Wrócisz? część 1
łączy ich przyjaźń, gdy okazuje się, że jedno z nich zamierza wyjechać z ukrycia wychodzi inne uczucie...
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Z radia sączyła się leniwa melodia niczym marsz żałobny na pożegnanie lata. Za oknem lato jednak trwało w pełni, nic sobie nie robiąc z kalendarzowej jesieni. Leniwy wiatr znużony upałem wdzierał się do nie mniej chłodnego pokoju szturchając niechcąco firanką. Nie znalazł ukojenia. Lidka by się ochłodzić, złapała się ostatniej deski ratunku. Wyciągnęła ze schowka wiatrak, który przynieśli jej rodzice przed wyjazdem na wczasy. Usiadła tuż przed nim i modliła się o wieczór, by słońce zaszło już za wzgórza i dało ukojenie. Ono jednak rządziło się swoimi prawami. Dzwonek u drzwi oderwał ją od zbawiennego wiatraka. Chcąc, nie chcąc, poszła otworzyć. Na korytarzu stał Ernest. – Ratuj – rzekł głosem konającego. – Musiałaś zamówić takie upały? – To nie ja je zamawiałam. To ty wiecznie jęczałeś, że nie ma lata. – Popatrz jak ja wyglądam – zajęczał patrząc w lustro. Po twarzy spływał mu pot. Koszulkę miał całą przepoconą. Nieosłonięte części ciała mieniły się czerwienią. – Mama znowu będzie okładała mnie zsiadłym mlekiem. – To po co wychodzisz w taki upał? – Byłem tylko na basenie z Sebastianem. – On też się tak spalił? – Nie – rzekł ciszej. – On posmarował się kremem z filtrem, a ja stwierdziłem, że to takie babskie. – No tak, obkładanie się z zsiadłym mlekiem to takie męskie. – Proszę, nie śmiej się. Wystarczy, że robi to cały czas Sebastian. Oddaj mi tylko swoją łazienkę. – Zimny prysznic? - zgadywała. – Koniecznie. – Nie pomoże ci na długo, uwierz mi na słowo. Musiałbyś przez pół dnia siedzieć w wannie z zimną wodą. – Mogę leżeć nawet przez cały dzień. Jak ja mam dosyć tego upału! – Zapraszam więc do łazienki, a rachunek za wodę wystawię później. – Mała, nie igraj z ogniem. – A tam od razu z ogniem – zażartowała. Po lodowatym prysznicu Ernest zajął miejsce obok Lidki. Nawet znalazł się w zasięgu wiatraka. Przez chwilę w milczeniu rozkoszowali się chłodnym powiewem z urządzenia. Gdyby mogli stali by się jego wyznawcami, oczywiście w trakcie upałów. – Myślisz, że noc będzie chłodniejsza? – spytał z nadzieją Ernest. – Od dwóch tygodni nie było chłodniejszej nocy, nie łudź się. – Dzięki, potrafisz pocieszyć. – Ależ nie ma za co. Zawsze do usług. – Przecież kiedyś musi nastąpić przełom – nie dawał za wygraną. – Czemu akurat dzisiaj miałoby to nastąpić? – Bo ja tego chcę. – Krzyknij głośno, może ktoś cię usłyszy – zachichotała. – Nie mam siły krzyczeć. Może jak pomyślę to ktoś się domyśli co miałem na myśli – rozważał. – Ale z ciebie leniuch. – To przez ten upał – tłumaczył się. – I nie szukaj wymówek – uprzedziła. – Za dobrze cię znam. Wystawili twarze do wiatraka. Ernest zamilkł. Lidka spojrzała na niego. Zachowywał się inaczej niż zwykle. Był spięty i rozdrażniony, i przyczyną na pewno nie był upał. Ernest widząc jej pytający wzrok nabrał powietrza. – Kiedy kończy ci się urlop? – W przyszłym tygodniu – rzekła i po chwili spytała. – Ernest, co się dzieje? – A co ma się dziać? – Właśnie ciebie o to pytam. Zapadła cisza mącona tylko ruchem łopatek w wiatraku. Unikał jej wzroku, stał się jeszcze bardziej spięty. – Robią nabór mężczyzn do pracy, do Włoch. – Zgłosiłeś się – stwierdziła spokojnie, choć serce chciało zgruchotać jej pierś i uciec z niej do niego. – Yhy. Myślę, że to moja szansa. Gdybym pojechał, byłbym w stanie spłacić wszystkie długi i spokojnie patrzeć innym w oczy. – Kiedyś było to twoim marzeniem. Wyjechać stąd za granicę. – Kiedyś nie myślałem o tym, że mam rodziców. Teraz tata jest po zawale. Z drugiej strony skończył mi się zasiłek, jestem na utrzymaniu rodziców. Czas najwyższy bym ja się o nich zatroszczył, a nie oni o mnie. Jestem do cholery dorosły. – Nie tylko ty jesteś bez pracy. – Ale ja mam szansę wyjechać. – Jedź – rzekła krótko, choć serce wołało co innego. – Boję się o rodziców. Nie wiedziała co mu odpowiedzieć. Miała świadomość, że wyjazd jest rozsądnym rozwiązaniem, przynajmniej w tym momencie. Ernesta nie tylko rodzice potrzebowali, ona także. Był jedynym przyjacielem jakiego miała. – Przyjemnie jest tu siedzieć – rzekł by rozładować atmosferę. – Kiedy będziesz wiedział czy wyjeżdżasz?- spytała prawie szeptem. – W przeciągu tygodnia, góra dwóch. – Będzie mi cię brakowało. – Mi ciebie również. Nawet nie wiesz jak bardzo. – Mówisz tak tylko – rzekła siląc się na uśmiech. – Tam pewnie nie brakuje pięknych dziewczyn, które z przyjemnością zaprzyjaźnią się z tobą. O mnie szybko zapomnisz. – No chyba nie wierzysz w to co mówisz! Jakbym śmiał zapomnieć o tobie. Będę przysyłał ci listy. To będzie dowód, że myślę o tobie. Stoi? – Stoi. Jeśli przestaniesz pisać, koniec z naszą przyjaźnią. – Ile to już upłynęło od naszego pierwszego spotkania?- zamyślił się głośno. – Prawie dwa lata – rzekła Lidka. – Dwudziesty piąty listopada. Ernest spojrzał na nią zaskoczony. Pod jego wzrokiem zmieszała się swoją dokładnością. – Pamiętasz – stwierdził. – Data sama utkwiła w pamięci. Od tamtego dnia mam najwspanialszego przyjaciela pod słońcem. Każdego dnia miałam pewność, że mogę liczyć na ciebie, nawet w środku najgłębszej nocy. – To dopiero dwa lata – niedowierzał. – A ja się czuję jakbym znał cię od zawsze. Pamiętasz nasze bliskie spotkanie? – Yhy – uśmiechnęła się zamyślona. – Oboje nabiliśmy sobie guzy. – Tylko Marlena miała ubaw po pachy – rzekł uśmiechając się. – Byłem pewien, że jeszcze chwila i posika się ze śmiechu. Naprawdę nie wiele do tego brakowało. – Tylko mi nie było do śmiechu jak nazajutrz zobaczyłam guza na czole, a musiałam wyjść do pracy. Nawet nie wiesz jak się wstydziłam wyjść na ulice. – Myślisz, że ja nie? Wszyscy dopytywali się kto mi oko podbił. Ja to dopiero wyglądałem. Całe oko sine miałem, ty tylko jakiegoś tam małego guza na czole. – Tylko, że on szybko zrobił się siny, potem zielony, zielono-żółty i też go było widać. Roześmiali się szczerze na wspomnienie „bliskich” spotkań. – A jakiego kaca miałem na drugi dzień. Jeden jedyny raz w życiu. – To po tych drinkach Bartka – przypomniała Lidka. – On zawsze miał pomysły. – Nie, drinki wymyślił Michał, a Bartek tylko pomagał mu mieszać alkohole. – Nie źle je wymieszali. Wszyscy się struli. – Nie wszyscy – zaprotestował Ernest. – Michał się nie struł. – Michała pomijam. U niego takie drinki to normalka. Poza tym nie ma rzeczy, którą on strułby się. Nawet gdybyś podał mu jad kiełbasiany czy salmonellę. Nawet lekkiej biegunki by nie miał. Uodpornił się tak przy kuchni swojej mamy i babci. – Słyszałem, że nie złe z nich kucharki – zamyślił się. – Kiedyś ktoś mi tłumaczył... ale nie mogę sobie przypomnieć kto, dlaczego Michał nikogo nie zaprasza do domu. Myślałem, że jaja sobie ze mnie robi. Dopiero jak usłyszałem głosy strutych zacząłem wszystko rozumieć. Zamilkli oboje wspominając pierwsze spotkanie, prywatkę, na której oboje byli przez przypadek. Małgosia, dzięki której Lidka się tam w tedy znalazła, od pół roku przebywała w sąsiednim województwie, bo tam dostała pracę. Sebastian, dzięki któremu Ernest tam był, nadal był jego najbliższym przyjacielem. Również Lidka miała w nim serdecznego kolegę, choć widywali się rzadko. – Do tej pory nie wiem czym był faszerowany tamten kurczak – przypomniała sobie Lidka nie odrywając wzroku od wirujących łopatek wiatraka. – Nie wiele pamiętam z trzech późniejszych dni. Leżałam plackiem z bardzo wysoką temperaturą i nie wiedziałam, którą częścią ciała nachylić się nad muszlą klozetową. Jakiś ciąg świąt był, bo mama nie zabrała mnie do lekarza. Cud, że nie wezwała erki. Jest straszną panikarą, w tedy, po raz pierwszy, zachowała zimną krew. To był mój pierwszy i ostatni posiłek u Michała. Potem się dowiedziałam, że przyrządzenie tego kurczaka należy do specjalności jego mamy. – A ja myślałem, że tylko moja mama jest fatalna kucharką – roześmiał się Ernest. – Ale gotowanie zupek z proszku i odgrzewanie mrożonek jest bezpieczniejsze od wymyślnych specjałów. Mniej zabójcze. – Z pewnością. Tym bardziej, że te mrożonki nie są takie złe. Ostatnio na nich żyję. – Ty żyjesz na mrożonkach? – zdziwił się Ernest. – Od czasu do czasu. Odkąd nie mieszkam z rodzicami często brakuje mi czasu na pichcenie codziennie obiadków. Jak mam czas to gotuje na kilka dni i wrzucam w lodówkę, a jak nie mam czasu to idąc z pracy kupuję coś w pierwszym lepszym sklepie. Trochę nie zdrowo, ale co tam – machnęła ręką. Zaśmiała się szczerze rozbawiona zdziwieniem przyjaciela. Po chwili poczuła, że śmiech zaczyna przechodzić w płacz. Zagryzła mocno wargę od środka by go powstrzymać. Zamrugała szybko oczyma by rodzące się łzy nie stoczyły się po policzkach. Nie chciała by Ernest cokolwiek zobaczył. Nie chciała jego pytającego spojrzenia czy dociekliwych pytań. Nie tym razem. Mogła mieć tylko nadzieję, że nie załapie się na wyjazd. – Co rodzice sądzą o twoim wyjeździe? – spytała nie parząc mu w oczy. – Znasz ich – spojrzał na nią i po chwili milczenia dodał. – Panika. Najchętniej nie wypuszczaliby mnie z domu, a co dopiero tak daleko. – Nie dziw im się, poza tobą nie mają nikogo. – Starałem się tu zostać. Bardzo chciałem znaleźć pracę i opiekować się nimi, bardzo ich kocham. Zresztą znasz mnie i wiesz, że pech to mój cień. Przekonałaś się o tym niejednokrotnie. – Może czas najwyższy pokonać go? – Jak? – spytał zrozpaczony. – Naprawdę się starałem. – Wiem – rzekła cicho. – Myślisz, że nie boję się tego wyjazdu? Gdy o nim myślę włosy stają mi na głowie dęba, a gdy pomyślę, że rodzice zostają sami, robi mi się słabo. Ale wreszcie coś muszę zrobić ze swoim życiem. Nie mogę dłużej wegetować. Nie mam piętnastu lat. Czas zacząć realizować swoje marzenia, dążyć do czegoś, żeby to cholerne życie miało sens. Póki co wiszę w próżni i czekam nie wiem na co. – Dawno nie mówiłeś o swoich marzeniach. Myślałam, że zapomniałeś o nich. – Przez jakiś czas próbowałem o nich nie myśleć, a może ich nie miałem. Myślałem, że dziewczyna z którą byłem, to ta jedyna, że założę z nią rodzinę, będę miał dwoje dzieci, najpierw syna, potem córkę. Byłem ślepy... dałem się omotać gorzej jak nastolatek. Odechciało mi się marzyć i odechciało mi się żyć. – Co się stało, że znowu zacząłeś marzyć? – spytała ze ściśniętym sercem. – Nie wiem. Może to, że zasiłek mi się skończył i jestem na utrzymaniu rodziców, może perspektywa wyjazdu. Z jednej strony chciałbym, żeby nie wypalił, z drugiej myślę, że to moja wielka szansa. – Zamierzasz sobie tam życie ułożyć? – Chyba nie, tu mam rodziców – przypomniał jej. – Nie będzie im najlepiej wśród obcych ludzi, którzy na dodatek mówią innym językiem. Zresztą, oni nigdzie nie wyjadą. – Więc wrócisz? – spytała z nadzieją w głosie. – Chyba tak, pytanie tylko, kiedy? – Odwiedzisz mnie za każdym razem? – No ba! To jest jasne jak słońce, że tak. Rozchmurz się dziewczyno. Jutro będzie lepiej. Nie może być gorzej, tylko lepiej z dnia na dzień. – Jeśli tak mówisz – zgodziła się słabo. – Teraz tylko modlić się o ten wyjazd do Włoch, a potem już jakoś będzie. Zobaczysz. Nie chciała tego zobaczyć, bo w to nie wierzyła, ani modlić się o wyjazd. Dni uciekały jak oszalałe, jakby czas przyśpieszył o kilka razy. Wraz z upływem dni Lidka czuła jak nagła miłość, która zrodziła się w nieodpowiednim momencie, spala ją od środka i nie była w stanie ugasić tego ognia rozsądnymi słowami. Myśli galopowały jak dzikie konie puszczone z uwięzi. Każda biegła w inną stronę. Jak nikt nie mógł ogarnąć takiego stada koni tak i ona nie była w stanie ogarnąć wszystkich myśli by je uczesać w jedną. Po serii upałów przyszła kolej na kalendarzową jesień. Z ciemnych chmur na niebie ciągle padało. Ciepłe, obleczone słońcem budynki poszarzały, po ulicach płynęły strumienie wody. Po kilku dniach ulewy woda nie wsiąkała już w ziemię, wszędzie tworzyły się kałuże. Lidka odetchnęła z ulgą. W momencie, gdy poszła do pracy, temperatura obniżył się. Współczuła dziewczynie, która zastępowała ją w trakcie największych upałów. Kolejny jesienny dzień kończył się. Za oknem w końcu przestało padać. Ulice były całkowicie zalane kałużami, w których bawiły się dzieci korzystając z chwili, że nie pada deszcz. Lidka uśmiechała się patrząc przez okno na dzieci, a w sercu miała niepokój. Wciąż czekała na Ernesta, a ten nie dawał znaku życia. Minęło półtora tygodnia od ich ostatniego spotkania. Powinien już wiedzieć jak stoi sprawa z wyjazdem. Pragnęła spotkania z nim, a jednocześnie bała się, że on już „coś” wie, a jego wizyta będzie pożegnaniem przed wyjazdem. Postanowiła zadzwonić do Sebastiana. Zaczęła nerwowo przerzucać zawartość torebki, a że miała tam dużo niepotrzebnych rzeczy w wielkim nieładzie, minęła dobra chwila nim znalazła kartę telefoniczną. – Jak tylko będę coś wiedział wdepnę do ciebie – obiecywał jak zwykle opanowany Sebastian. – Myślę, że jak tylko Ernest będzie coś wiedział powiadomi nas od razu. – Myślisz, że on jeszcze nic nie wie? – Chyba tak. Podejrzewam, że nie rusza się z domu i waruje przy telefonie. Czemu nie zadzwonisz do niego? – … – Lidka? Stało się coś? – spytał zaniepokojony jej milczeniem. – Nie. Wszystko w porządku. Po prostu ... jakoś nie przyszło mi do głowy, żeby do niego zadzwonić. – A więc coś się stało. – Sebastian! Daj spokój. – Jesteś tego pewna? – Chyba tak – rzekła niezdecydowana. – Oho, coś poważniejszego – zawyrokował wesoło. – Przestań Sebastian, bo jeszcze chwila i zacznę ryczeć, i wszyscy będą się na mnie gapić! – Wiedziałem, że do tego dojdzie, ale to nie koniec świata. Jeszcze nie wiadomo czy ten wyjazd dojdzie do skutku. – Skąd wiesz co się dzieje? – spytała zdziwiona. – Przecież to było nie uniknione. Od samego początku. Odkąd się poznaliście. Czekałem ile wytrzymacie. On potrzebował czasu po poprzednim związku, a ty wytrwale czuwałaś przy nim. – Bzdury pleciesz! Na razie, cześć! – Cześć, trzymaj się ciepło. Odłożyła słuchawkę i zamyślona wróciła do pustego mieszkania. Po dniu przerwy od deszczu znowu zaczęła się słota. Lidka podeszła do okna. Odsunęła firankę. Za oknem, w mdłym świetle ulicznych latarni padał rzęsisty deszcz. Głęboko wdychała rześkie powietrze z nadzieją, że w końcu pomoże jej zasnąć. Wciąż nie mogła nasycić się chłodem, który nastąpił po upałach. Wolała taka pogodę, nigdy nie przepadała za upałami i kochała mroźną zimę. Mrok i spokój za oknem nie ukoiły jej serca i niepokoju w nim panującego. Na zegarze dochodziła jedenasta, a ona wciąż nie mogła zasnąć. Poduszka byłą niczym głaz, a kołdra dusiła ją. Nie mogła spać już od paru nocy. Usłyszała ciche pukanie do drzwi. W pierwszej chwili myślała, że przesłyszała się. Pukanie powtórzyło się. Podeszła do drzwi i spojrzała przez wizjer. Na korytarzu stał Ernest. Owinęła się szczelnie szlafrokiem i otworzyła drzwi. – Przepraszam, że tak późno – zaczął od razu tłumaczyć się. – Zobaczyłem światło i pomyślałem, że nie śpisz… – Nie mogłam zasnąć, wejdź. Wszedł do przedpokoju. Cały ociekał wodą. Ubrania, które miał na sobie, były całkiem przemoczone. W milczeniu oparł się o zamknięte drzwi wejściowe i spojrzał na nią. Spływająca z włosów woda obmywała jego twarz, jego smutną twarz. – Jedziesz – stwierdziła uprzedzając jego słowa. – … – twierdząco skinął głową. – Wiedziałam. – Nie wiem czy śmiać się czy płakać. – Chyba śmiać się. Przynajmniej raz ci się powiodło. – Tak myślisz? – Wejdź do pokoju, dam ci suchą koszulkę i porozmawiamy, bo chyba tego potrzebujesz. Mam dobre winko. Nastaw jakąś muzykę. Wytrzyj włosy – Lidka rzuciła za nim ręcznikiem. – Naprawdę nie przeszkadzam ci? – Coś ty! Ostatnio i tak nie mogę spać. – Dzięki za wszystko. Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę. Obok wina stało piwo w puszkach. W czasie upałów smakowało jej. Gdy się ochłodziło już mniej, więc zapomniane stało w lodówce nieustannie chłodząc się. – Może chcesz piwo? Znalazłam zapomniane w lodówce? – spytała głośno. – Z przyjemnością – odkrzyknął. Wzięła parę puszek, wyłączyła światło w kuchni i dołączyła do Ernesta. Nastawił spokojną, romantyczną muzykę i zamyślony siedział w fotelu. – Widziałeś się z Sebastianem? – spytała wyrywając go z zadumy. – Nie. Trochę połaziłem tu i ówdzie. – Widać. Akurat dzisiaj nie jest najlepsza pogoda na łażenie – rzekła rzucając mu suchą koszulkę. – Jeszcze przeziębisz się. No, chyba, że na to liczysz.…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil martaoleszczuk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…