Wirus Noc - Rozdz. IV "Obca siła"
Nastał czas, kiedy noc była wrogiem ludzkości. Nikt nie mógł czuć się bezpiecznie, każdy czekał z utęsknieniem na wschód słońca. Tylko nieliczni znali prawdę. Wszyscy inni uznali ten czas za koniec świata.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
WIRUS NOC – ROZDZ. IV „OBCA SIŁA”
Przez maleńkie zakurzone okno piwnicy wpadały pierwsze promienie słońca. Przedarłszy się przez żelazne kraty, ślizgały się po jej brudnej podłodze, gdzie zalegała masa porwanych ubrań, połamanych desek i pudełek z rzeczami, o których już nikt nie pamiętał. Martwą ciszę przerwał odgłos przekręcanego w zamku klucza. Zaraz potem półmrok niewielkiego pomieszczenia został rozproszony światłem, które do tej pory kryło się za żelaznymi drzwiami. W nich stanął wysoki mężczyzna ubrany w brązowy sweter i przetarte jeansy. Snop światła padł na przeciwległą ścianę oraz na przykutą do niej grubymi łańcuchami młodą, nagą kobietę. Żelastwo oplatało całe jej ciało - od rąk, po same stopy. Mężczyzna na ten widok uśmiechnął się smutno. Za każdym razem, gdy wchodził rano do piwnicy, miał nadzieję, że spotka swoją żonę w takim oto stanie: ludzką, zmęczoną, prawie mdlejącą. - Jak się czujesz? – zapytał, podchodząc do niej. - Co? - Nieważne. Powinien już dawno się przyzwyczaić, że Sara nie miała pojęcia o tym, co się z nią działo każdej nocy. Mimo to, zawsze pytał jak się czuła, a ona zawsze pytała „co?” albo nic nie odpowiadała i usypiała splątana zimnymi łańcuchami. George, podtrzymując żonę jedną ręką, drugą odpiął wszystkie zabezpieczenia. Sporo się napracował, żeby łańcuchy utrzymały stwora, jakim się stawała, ale i tak za każdym razem, kiedy prawie nieprzytomną wprowadzał ją do piwnicy, krajało mu się serce, że musi z nią postępować w tak nieludzki sposób. - To dla twojego dobra, kochanie. – Jego głos drżał, a serce prawie pękało z nieznośnego smutku i nieopisanej tęsknoty za dawnymi, normalnymi czasami. Wiedział, że teraz potrzebowała snu i odpoczynku. Każdej nocy budził się wiele razy, słysząc, jak żona walczy w piwnicy z żelaznymi łańcuchami. Pisk, jaki wydobywał się z jej zmienionego gardła, przyprawiał go o dreszcze. Nie ukrywał, że czuł strach. Bał się, że pewnej nocy wydostanie się z piwnicy i rozerwie go na strzępy. Niezliczoną ilość razy miał chęć wziąć z kuchni najostrzejszy nóż i w czasie, kiedy tak słodko spała w ich wspólnym łóżku, poderżnąć jej gardło i tym samym zakończyć nieprzerwane cierpienie. Myślał też o tym, żeby zabić najpierw ją, a potem siebie, bo nie wyobrażał sobie późniejszego życia ze świadomością, że zamordował z zimną krwią kogoś, kogo cenił nad wszystko! Nie mógł się jednak na to odważyć, za bardzo ją kochał. Dlatego każdego kolejnego ranka robił to samo. Wynosił ją z brudnej piwnicy, obmywał ciepłą wodą i kładł do czystej pościeli. Potem wychodził z domu, sprawdzał, czy któraś z kobiet nie zbliżyła się za bardzo. Gdy wszystko było w „porządku” wracał, zatrzaskiwał żelazne drzwi i okna. Sprawdzał je po kilka razy dziennie, upewniając się, że w nocy nic nie dostanie się do środka. W wolnych chwilach siadał przy łóżku i patrzył na śpiącą Sarę. Gładził ją po czarnych włosach i delikatnych ramionach. Wspominał czasy, kiedy razem chodzili na