Vidocq
Z pozdrowieniami dla krytykow ze slowa.pl ;] Za zbieznosc czegokolwiek w opowiadaniu z Realem, autorka nie odpowiada przed sadem.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
^^^ {i}Rok 1820, Francja.{/i} Biegł najszybciej jak potrafił, ale i tak było już za późno. Jego ojciec konał na kamiennym bruku. - Tato! Tato! – chłopak upadł na kolana przy ciele, nie bacząc na kałużę krwi. Przez chwilę patrzył w już szklane oczy ojca i nie mógł wydusić z siebie głosu. Aż w końcu coś w nim pękło. - Nieeeeee! Jego zrozpaczony krzyk obudził tego wieczoru wielu mieszkańców Vincent a'Monmarte. Gdy podniósł głowę, zobaczył wysokiego mężczyznę stojącego przy murze. Znał go. Cała Francja go znała. Rzucił się na niego z pięściami, lecz mężczyzna sprawnie chwycił za jego nadgarstki i wykręcił mu ręce. - Dlaczego na to pozwoliłeś? - załkał chłopak. - Andre, twój ojciec... – zamilkł raptownie, chcąc oszczędzić chłopakowi większego bólu. Sam jeszcze się nie otrząsnął po tej tragedii. Trzymał go w uścisku bardziej dla tego, by młody nie osunął się na ziemię, niż dla tego, by stanowił niebezpieczeństwo. - Zabiję go! Zabiję! – Andre zaczął się szamotać. - Posłuchaj – mężczyzna mocniej wykręcił mu rękę – Twój ojciec zabijał dla pieniędzy, byś ty nie musiał! Chciał dla ciebie czegoś lepszego. Ja chciałem... - Miałeś go ochraniać! Mówiłeś, że jesteś jego przyjacielem! UFAŁ CI! – nie zwracał uwagi na jego słowa, czując potworny ból trawiący go od środka. Mężczyzna nie odwracał ponurego wzroku od chłopca. W jego spojrzeniu dawało się odczytać rezygnację i smutek. - I byłem... Ochraniałem go przez wiele lat... Ochraniałem tylko ze względu na... – znów nie dokończył, przypominając sobie zielone oczy Kariny. Piękne, rozmarzone oczy jedynej kobiety którą kiedykolwiek kochał. Matki Andre’a. - Dlaczego..? – zapytał chłopak ponownie, łamiącym się głosem. Mężczyzna chciał mu tyle powiedzieć, tyle wyznać. Coś dławiło go w gardle. - Zemszczę się... Przysięgam ojcze, że cię pomszczę!!! Milczał. Puścił go. - Vidocq, POMÓŻ MI SIĘ ZEMŚCIĆ!!! - Nie. Nie wolno ci. Chłopak cofnął się o krok, nie spodziewając się ostrego tonu. - Czemu..? On zabił mojego ojca! W tym momencie zza budynku wyszli funkcjonariusze paryskiej policji. - Może kiedyś mnie zrozumiesz – odpowiedział, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając policjantom Andre’a. Będąc w tym samym stanie ducha, odchodził z podobnego miejsca zbrodni kilka miesięcy później. Tylko że wtedy Andre nie był świadkiem, a mordercą który wypełnił daną ojcu przysięgę.
^^^ {i}Rok 1841, Francja, siedziba Surete.{/i} - Eugeniusz Vidocq. - Helene Jegado – miała nosowy głos, który bardzo mu się nie podobał. - Czy wie pani, o co jest pani podejrzana? Wzdrygnęła się bardzo naturalnie. Wyglądała na miłą starszą panią, która hoduje koty, trzy razy w tygodniu podlewa kwiaty sąsiadce i nie opuszcza żadnej niedzielnej mszy w kościele. Nie odpowiadała, więc sam odpowiedział na pytanie - Jest pani podejrzana o popełnienie dwudziestu morderstw z premedytacją. Przyłożyła dłonie do ust i zaczęła w przerażeniu kręcić przecząco głową. Westchnął w głębi duszy z rezygnacją. Zapowiadała się długa noc. - Może zaczniemy od początku. - Zaczęłam pracować w wieku lat szesnastu – odparła po chwili – lecz nieszczęśliwym zrządzeniem losu, dobry nasz Pan powołał moich pierwszych pracodawców przed swe oblicze. Mężczyzna siedział prawie nieruchomo, z utkwionym w niej ponurym wzrokiem. - Do 1831 roku trudniłam się pracą domową dla wielu szanownych rodzin. Jednak – urwała na chwilę, by podjąć dramatycznie – gdziekolwiek bym nie podążyła, ludzie umierali. Czyżby zauważyła cień ironicznego uśmiechu w tych stalowoszarych oczach? - Przyjęto mnie do klasztoru. Złożyłam śluby. - Czemu pani wróciła do zawodu pomocy domowej? Zawahała się widocznie. Nie wiedziała jak dobrać słowa. - Niektóre siostry... nie były wystarczająco oddane Bogu – skrzywiła się lekko, z niesmakiem – Klasztor nie spełnił moich oczekiwań. Przeczesał dłońmi gęste włosy, powstrzymując się przed ziewnięciem. - Miałam wiele ofert pracy. Ludzie poznali się na mej uczciwości i pracowitości – dodała z niejaką dumą. Chciał coś powiedzieć, lecz w tym momencie do pokoju wszedł inspektor Grisch, trzymając w ręku brązową kopertę. Pewnie nawet nie wiedział kto opracował system kart przestępców, z którego teraz korzystał. - To już nie jest twoja sprawa, Vidocq – powiedział zjadliwym tonem. Jego nienawiść do byłego szefa pierwszej policji kryminalnej, była powszechnie znana. Nie raz Vidocq ośmieszył publicznie Grischa, wytykając mu jego brak kompetencji, gapiostwo, etc. Nie chodziło o to, że Grisch jest kiepskim policjantem. Chodziło o to, że próbował udowodnić, że jest lepszy od Vidocq. - Wypuścicie ją, prawda? Kobieta poruszyła się niespokojnie na krześle. - Ile jeszcze musi zginąć ludzi, byście ruszyli makówkami? – zapytał Vidocq ze znudzeniem, ale i z odrazą. - Popatrz na nią – młodszy mężczyzna wskazał na Helene – To nie żadna trucicielka! Vidocq ponownie westchnął w duchu z rezygnacją. Odkąd cholerny Gisqet pozbawił go stanowiska i zastąpił jego ludzi tzw. „porządnymi obywatelami”, Surete stało się mniej efektywne. Co prawda nadal korzystali z usług zbrodniarzy, ale... To nie było JEGO Surete, ani dosłownie, ani w przenośni. - Będę cię obserwował – jego głos stał się zimny i bezlitosny – Jeśli jeszcze raz użyjesz arszeniku... - DOŚĆ! – zdenerwował się Grisch – Wracaj do tej swojej agencji de-te-kty-wi-sty-cznej i nie mieszaj się do prawdziwego śledztwa. Vidocq nie zwróciwszy uwagi na podskoki zadufanego żółtodzioba odwrócił się na pięcie i rzuciwszy przez ramię „Pamiętaj Helene, zbrodniarz zawsze wykryje zbrodnię”, wyszedł.
^^^ {i}Rok 1849, Francja, prywatna agencja detektywistyczna.{/i} - Zabijanie jest jak nałóg – mruknął Vidocq, bujając się lekko na krześle. - Hmm?…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil an_ge
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…