaj pozostali. -Chochla -syknął szczurołap przez zęby. -I na co ci to było? -wysapał Chochla ciężko dysząc i opierając dłonie na lekko zgiętych kolanach. -Wiesz chyba, co spotyka złodziei. Złapany zawzięcie milczał ze wzrokiem utkwionym we własne stopy. -Odpowiadaj kapitanowi! -strażnik, który już raz go uderzył, zrobił to ponownie, po czym natychmiast poprawił po raz trzeci. -Będziesz teraz gadał, czy nie? -spytał ostro Chochla, który zdołał już uspokoić oddech i z wolna się wyprostował. Uderzony zacisnął wąskie wargi widoczne pod przekrzywioną maską i nic nie odpowiedział. -Jak wolisz -kapitan odwrócił się do niego plecami. -Bierzemy go do Holdu. Poszedł przodem w stronę Sanctum, a dwaj strażnicy ruszyli za nim prowadząc złodzieja między sobą. -Co spotyka złodziei? -spytał Zima, gdyż już zniknęli w tłumie. -Zależy kto ich złapie -odparł szczurołap. -Formalnie karą za kradzież jest grzywna w dwukrotnej wysokości wartości skradzionej rzeczy. Jeżeli złodzieja na nią stać, to posiedzi parę dnie w Holdzie i wychodzi. -Ale tacy, których stać na grzywnę, pewnie rzadko kradną? -spytał domyślnie przybysz. -Tak. A złodziej, którego nie stać, musi odrobić wartość grzywny. Rodzaj prac zależy od aktualnego zapotrzebowania. Ale nie licząc samej kary, ważne jest również na jakiego strażnika się trafi, a nie da się trafić gorzej niż na Chochlę. -Wyobrażam sobie, że mógł trafić lepiej, chociażby na tego, który złapał ciebie. -Węgorz to dobry człowiek -stwierdził Zielonka. Ruszyli dalej. Znaleźli się już blisko Sanctum, przed którym gromadził się tłum, póki co jeszcze niezbyt liczny, ale ludzi przybywało z każdą chwilą. Zielonka patrzył na nich z ciekawością, w ostatnich latach nie udało mu się…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Falvari
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…