zakupy, wybierali meble do nowego domu, żartowali z prowizorycznego kominka... Było tak cudownie. - Pamiętam to – szeptał wtedy do siebie z delikatnym uśmiechem na twarzy. George wyjął z szafki ostatnią paczkę papierosów. Obejrzał ją dokładnie z każdej strony, po czym stwierdził, że zostawi ją na czarną godzinę. Tego dnia miał zamiar wyjść w tak zwany „teren”, aby poszukać czegoś przydatnego. Priorytetem było jedzenie. W sumie, nie miał z tym większego problemu, ze względu na oddalony o kilka kilometrów supermarket, który był pokaźnie zaopatrzony. Raz na jakiś czas wybierał się tam, żeby zrobić większe „zakupy”. Zabierał ze sobą tyle, ile mieścił sklepowy wózek. Pamiętał, że na początku, tuż po tych wszystkich dziwnych wydarzeniach, do sklepu przychodzili też inni ludzie, ale teraz już ich nie widywał. Podejrzewał, że sami stali się pożywieniem albo zostali ewakuowani. - Jeśli człowiek ma dużo szczęścia, wtedy przylatują po ciebie helikopterem i zabierają w bezpieczne miejsce – powiedział mu pewnego dnia starszy mężczyzna. - A kobiety? – zapytał z przejęciem, mając nadzieję, że siwobrody mówi prawdę. - Kobiety też. Oni je tam leczą. Wiesz, pewnie chcą stworzyć świat od nowa. Tam są szczęśliwi, bezpieczni, najedzeni. Trzeba czekać, po nas pewnie też przylecą, zobaczysz. Od tamtej pory, a minęło już ponad sześć miesięcy, żadnego helikoptera nie widział ani nie słyszał. Mimo wszystko miał nadzieję. Wierzył, że on i Sara będą jeszcze szczęśliwi; że będą mieć ich upragnione dziecko, a nawet dwójkę. Odganiał od siebie myśl, że ratownicy o nich zapomnieli. Chwilami stawał na ganku i spoglądał w niebo. Wtedy umysłem był tam, gdzie według staruszka ludzie byli bezpieczni. Potem nadchodził wieczór i znowu obawa, że źle poprzypinał łańcuchy. Całował przykutą już Sarę w usta i wychodził z piwnicy. Zdawał sobie sprawę, dlaczego jego kobieta chce za wszelką cenę wyrwać się z uwięzi. On wiedział, że wyczuwała jego obecność, czuła zapach świeżego mięsa, żywej ofiary, która była tak blisko. Ona cierpiała podwójnie. Za dnia jej organizm był wycieńczony i nieświadomy drugiej swojej postaci, a w nocy przechodził tortury, czując potencjalny posiłek i jednocześnie go nie dostając. To tak, jakby przed skrajnie głodnym człowiekiem położyć pachnącą, dopiero co wyjętą z pieca bułeczkę i nie pozwalać mu jej zjeść. Mężczyzna zaparzył kawy, nalał do filiżanki i zaniósł ceremonialnie na tacy na piętro domu, do pokoju, gdzie spała żona. Kiedy przekroczył próg, Sara spojrzała na męża spod półprzymkniętych powiek. - Dziwnie się czuję – szepnęła. - Wiem, kochanie. Jesteś chora i to dlatego – mówił spokojnym, lecz lekko drżącym głosem. Pomógł jej usiąść z największą ostrożnością. Nie mógł uwierzyć, że jego delikatna kobieta przez długie godziny była żądną krwi bestią. Wolał sobie nie wyobrażać, z jak wielką przyjemnością zatopiłaby w jego ciele długie kły. Chrząknął głośno, podając żonie kawę. - Mam dziwne wrażenie, że to już trwa bardzo długo – powiedziała, obejmując filiżankę obiema dłońmi. - Wydaje ci się. Nie myśl o tym. - Kiedy śpię, mam sny – kontynuowała z wbitym przed siebie wzrokiem. -
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Silent M.
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…