Wróć do katalogu

Te Tereny

Opowiadanie o prawdziwych, brutalnych mężczyznach. O zawartym zakładzie, o polowaniu, o zwycięstwie materialnym i klęsce moralnej.

Dymitr, opublikowano , 21 min czytania, jeszcze nieoceniony
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

TE TERENY

- Cholerne tereny – stwierdził Micke. Bob przytaknął. - Byłeś tam kiedy? - Tak, raz. - Szkoda na to czasu. - Bzdura – wtrącił się John. – Tereny są dobre. - Takiś mądry? John milczał. - Może sam upolujesz jednego? - Może – odpowiedział. - Świetnie – stwierdził Bob. – Załóżmy się. - Właśnie, załóżmy. - O co? – zapytał John, chociaż wcale nie miał ochoty się zakładać. - O twój karabin – Micke uśmiechnął się drapieżnie. - A jeżeli wygram? - Dostaniesz nasze. - I co mi po nich? - Nie wiem, zrobisz co zechcesz. - W porządku, zgadzasz się Bob? Bob zastanowił się chwilę. - Dobra – powiedział. – Niech będzie I tak się zaczęło. Myślał, żeby odpocząć, ale musiał odłożyć te plany na później. Cieszył się, że ma znajomego Indianina, który obiecał mu pomóc. Był świetnym tropicielem i wszystko nie powinno trwać długo. Zdecydowali się wyruszyć jak tylko przestanie padać. Padało jeszcze dwa dni i poziom jeziora znacznie się podniósł. Nie zniechęcił się jednak, a jedynie uznał to za słaby początek. Było chłodno, a słońce rzadko przebijało się zza chmur. Szczyty gór przesłonięte były szarą zasłoną, a niżej ciemną zielenią lasów. Płynęli wąską, dwuosobową łodzią, która niebezpiecznie kiwała się przy każdym nierównym ruchu wioseł. Drżał z zimna i rozmasowywał zmarznięte dłonie. Nie mógłby pozwolić by były zdrętwiałe, więc schował je w długie rękawy koszuli. Myślał, że gdyby wiosłował byłoby mu cieplej, ale musiał być wypoczęty, Indianin już zrobił swoją robotę i mógł kończyć. - Daleko jeszcze? – zapytał. - Nie. To już ten odcinek. W tym miejscu brzeg łagodnie schodził do wody, a w głąb jeziora wbijały się skaliste języki. - Dobre miejsce – stwierdził. - I na przybicie i na polowanie – zgodził się Indianin. - Co teraz? - Będę musiał rozejrzeć się. Zaczekasz w łodzi. - Niby dlaczego? – obruszył się John. - Tak będzie najlepiej. Indianin gwałtownie wyhamował łódź zapierając się wiosłem o dno. Pozwolił się jej obrócić, zwinnie wyskoczył do wody i wtedy łódź dotknęła dna zatrzymując się przy brzegu. - Nie pozwól jej odpłynąć – zamruczał. – Wrócę niedługo. John rozsiadł się wygodniej i patrzał jak Indianin znika w zaroślach. Lubił go. Zawsze byli przyjaciółmi, a kiedyś jeździli na dalsze wyprawy i to było wspaniałe. Istniała między nimi więź, której nikt nie mógł zerwać. Stanowiły ją zdobyte doświadczenia i zaufanie, a polowania wciąż ją umacniały. (Do czasu aż się wszystko zmieniło...) Indianin nigdy nie chciał zabijać, kochał natomiast tropienie i świetnie się uzupełniali. John wspaniale strzelał i Indianin był o to trochę zazdrosny, ale jedynie tak jak zazdrosny może być przyjaciel. Wrócił po niecałym kwadransie, bezszelestnie wynurzając się z kępy krzaków. - Dzisiaj ich jeszcze nie było – powiedział stając po kostki w wodzie. – Ale przychodzą tutaj. - Skąd wiesz? – zapytał John. - Wszędzie poznam ich ślady. - Świetnie. Ile będę musiał czekać? - Tego nie wiem – odparł Indianin. – Może godzinę, a może ich wcale dzisiaj nie będzie. - W porządku. - Najlepiej jak wleziesz na tamte drzewo. Indianin wskazał na wysoki, rozłożysty świerk, tuż za granicą krzaków. - Ma przybitą drewnianą platformę. - Doskonale. I stamtąd będę miał dobry widok? - Tak. Będziesz dokładnie nad polaną. - Dobra – stwierdził John wyskakując do wody. Łódź przechyliła się na jedną stronę, lecz zaraz wróciła do stabilnego położenia. Woda była bardzo zimna i John poczuł jak wykręca mu kości. Szczelnie owinięte buty okazały się nie dość zabezpieczone. - Br – wzdrygnął się. – Ale zimno. - To przez potoki. Indianin zajął jego miejsce i chwycił wiosła. - Spływają z gór od północy. W innych miejscach woda jest cieplejsza. - Pieprzyć to – odparł John. Indianin odbił łódź od dna i machnął ręką. - No to na razie. - Do zobaczenia John – opuścił dłoń. – Będę się kręcił niedaleko. - Przypłyniesz jeszcze? - Raczej nie. - No to do wieczora. Indianin zniknął za linią skał, a John wyszedł z wody i odszukał przejście w krzakach. Musiał odgarniać gałęzie by nie raniły go w twarz. Mokre buty były bardzo ciężkie i bardzo niewygodne. Szedł powoli, wyglądając wskazanego świerka. Wreszcie znalazł się tuż pod nim i spojrzał szukając drewnianej platformy. Była całkiem nisko i łatwo się na nią dostał. Rozejrzał się i usadowił naprzeciwko małej polany, teraz lekko oświetlanej przez słońce. Zdjął z ramienia karabin i położył go obok siebie, zaczepiając pasem o gałąź. Najpierw siedział zupełnie bez ruchu, ale cholernie go to męczyło. Dokładnie tak uważał. Dawno nie polował w ten sposób i był sam sobie winny, ale teraz czuł się cholernie zmęczony. I to po dwóch kwadransach, no może trochę dłużej. Wolał aktywne polowania, ale teraz zależało mu i na czasie i na konkretach. Zero przyjemności. Znad głowy dobiegło go ciche skrobanie. Przez chwilę nie mógł nic dostrzec, ale zaraz między gałęziami zobaczył wiewiórkę. Zwinnie wspinała się ku czubkowi drzewa i wkrótce znikła za uschniętym konarem. - No tak – pomyślał. – Kolejny raz dowodzę swojej głupoty. Tracę kilka dni odpoczynku, które mam nadzieję sobie nadrobić, tracę cierpliwość, której na pewno już nie odzyskam i zamiłowanie do tego wszystkiego. Już wiem jaką uciechę będą miały te sukinsyny jak nic nie dorwę. Tak, już widzę ich wesołe oczka. Zapomniałem, że mogę jeszcze stracić karabin. Cholera, co za idiotyzm. A jeszcze niedawno myślałem o odpoczynku z dala od tego pieprzonego bagna. W ten czas słońce zaszło za chmurami i zrobiło się zupełnie szaro i ponuro. John pomyślał sobie, że właśnie tak może być tylko w lesie i tylko w tych okolicach. Właściwie codziennie tu padało, a nawet jak świeciło słońce było nieprzyjemnie i wilgotno. John Smith poczuł, że zrobił się głodny, ale nie miał przy sobie nic do jedzenia. Pamiętał o wszystkim, ale Indianin zabronił mu brać cokolwiek, co mogłyby wyczuć niedźwiedzie. Ostatecznie nie zabrał żadnego prowiantu, a teraz tego żałował. - Co te miśki mogłyby wyczuć? Sądziłem, że lepiej zniosę to siedzenie. Ale nie jest tak źle. Jeszcze mam przed sobą parę godzin siedzenia, więc może być znacznie gorzej. Bzdura. Już jest gorzej. Co minuta robi się fatalnie. Pomyślał, że dobrym pomysłem będzie przymierzyć się do strzału na sucho. Ot, tak, dla wprawy, zobaczyć czy nie robi hałasu. Delikatnie zdjął z gałęzi pas i chwycił karabin przykładając kolbę do ramienia. Lubił to uczucie, kojarzyło mu się z bliskością sukcesu i tkwił tak chwilę, jakby w odrętwieniu. Wreszcie odciągnął zamek i nie ruszając lunety, dokładnie przymierzył w punkt na polanie. Wstrzymał oddech, ściągnął spust i złożył z powrotem zamek. Był cichy, wystarczająco cichy by zastrzelić każdego głupiego niedźwiedzia. Ta myśl poprawiła mu humor i z zadowoleniem odłożył broń. Pociągnął mocny łyk wody z menażki, po czym zmienił ułożenie nóg. Musiał być gotowy do nagłego działania, a nogi nie mogły być zmęczone. Przyłapał się jak opada mu głowa i szybko otrząsnął z sennego otępienia. Nadchodził już wieczór, a przez polanę nie przemknęło żadne zwierze. Był całkiem zawiedziony i zły na Indianina. Pamiętał jednak jak trudno poluje się na niedźwiedzie. Z nimi zawsze było mnóstwo kłopotów. W cudowny sposób potrafiły wyczuwać pułapkę i przez kilka dni nie przychodzić w ulubione miejsce. Potrafiły doprowadzić człowieka do skrajnej furii i złości. O tak, na niedźwiedzie zawsze poluje się trudno. Postanowił jeszcze przez chwilę zaczekać. Jednak gdy w ciągu kwadransa nic nie zobaczył, uznał, że najwyższy czas skończyć. Nie zważając na hałas pozbył się kilku przeszkadzających w obserwacji gałęzi i zszedł na dół. Z ulgą rozprostował kości i przeciągnął się. Mimo wszystko wciąż był niezadowolony. Zarzucił karabin na ramię i ruszył w stronę brzegu. Zrobiło się już zupełnie chłodno i zaczął mżyć deszcz. Powietrze przepełniło się świeżą wilgocią. - Nareszcie – zawołał Indianin, gdy tylko wychylił się z zarośli. Czekał w wyciągniętej na brzeg łodzi i popijał piwo. - Nie słyszałem strzałów. - Nie było ich – warknął John. - Przyjdą. Muszą przyjść. - Mam taką nadzieję. Ściągnęli łódź z powrotem na jezioro i Indianin odbił od brzegu. - Chcesz? – zapytał wyciągając butelkę piwa. - Nie. Napiję się jak dorwę jakiegoś drania. - Lepiej zrób to szybko, bo się zupełnie roztrzęsiesz. John nie uśmiechnął się. - Niech cię szlag, Billy. Siedział pochmurny z rozpiętą koszulą i potarganymi włosami. Poczuł intensywną woń alkoholu i powtórzył: - Niech cię szlag. Nad jezioro opadła mgła i Indianin kierował łodzią starając trzymać się brzegu. Rozpoznawał wybrane miejsca, a potem znowu pozwalał łodzi zanurzyć się we mgle. I tak kilka razy aż wreszcie wyraźnie uspokoił się i popuścił wioseł. - To wredne jezioro – odezwał się. – Potoki mogą zepchnąć łódź na sam środek, a wtedy szukaj przystani. Czarna noc i nawet świateł zza drzew nie widać. John milczał. Zrobiło się zupełnie chłodno i owinął się szczelniej koszulą. Deszcz już dawno przestał padać, ale wciąż było wietrznie i nieprzyjemnie. - Szczerze mówiąc, wątpiłem byś dzisiaj coś ustrzelił – ciągnął Indianin. – To trudna sprawa. - Wiem – przerwał mu John. – Wiem jak trudno wyżyna się te pieprzone niedźwiedzie. - Nie lubię kiedy tak mówisz. - Bo? - Bo wcale o nich nie myślisz, jako o pieprzonych niedźwiedziach. - Właśnie tak myślę. - Jesteś zły, że się założyłeś. - Owszem. To był błąd. - Nie martw się. Upolujesz coś. - Cholerny problem w tym, że to nie ma być jakieś coś. - Upolujesz niedźwiedzia. - Tak sądzisz? - Aha. - Może i tak – John uśmiechnął się. - Na pewno. Już bez słowa poklepał Indianina po ramieniu. Nie chciał być niemiły, ale denerwowała go perspektywa porażki. Właściwie to w ogóle nie powinien się zakładać. Wiedział, że okolice są trudne, zarówno w polowaniu jak i w tropieniu. Czasami zdawało mu się, że wątpi w umiejętności Indianina, ale za każdym razem jego obawy okazywały się bezpodstawne. - Zaraz przybijamy – oznajmił Billy. Przez gałęzie wysokich drzew przebijało się światło z ośrodka. Teraz, poza sezonem, był prawie pusty i przebywało w nim jedynie kilku gości. Byli to głównie turyści zwiedzający okolice jeziora, lub traktujący ośrodek jako bazę do wypadów w góry. - Jestem piekielnie głodny – jęknął John gdy przywiązywali łódź do niskiego molo. Wokół stało mnóstwo takich łodzi i jeszcze kilka kolejnych wyciągniętych było na brzeg. John stanął na skrzypiących deskach i podał Indianinowi dłoń. Zeszli na brzeg i bez słowa udali się na kolację.

Zaraz po śniadaniu John Smith wyszedł z…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych