Wróć do katalogu

Wrota Starożytnych - Epilog

Ostatni fragment historii. Oczywiście pożegnania. Oczywiście zakończenia. Oczywiście początki. Oczywiście zmiany - nie tylko dla Alana.

Czapla, opublikowano , 22 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

----

Epilog publikuję z alfabetycznymi podziękowaniami dla Anny Boleyn (także za pomoc z piosenką ;)), Beaty, Lorany, Młodzika i Sempriniego. Za Waszą krytykę, komentarze i motywację. Alan nie wędrowałby, jeśli nie miałby dla kogo. Czasami bardziej wierzyliście w ten tekst niż ja sama. Dziękuję mojej przyjaciółce, Oldze - za mailowe dyskusje i sprowadzanie za ziemię. Nie zawsze było przyjemnie, ale lekarstwa nie muszą być smaczne, prawda? Kłaniam się także Picasso i Sword'owi - nie znamy się zbyt długo, ale i tak jestem pod wrażeniem, że przebrnęliście przez wszystkie rozdziały tak szybko, co więcej, napisaliście mi, co o nich sądzicie. Wdzięczna jestem wszystkim, którzy zostawili po sobie ślad, pisząc o swoich dobrych czy złych wrażeniach. Tylko tak mogę się czegoś nauczyć. To na pewno nie jest pożegnanie, a przynajmniej nie w pełni. Bezczelnie mam zamiar pisać dalej. I, o zgrozo, mam konkretne pomysły :) Tak więc dziękuje pięknie raz jeszcze - i milknę. Pozostaje mi życzyć miłej lektury. Pozdrawiam serdecznie Czapla

----

{i}Someone hit the light 'Cause there's more here to be seen When you caught my eye I saw everywhere I'd been And wanna go to

You came on your own That's how you'll leave With hope in your hands And air to breathe

I won't disappoint you As you fall apart Some things should be simple Even an end has a start{/i} Editors, “An end has a start”

EPILOG

- Dasz radę. Znajdowali się w lesie. Znowu był dzień, drzewa szumiały kojąco, na poszycie padały jasne, wesołe smugi promieni słonecznych. Xylocopus klęczał przed Alanem, szare oczy czarodzieja patrzyły uspokajająco na chłopaka.. Alan zacisnął ręce na kolanach, mimowolnie wstrzymał oddech. - Co mam zrobić? - Wypowiesz zaklęcie – powiedział powoli starzec. – Będę tu cały czas i w razie czego, ściągnę cię z powrotem tak jak w Tor Saven zrobiła to Astrea. Ale meteoryt musisz odnaleźć sam. Zdaj się na swoją intuicję. Ufaj przede wszystkim przeczuciu. W takich chwilach rozum ludzki bywa zgubny. Alan zmusił się do uśmiechu, czując jak z każdym słowem czarodzieja coś przewraca mu się w żołądku. Rozejrzał się dookoła. Wszystko było spokojne i ciche. Żadnych zmian kolorów, czy skrzywień perspektywy. Wziął głęboki oddech. Xylocopus chwycił jego dłoń. - Emprorium – powiedział dobitnie Alan, przymykając powieki. Całe swoje chęci, myśli skupił na meteorycie. Poczuł delikatne tąpnięcie i drętwienie rozpływające się po ciele. Doskonale znał te objawy. Miał wrażenie, że słabnie, wprost czekał, aż rozpłynie się w powietrzu. Ręka Xylocopusa wysunęła się w jego dłoni, aż w końcu został sam. Czuł, że las zniknął, ale pozwolił mu na to. Zdziwił się. Tym razem przerzut w wymiary był łagodniejszy, niczym wejście do ciepłej wody. Zacisnął powieki. Wyobraził sobie kamień, jego chropowatość, ciężar, wielkość. Widział go tyle razy. Przypomniał sobie uczucia, jakie mu towarzyszyły, gdy na niego patrzył. Chodź do mnie, kusił. Wróć. Jego własne zwątpienie, gdy ujrzał go po raz pierwszy. Ciekawość i lęk, a czasami żal, jakby to kamień był sprawcą całego zła. Znowu zobaczył jasne smugi światła, przenikające go na wskroś. Ciepłe fale powietrza rozwiewały mu włosy. Był sam. Czekał. Miał czas. Miał cierpliwość. Spokój. Mirle i Ray. Astrea. Roza, Xylocopus, Luka, Alder, tyle ludzi, tyle twarzy, tyle zdarzeń. Wróć. Byłeś spoiwem. Wciąż jesteś. Nie możesz zostać pomiędzy. Ciepło zaczęło go wypełniać, było w każdym nerwie, każdej komórce ciała. Nie parzyło go, było łagodne, bo nad nim panował. Tylko utrata kontroli przyniesie ból. Wciąż go wzywał, tak jak wzywa się obrażone dziecko, które nie chce się pogodzić. Był spokojny. Gothard, Batzalt, tortury, ucieczka, ukrywanie się. Umierająca Atta. Ofiara za ciebie. Wszystko ma swoją cenę. Już rozumiem. Wróć. Twoje miejsce nie jest tutaj. Ktoś dotykał jego twarzy, delikatne opuszki gładziły jego skronie. Nie otworzył oczu. Wyciągnął ręce, wciąż zawieszony w strumieniu ciepła. Poczuł coś szorstkiego. Zaczął wracać. Wciąż go przywoływał, spokojnie, ale rozkazująco. Dziecko gwiazdy wracało. Znowu wszystko się zakrzywiło, czarny nieboskłon zatrzeszczał i pękł cicho. Smugi wyblakły, rozmazały się, by powoli zniknąć. Alan uniósł powieki. Las. Słońce. Wiatr. Jak zwykle. Meteoryt spoczywał na jego dłoni. Był tak realny jak przedtem, z każdą bruzdą, krawędzią, srebrnym nalotem. Spojrzenia Alana i Xylocopus spotkały się. Chłopak zacisnął palce na kamieniu. Tym razem w magii nie było bólu, ale ukojenie. Xylocopus skinął głową, jakby chcąc potwierdzić wszystkie niewypowiedziane pytania Alana. Wystarczyło.

- Jestem z ciebie dumna. - Dziękuję – uśmiechnął się Alan, podając Astrei czarkę z lodami. Taniel ich rozpieszczał. Siedzieli na stopniach któregoś tarasu, delektując się deserem i słońcem grzejącym stopy. Soczyste barwy leśnej zieleni emanowały niespotykaną radością życia i energią, która dodawała sił. Alan czasami zastanawiał się, czy to nie zakątek stworzony dla Starożytnych, o którym bogowie zapomnieli i przez przypadek dostali się tu śmiertelni. Odgonił od siebie te myśli. Były zbyt filozoficzne, jak na tak beztroski dzień. Wrócił do lodów. - Jestem z ciebie dumna – powtórzyła Astrea. – Opanowałeś energię i wróciłeś z meteorytem. Zrobiłeś coś, w co nie wierzyłeś. Przejście nie sprawiało ci bólu, nie straciłeś przytomności. Harmonia wróciła, wiwat! – zaśmiała się. - Słowem, nareszcie miałem trochę szczęścia. Akurat pod koniec. Daj spróbować tych wiśniowych, nie miałem tego smaku. Przysunęła mu swoją porcję, w zamyśleniu wsunęła łyżkę do ust. - A co teraz z nami? – zapytała, wygładzając materiał tuniki. - Właściwie, to nic. Każdy ma wybór. Wrócisz do rodziców? - Co za pomysł – parsknęła. – Po Crhacku mam dosyć arystokracji. Nie wiem, co zrobię. Jest tyle możliwości – urwała. – Jestem czarownicą. Jestem nią nieodwołalnie i w tym kierunku będę podążać. Byłam głupia, że chciałam zrezygnować z magii. To wiem na pewno. Rozmawiałeś z Mirle i Rayem? - Nie, chyba są zajęci – chociaż bardzo się starał, nie mógł powstrzymać uśmiechu. - Unikasz ich, jakby byli chorzy – Astrea zmrużyła błękitne oczy. – Ciekawa jestem, dokąd się udadzą. Na pewno zostaną tu jeszcze kilka dni. Zresztą, jak i ja. Xylocopus chciał nam coś zaproponować. Może opiekę nad meteorytem? Nie, przecież przekazałeś go Tanielowi. Cóż, zobaczymy. A ty… ty nas opuszczasz, prawda? Alan poczuł niemiłe ukłucie w żołądku. Myślał nad tym od tak dawna, ale pytanie dziewczyny i tak zabolało. Sądził, że jest pewien decyzji, odkąd widział w śnie Annę. Przez cały ten czas dążył do odnalezienia Wrót Starożytnych. Nagle doszedł do końca. Może zbyt nagle. - Moim domem jest inny wymiar. Anna… dzieciaki… - Dom jest tam, gdzie czujesz się najlepiej. Niekoniecznie w tym, czy innym wymiarze – Astrea odgarnęła za ucho złote kosmyki włosów, pogrzebała łyżką w pustej już czarce. – Nie jesteśmy przypisani do miejsca urodzenia. I całe szczęście. - Uważajmy na marzenia, bo mogą się spełnić, tak to szło? Nie rozmawiajmy już o tym. Chodźmy po Raya i Mirle. I następną porcję lodów.

***

Powoli piął się kamienistą ścieżką, coraz bliżej stoków górskich. Słońce paliło niemiłosiernie. Zresztą, nie powinien się dziwić. Jest pełnia lata, o tej porze upały były normą. Jednak ciężkie chmury na horyzoncie, pełznące w ich stronę mogły być zwiastunem deszczu. Owinął się szczelniej płaszczem. Lepiej się pospieszyć. Chłopi i robotnicy mijali go obojętnie. Dziwne, choć przydatne. Ostatnie, czego im potrzeba to ciekawość wieśniaków. Mogliby się dziwić samym faktem, że w tej spiekocie spotykają człowieka całkowicie owiniętego płaszczem. Ale się nie dziwili. Ich sprawa, ich ignorancja, która była mu na rękę. Poprawił zawiniątko i przyspieszył kroku. Dostrzegł znajome postrzępione czuby lip i kilka wyschniętych sosen. Pod drzewami przycupnęła mała chata pasterska z połamanymi okiennicami i parodią dachu. Rudery pilnował duży, kudłaty pies. Na widok idącego, zwierzę zaszczekało wesoło, z przejęciem klepiąc ogonem o ziemię i wzbudzając kłęby pyłu. - Siad, Łajza, siad, mówię! Ty się nigdy tego nie nauczysz… - machnął ręką i wszedł do środka. Z ulgą zdjął płaszcz i niedbale cisnął go na łóżko. Pies wszedł za nim, wlepiaj w niego rozradowane brązowe spojrzenie. - Dlaczego ten pies wiecznie za mną łazi? Zrób z nim coś – mruknął w stronę siedzącego w kącie mężczyzny. – Na tym targu jest tyle ludzi, co za motłoch. Kompletny brak cywilizacji. Ale kupiłem owczy ser. Tak jak wczoraj i przedwczoraj i trzy dni temu. Masz ochotę na ser z serem? A może pieczony ser? Ser starty? Durny Łajza, zaraz cię kopnę. - Widzę, że brak papierosów działa na ciebie pobudzająco – odezwał się cicho mężczyzna. – A co do sera… jak widzisz, Crhack, tak naprawdę owce rządzą światem. Crhack podniósł głowę, skrzywił się. Zmiana otoczenia odcisnęła na jego twarzy piętno, grymas irytacji i goryczy. Odłożył zakupy i okrakiem usiadł na drugim krześle. Przez chwilę uważnie przyglądał się swojemu panu. Teraakar był spokojny. Ani gęstszy zarost ani bardziej brudne ubranie niewiele go zmieniło. W Tor Saven wyglądnął podobnie. Jednak do zmęczonej twarzy namiestnika doszedł jeszcze chłodny spokój. - Czasami nie wierzę, że ludzie z wioski też są twoimi poddanymi – powiedział cicho Crhack. – To jest kraniec świata, zacofanie i ciemnota. - Nie rządziłem tylko Tor Saven – Teraakar przesunął ręką po twarzy. - Wiem, czasami zapominam. Jak się czujesz? - Rozczaruję cię, jeszcze nie umieram – namiestnik skrzywił się lekko. – Może wkrótce… kiedyś na pewno. Powiedz mi, co my tutaj właściwie robimy? Po diabła uciekaliśmy? Do chaty wpadł zimny podmuch wiatru, słońce skryło się za chmurami. Nadchodził deszcz. - By wrócić w wielkim stylu. - Ja nie wrócę. Nie mam meteorytu ani śladu nadziei na to, że go odnajdę. Ja tu umrę, wiesz o tym. Na to Crhack nie potrafił odpowiedzieć. Łajza wskoczył na łóżko Teraakara i nie zważając na dwóch mężczyzn, rozłożył się na pościeli. Usłyszeli szmer. Pierwsze krople zaczynały spadać na spieczoną ziemię. Wkrótce szmer zamienił się w monotonny szum. Pośród niego dał się słyszeć wyraźny głos Teraakara. - Nie jestem wściekły czy zrezygnowany. Tylko trochę rozczarowany. Cieszę się, że nie traktujesz mnie jak idioty i nie pocieszasz. - Mogę coś zrobić? – zapytał Crhack. -Tak. Zajmiesz moje miejsce. Deszcz szumiał monotonnie, krajobraz lekko się rozmazał i poszarzał. Przystojna twarz Crhacka była beznamiętna. Teraakar uśmiechnął się krzywo, poprawił na krześle. W ręce wciąż ściskał poplamioną krwią chustę. Nie używał jej od kilku dni, wciąż miał zapas lekarstw. Ale pewnego dnia ich zabraknie. Był przygotowany. Musiał być, jeśli chciał odejść choćby ze strzępami godności. - Wrócisz, gdy przyjdzie odpowiedni moment, zgromadzisz tych, którzy ocaleli. Amos będzie sądzić, ułaskawiać lub wieszać. Morderstwo króla się nie przedawnia. Ale tobie uda się tego uniknąć. Przeczekasz, ucichniesz. Masz na tyle zdeformowane sumienie,…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych