Wróć do katalogu

To nic

srzępki myśli, zachowań, rozważań porzuconego mężczyzn (i lepiej niech to zostanie tylko fikcją)

es., opublikowano , 16 min czytania, 4,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

To nic

Godzina siedemnasta dwadzieścia trzy, piątek. Jestem w banku. W torbie dwanaście tysięcy trzysta złotych, utarg całego dnia. Jednak do okienka znów trzeba czekać – kilkumetrowa kolejka nie ma ochoty żwawiej się poruszać. Pod filarem przycupnęło dziecko, chłopczyk w granatowej czapce i koszulce z bohaterem jakiejś kreskówki. Przypatruje się twarzom z miną odwodnionego człowieka. Nagle wstaje i zaczyna biegać; tam i z powrotem, tam i z powrotem. Ludzie patrzą na niego zobojętniali. Jeszcze kilka chwil i wyjdę stąd. Wsiądę do samochodu rozgrzanego do konsystencji jajecznicy i zniknę wszystkim z oczu. Na całe sześćdziesiąt trzy godziny – wyłączę telefon, wypiję trzy duże whyski i zapomnę jednostajnym tygodniu, głosach składowanych w górnym rogu pamięci, złości ukrytej między spojrzeniami. A jutro? Nie, jutro nie spotkam uśmiechów żony i pisku dzieciaków wpadających do sypialni. Będzie szelest niedokonanej przyszłości i jednostajny dźwięk syczącego przez całą noc telewizora – inaczej niż w mieszkaniu naprzeciw i inaczej niż w reklamach płatków śniadaniowych. (Cezaria Envora. To dziwne, że właśnie teraz o niej myślę. Mały nadal biega i spogląda migającymi gałkami.) Inaczej, bo dobrzy ludzie gaszą telewizory i nie piją whyski w samotności. Dobrzy ludzie nie odchodzą na sześćdziesiąt trzy godziny. Bo dobrzy ludzie żyją normalnie. Podobno dzieci i psy wyczuwają zło – to rodzaj podświadomego magnesu działającego odwrotnym biegunem. Plus do plusa, minus do minusa. Ty ode mnie, ja od ciebie. Pies (dziecko) i kot.

*

Obok biegającego odwodnionego wisi lustro. Patrzę niechętnie w swoje odbicie – brzuch dziwnie urósł, nogi jakieś chudawe; klasyczny przykład niedbalstwa. To samo myśli kobieta stojąca za mną – spogląda równie niechętnie nie doszukując się punktu zaczepienia. Ja jednak przepraszam – agencja modeli na drugim końcu miasta. Mały na chwilę siada, ludzie odwracają głowy w przeciwnym kierunku. Może zacząć biegać zamiast niego? Brzuch przynajmniej skorzysta i takie tam inne brednie... Jak w telewizji. Ale zamiast biegów (wy)chodzę udając się w tłok piątkowego wieczora. I myślę, że to jednak bzdura, o której wcale myśleć nie muszę, wystarczy ją tylko zmaterializować. Bo wiem, że to niechciana konieczność zmieniona w rutynę; gorzkie przyzwyczajenie. I tak też się stanie – w markecie pojawię się przed dwudziestą drugą. Jak zawsze. To czas dla samotnych facetów – schodzą się jakby mieli specjalny rabat z powodu osamotnienia. Kupują kiełbasę i musztardę, do tego butelkę krajowej wódki albo kilka piw przenoszonych w sfatygowanych reklamówkach – obok zwątpienia i wyczerpania spiekotą na budowie. Nie toleruję ich; są śmieszni. Zarośnięci kilkudniowym zarostem i zarośnięci brakiem kobiet, które zgubiły gdzieś ich męstwo. Jak niepotrzebną rzecz. (Znów Cezaria. Tym razem „Miss Perfumado” – odgłosy w uszach jakby puszczali przez głośniki.) Jakie lubisz teraz perfumy? Te same, co zawsze? Tak kochanie? Wiesz, wybieram się do drogerii, bo szampon się skończył. Do której? Do tej samej co zawsze, obok poczty. Nie pamiętasz? Chcesz, kupię ci te cynamonowe, o których ostatnio mówiłaś. Co Ty na to? Tak, oczywiście – ładnie pachną. Więc... – Proszę pana, potwierdzenie wpłaty – wykrzykuje okienko. A mały podbiega i z całej siły uderza mnie w udo. ...więc jednak.

*

Wtorek. Kupiłem buty. Trampki za dziewiętnaście pięćdziesiąt. Położyłem na parapecie obok Twoich zdjęć z Karpacza. Leżałem na podłodze pół wieczora i patrzyłem na nie. Tak, na trampki też.. Kiedyś powiedziałaś, „kup trampki – zaczniemy biegać i będzie przyjemnie”. Kupiłem więc. Idziemy już?! Pośpiesz się – mamy tyle do przebiegnięcia! Za chwilę? No dobrze, ale nie rozmawiaj zbyt długo...I pozdrów ją ode mnie... Tak, w parku przy karuzelach. Będę czekał, tylko przybiegnij prędko. Nie, weź samą bluzę, jest przecież ciepło. Czekam. Dzwonek do drzwi. Sąsiadka spod dwójki... – Panie Darku, zlew mi się zapchał, pomoże pan? Wciąż czekam...

*

Czwartek, dwudziesty ósmy września. Jak ja kochałem ten dzień. Pięknie wyglądałaś – w zielonej spódnicy obok stosu porozrzucanych książek. To wtedy upadłaś i zwichnęłaś rękę w nadgarstku. Przy starej wierzbie na Parkowej. „Dziękuję panu za pomoc. Sama nie dałabym rady donieść tych wszystkich rzeczy, nawet nie wiem po co tyle ich wzięłam ze szkoły...Może wejdzie pan na herbatę?” Sześć, jeden, zero, pięć, osiem, trzy, dwa, osiem sześć... Kocham Twój głos, zawsze kochałem. Zakochałem się najpierw w Twoim głosie, potem dopiero w Tobie. Twoje słowa szeleściły spokojem, jak liście pod butami... I mówiłaś, że nauczysz się pisać lewą ręką, bo prawa przez jakiś czas będzie na wakacjach. A gdybyś najpierw zadzwoniła, zakochałbym się w Tobie przez telefon. Od razu. „Dzień dobry, tu Marta. Nie mogę teraz rozmawiać. Zostaw wiadomość, na pewno oddzwonię.” Dlaczego nie odbierasz i nie pytasz z przejęciem „tak kochanie?” I nie proponujesz jarzynowej a potem kawy na podłodze w przedpokoju? Czy coś się zmieniło, że nie możesz już tak mówić? Sześć jeden zero... „...tu Marta. Nie mogę teraz ...” Przecież wiesz, że mam pamięć do liczb i nie pozbędę się Twojego numeru z głowy. Ani numeru telefonu ani numeru buta na Twoją drobną stopę. Dwa, osiem, sześć... Nie, to nie jest głupie. Płacę tylko za aparat, który leży przy pudełku z kawą – od tego ranka, gdy postanowiłaś, że już go nie użyjesz. A potem spakowałaś szczoteczkę do zębów i przyjechała taksówka. Pamiętasz, kiedy nagrałaś to powitanie? To było kiedy wróciłaś z Karpacza i ktoś często do Ciebie wydzwaniał a ja żartobliwie mówiłem, że to jakiś przystojniak... Sześć jeden... I powiedziałaś, że je nagrasz, żeby zachęcić do zostawienia wiadomości, a te częste telefony to jakaś pomyłka. I wiadomości rzeczywiście się zostawiały. Od niego.

*

„Proszę pana, a czy pan się ożeni z naszą panią?” Szlag by to... Gdzie ja schowałem tą kasetę?. Wypożyczalnia do siódmej, a ta cholera jak kamień w wodę. O jest...„Uciekająca panna młoda”. Też mi tytuł. „Nie wiem dzieciaki. Jak wasza pani nie ucieknie to na pewno... W końcu to też moja pani i też bardzo ją lubię” Śmiałaś się wtedy i mówiłaś, że i owszem, że jak będę grzeczny i nie będę rozrabiał to może... A jeden taki piegowaty zapytał, czy jak on będzie grzeczny „to czy też się z nim ożenisz” Roześmiałaś się i powiedziałaś, że na pewno.

*

Ale to ja miałem być Twoim mężem, zapomniałaś? Dlaczego więc nie ja? Czy dlatego, że nie mam piegów?

*

W kuchni czajnik daje znać, że zaraz będzie herbata. Pamiętasz nasze wieczory przy herbacie z jeżynami? Zawsze piliśmy ją z tych samych kubków, które kupiłaś za dwa złote. Na targu chyba... A potem jeden się stłukł i za miesiąc odeszłaś z tamtym facetem. Bo to był Twój kubek... Czy wiesz, która jest godzina?! Dlaczego nie oddzwaniasz, przecież ja cały czas czekam!

*

„Na pewno co?” Na pewno spóźnię się do pracy. Droga zakorkowana – jakiś wypadek bo karetka przeciska się chodnikiem. Nowy szef (chyba z dziesięć lat młodszy ode mnie) znowu popatrzy spode łaba. – Panie Darku – odejdzie pan sam, czy zwolnić pana od razu – wycedził po południu, kiedy wszyscy sobie poszli. – To trzecie spóźnienie w tym miesiącu! Tak, właśnie sobie przypomniałem... Zakupy trzeba zrobić. Chodziliśmy razem do sklepiku przy Łąkowej. Mówiłaś, że na pewno musimy wziąć chleb i ser i mąki już nie ma i że na kolację zrobisz naleśniki. I że na pewno będą takie jak lubię. I były. A Lena dzwoni i mówi, że mieszka teraz w takim mieście, gdzie statystycznie połowa przechodniów jest pijana. Tak z obliczeń w drodze do szkoły jej wychodzi (pewnie jest na etapie fascynacji naukami ścisłymi). I że po gimnazjum wyjeżdża do Wrocławia, bo tu nie ma basenu. I wcale nie mówi, „mieszkacie”, mówi „mieszkam” . Czy coś jest nie tak, że właśnie…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych