Wróć do katalogu

Wrota Starożytnych - Rozdział XXII

Po dłuższej przerwie, wrzucam nowy rozdział. Nie zostało ich już wiele, nawet nie kilka. O kolejnym starciu, o zyskach i stratach. Przełomowy moment, a Alan jest coraz bliżej celu...

Czapla, opublikowano , 47 min czytania, 4,8 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

ROZDZIAŁ XXII

Kap, kap, kap… Krople miarowo padały na posadzkę, ale Alan miał wrażenie, że to młot uderza w jego głowę. Ostry, lodowaty ból kuł jego prawą skroń, skutecznie uniemożliwiając myślenie. Chyba jednak wciąż żyję, pomyślał ze znużeniem. Po śmierci człowiek nie czuje nic. A on wyjątkowo wyraźnie odczuwał chłód i wilgoć posadzki oraz smród unoszący się w powietrzu. Słyszał plusk kropel, ból huczał mu w czaszce. Kap, kap, kap… Był wyczerpany. Wspomnienia przychodziły miarowo i spokojnie, by po chwili ukazać się w całej okazałości. Przeniesienie meteorytu wyssało z niego prawie wszystkie siły. Chłopak przymknął powieki. Nie było tak źle. Kłucie w skroni wciąż było wyraźne, ale poza tym nie odniósł większych obrażeń. Był po prostu nieźle poobijany i śmiertelnie zmęczony. Zmusił się do uniesienia powiek. W ciemności zamajaczyły dwie skulone sylwetki. Po chwili poczuł, jak coś ściska mu gardło. - Ray, Mirle – wybełkotał. Resztką sił podpełzł bliżej, w końcu odetchnął z ulgą. Żyli, na pewno żyli. Z powrotem opadł na plecy. Chciał dotknąć głowy, ale zrezygnował. Myśl, że są z nim przyjaciele miała słodko – gorzki smak. Nie był sam, ale częściowo doprowadził ich do niewoli. Tkwili w jakimś lochu, zdani na obcych. Cudownie, pomyślał chłopak, krzywiąc się lekko. Kap, kap… Ich osobisty zegar odmierzał kolejne sekundy. Wiele kropli później ciszę przerwało skrzypienie drzwi. Alan nie zareagował, tępo wpatrując się w ciemny strop lochu. Zignorował gwałtowne szarpanie i żelazne dłonie ciągnące go ku górze. - Chodź, czas na wycieczkę. Gdyby miał siłę, wzruszyłby ramionami. Pozostał bezwolną kukłą, pozwalającą się zaciągnąć w nieznane. Krople kapały, ale jakby ciszej, wilgoć i smród znikły. Pozostał tylko przejmujący chłód. Alan przymknął powieki. Nie dbał. Wleczono go schodami ku górze, dalej, dalej, do światła. Ale nie dbał. Kap, kap, wkrótce i to ucichło.

***

Kap, kap, kap… Krople krwi rozbijały się o lśniący blat stołu. Krew tworzyła niezbyt ładny, chaotyczny wzorek, wyjątkowo wyraźny na tle jasnego brązu. Idealna czerwień, pomyślał. Piękny kolor. Zachwyciłby się, ale nie dziś. Nie w tym przypadku. Teraakar drżącą ręką starł krople ze stołu, przycisnął do ust chustę. Cholera, tego mu teraz brakowało. Nie wziął lekarstw, ale stwierdził, że wytrzyma. Przecież jest silny, czuł się dobrze. - To by było na tyle, jeśli chodzi o siłę – mruknął cierpko. Wyjrzał na dziedziniec. Przygotowania do obrony przebiegały sprawnie i szybko. Dobrze, bardzo dobrze. Liczył, że Amos będzie zaskoczony. Zakaszlał gwałtownie, atak omal nie zwalił go z nóg. Zacisnął powieki, próbując stłumić piekący ból rozdzierający klatkę piersiową. Już niedługo, pomyślał. Niech tylko go przyprowadzą. W tym samym momencie do pokoju wszedł starszy mężczyzna. Błyszczące ciemne oczy beznamiętnie omiotły pokój i zatrzymały się na Teraakarze. Twarz obcego nawet nie drgnęła - Druid Gothard – zaczął. – To ja miałem dostarczyć panu meteoryt. - Szalenie się cieszę . Masz go przy sobie? Druid nie zdążył odpowiedzieć, bo do pokoju wszedł postawny mężczyzna o kwadratowej szczęce i strażnik wlekący za sobą jakiś tobół. Ten okazał się być młodym chłopakiem. Strażnik bezceremonialnie rzucił go na środek gabinetu. - Ostrożniej – warknął Teraakar. – Pobrudzicie dywan. Druid uśmiechnął się blado. Strażnik wyszedł bez słowa. W milczeniu wpatrywali się w skulonego na podłodze chłopaka. - Odpowiadam panu na pytanie – zaczął spokojnie druid. – To ten chłopak posiada meteoryt. Ścigaliśmy go po całym kraju. - Cudownie. Miło, że nawet pofatygowaliście się go tu do mnie przywlec. Ale ja chcę tylko meteorytu. On jest mi niepotrzebny. - Tylko on może panu oddać kamień – wtrącił cicho olbrzym, towarzysz druida. – Włada magią. To nie będzie takie proste. Leżący na podłodze jęknął cicho, uniósł głowę. Prześlizgnął się spojrzeniem po butach zebranych, zerknął wyżej. Teraakar obserwował jak twarz chłopaka szarzeje coraz bardziej. Mógł mieć jakieś osiemnaście, dziewiętnaście lat. Teraakar poczuł jak coś w środku niego pęka, uwalniając falę złości. Mała pokraka leżąca na środku jego gabinetu ma to, czego poszukiwał od tak dawna. Od meteorytu dzieli go nędzny człowiek i magia. Przed oczyma zatańczyły mu czarne plamy, świat zamigotał. Porwał go kolejny atak kaszlu. Przycisnął chustę do ust, dławiąc się krwią. Chłopak na dywanie w pełni odzyskał świadomość. W napięciu wpatrywał się w trójkę mężczyzn. Teraakar otarł spocone czoło. - Jak ci na imię? – wychrypiał. Chłopak wahał się przez chwilę, ale w końcu zrezygnował. - Alan – powiedział cicho. -A więc, Alanie – usta Teraakar rozciągnęły się w chłodnym uśmiechu. – Muszę z tobą porozmawiać.

***

Końskie kopyta roztrącały kamienie, wzbijając w górę kłęby pyłu. Ziemia, sucha i spieczona przez palące słońce, w niemym krzyku błagała o wodę. Amos spojrzał w niebo. Granatowe chmury zdawały się dotykać linii horyzontu. Gniewne pomruki burzy przetaczały się w oddali. Może błagania zostaną wysłuchane. Ale mężczyzna nie zamierzał się tym przejmować. Liczyły się tylko najbliższe godziny, tu, na stepach, pod murami Tor Saven. Obserwował wojskowe szeregi, w milczeniu wsłuchiwał się w huk kroków. Beznamiętne twarze żołnierzy wpatrywały się w mury miasta. Mniej doświadczeni, w tym grupa nastolatków, na widok Tor Saven zatrzymywała się lub zwalniała. Szyk nie mógł zostać przełamany. Poganiani krzykami dowódców szli dalej. - Wskaż mi choć jedną osobę, która chce tu teraz być – mruknął do Virginii, jadącej obok. Kobieta uniosła brwi i spojrzała na niego badawczo. - Nie możesz się wahać. Nie wolno ci. Amos zacisnął ręce na wodzach, zagryzł wargi. Chciałeś to masz, pomyślał ponuro. Gdzieś z tyłu usłyszał krzyk Rolanda. On jeden zdawał się niczym nie przejmować. Igon jechał nieopodal. W zacięciu wpatrywał się w strzeliste wieżyczki pałacu namiestnika. Amos zawołał Rolanda, Igona i kilku innych członków Rady. - Zaraz wjedziemy na równinę, chcę by wszyscy zajęli pozycje. Mimowolnie głowy zebranych skierowały się w stronę Tor Saven. Miasto znajdowało się na rozległej równinie. Wcześniej otoczeni skalistymi wąwozami, stopniowo wychodzili na otwartą przestrzeń. Wojska powoli zbliżały się do murów miasta. - Virginia, zostajesz w obozie, chyba nie muszę ci tego przypominać? – powiedział Amos, gdy reszta oddaliła się nieco. Kobieta zmusiła się do uśmiechu, mrużąc oczy. - Nie. Będę na was tam czekać. Amos patrzył w bladozielone oczy przyjaciółki i miał ochotę wyć. Rozłożą obóz, ale on nie miał czasu się zatrzymywać. Kobieta wstrzymała konia, jakby przeczuwając, co teraz musi nastąpić. - Do zobaczenia, Amosie – wyciągnęła rękę. Ścisnął jej dłoń, mocno i pewnie. – Wolałabym inaczej cię pożegnać, ale wszyscy się gapią – mruknęła. - Nie chcesz dawać im satysfakcji – odparł z udawanym rozbawieniem. Virginia potrząsnęła głową. - Nigdy. Do zobaczenia. Skinął głową, patrząc na Rolanda jadącego na przód oddziału. Spiął konia i pognał za przyjacielem.

***

Alan spojrzał w błyszczące gorączką oczy namiestnika. Zdziwił się. W jego wyobrażeniach Teraakar urósł do postaci prastarego boga, przyjaciela przeznaczenia, brata Chaosu. Był tym, który zalał swoją potęgą cały kraj. Któy przyczynił się do śmierci Rozy. Ale Teraakar był człowiekiem. Tak realnym, jak realny był ból głowy Alana. Właśnie ten realny człowiek wpatrywał się w niego uważnie, a gdzieś w kącikach jego oczu czaiła się złość. - Nie potrafię przemawiać do jeńców – odezwał się namiestnik szorstko. – Zawsze stawiam na szczerość. Walę prosto z mostu, licząc, że druga strona odpłaci mi tym samym. Nie znoszę niejasności. Druid i jego towarzysz milczeli, wpatrując się w Alana. Chłopak zacisnął dłonie. Słusznie czuł się osaczony. - Masz meteoryt. Jest mi bardzo potrzebny – ciągnął Teraakar. – Znalazłeś się tu tylko i wyłącznie ze względu na niego. Muszę go mieć. Wyrażam się dostatecznie jasno? - Jak słońce – wymamrotał Alan. Nagle umysł przecięła mu szalona myśl. Nie potrafił opanować radosnej, mściwej satysfakcji z tego, co zaraz powie: - Rozumiem to bardzo dobrze, ale nie mogę oddać ci meteorytu. Mięsień policzka namiestnika zadrgał lekko. - Jak to nie możesz? Dzika radość napełniła chłopaka. Uśmiechnął się kpiąco. - Bo go przy sobie nie mam. Niezwyciężony znowu okazał się człowiekiem. Zobaczył, jak broda Teraakara drży, jak w jego oczach zapala się zimny ognik. Alan nie zrozumiał. Bawiło go to, że zadrwił z boga. - Nie masz go przy sobie – powtórzył Teraakar w zamyśleniu. Wyprostował się, przeczesał palcami włosy. Po chwili zakaszlał nerwowo, mocno przycisnął chustę do ust. – Władasz magią, prawda? To te sztuczki, za które nabija się na pal, topi w rzece lub pali na stosie, prawda? – uśmiechnął się zimno. - To rzecz, której ty nie pojmiesz – odparł Alan. Teraakar potrząsnął głową. - Zapewne. Władasz magią. Więc z jej pomocą lub bez, zwrócisz mi meteoryt. - Nie potrafię. - Potrafisz. Wiem to. W milczeniu patrzył na Alana. Na jego twarzy odmalowała się pogarda. - Masz czas, dużo czasu. Jestem tolerancyjny i cenię współpracę. Jeśli nie dobrowolną, to przymusową. Zajmiecie się nim – zwrócił się do druida i jego towarzysza. – Powiadomcie mnie o efektach. Gdy trzasnęły drzwi, zapadło milczenie. Alan ze złością spojrzał na uśmiechającego się ironicznie druida. Jest źle, pomyślał. I sam się w to wpakowałem. - Batzalcie, co zrobimy? – druid zwrócił się do towarzysza. Ten w milczeniu podszedł do Alana. Pomruki burzy stawały się coraz głośniejsze.

***

Mirle nie była pewna, czy to, co słyszy to burza czy huk wybuchów. Chwilowo niczego nie była pewna, zresztą, było jej to obojętne. Oparła głowę o ścianę, przymknęła powieki. Mdłości i ból głowy znikły, ale wciąż była oszołomiona. Obserwowała ciemny loch, czując jak apatia powoli przechodzi, ustępując miejsca niepokojowi. Jeszcze za wcześnie na rozpacz, pomyślała. Pomieszczenie śmierdziało zgnilizną, duszność była nie do zniesienia. Otarła spocone czoło, spojrzała na wprost. Przez szpary w drzwiach sączyły się smugi światła, oświetlające ją i Raya. Zerknęła z niepokojem na niego, ale nie wydawał się być ranny. Alana nie było. Miała wrażenie, że pamięta czyjeś głosy i szamotanie, gdzieś w zakamarkach świadomości pozostało wspomnienie nieprzytomnego chłopaka. Ale to i tak nie miało znaczenia. Nie było go tutaj, a dziewczyna nie miała pojęcia, co mogło się z nim stać. Oparła policzek o chłodną ścianę. Zimno przyniosło chwilową ulgę. - Ray – potrząsnęła ramieniem mężczyzny. – Ray, obudź się. Dotknęła jego twarzy. - Ray. Błysnęły białka oczu mężczyzny, w słabym świetle dostrzegła jego ruch. Odetchnęła głębiej. Podkuliła nogi, przysuwając się bliżej. Chłopak przetarł oczy. - Zabiję go – warknął w końcu. - Kogo? Nie odpowiedział. Rozejrzał się wokół, na chwilę zatrzymując wzrok na drzwiach. - Gdzie jesteśmy? - Nie wiem. - Ile tu siedzimy? - Nie wiem. - A Alan? Gdzie jest Alan? - Nie wiem. - To co wiesz, do cholery – westchnął. Dziewczyna spojrzała na niego zła. Spokój, który potrafiła utrzymać przez ten czas, runął na dźwięk szorstkiego głosu Raya. - Nic nie wiem. Ani co się z nami działo, ani co się stanie – odparła, tłumiąc złość. – Gdy się obudziłam, Alana nie było. - Bogowie, moja głowa. - Racja, twoja głowa. Wyrazy współczucia – prychnęła. Spojrzał na nią ponuro. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Ray nagle zdawał się stracić zainteresowanie ich położeniem. - Bardzo cię przepraszam, skarbie, że mam ochotę kogoś zamordować. Nie pogarszaj sytuacji. I tak wpadłem już w wystarczające gówn… Półelfka głośno wciągnęła powietrze. Drżącymi rękami chwyciła jego koszulę. Nadgarstki odpowiedziały ostrym bólem. - W co wpadłeś?! Jak możesz! Nikomu nie robiłeś łaski – szepnęła z pasją, mrużąc zielone oczy. – Nikogo nie błagałam, byś z nami jechał. - A więc mogłem sobie odpuścić? – wtrącił Ray dziwnie stłumionym głosem, próbując odtrącić dziewczynę. – Więc tobie… - Po diabła tu jesteś? Masz przecież same kłopoty – mruknęła ironicznie Mirle. W nadgarstkach tętnił ból, skrzywiła się, gdy Ray chwycił ją za ręce. Próbowała się wyszarpnąć, ale jej nie pozwalał. Chciała, by zostawił ją w spokoju, dość mieli już upokorzenia. - Posłuchaj… - Zostaw, to boli. - Dlaczego jechałem? – Ray mocniej ją chwycił. – Jesteś ciekawa? - Nie – warknęła ze złością. – Puszczaj! - Pchałem się tutaj ze względu na ciebie. Zadowolona? Mógłbym spokojnie siedzieć w Rawengladzie, ale nie mogłem pozwolić, byś na północ telepała się z tą sierotą, Alanem. Doskonale wiedziałem, co może was spotkać. A wszystko dlatego, ponieważ… ponieważ… - Ponieważ co? – krzyknęła. - Ponieważ mi na tobie zależy, idiotko! - wrzasnął z furią. Mirle odsunęła się gwałtownie, mając wrażenie, że ktoś kopnął ją w twarz. Wpatrywała się w wściekłego Raya, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. Nie zdążyła zareagować. Na korytarzu rozległy się kroki, po chwili drzwi zatrzeszczały i otworzyły się z hukiem. Fala oślepiającego światła zalała skulonych więźniów. Mirle przetarła oczy, poczuła jak Ray szarpnął się gwałtownie. W prostokącie światła ukazała się drobna sylwetka. Mirle uniosła głowę i jęknęła cicho. Przed nimi stała Astrea.

***

- Pamiętajcie, musicie utrzymać szyk. Nie mogą go złamać, jesteście pierwszą linią oporu, która powstrzymuje impet wroga. Głos dowódcy przywodził na myśl chłodny wiatr. Beznamiętny i opanowany mroził świadomość podopiecznych. Jukko wzdrygnął się z niesmakiem i spojrzał na mury. - Nie wolno wam składać broni. Strach. Wszyscy wprost śmierdzieli strachem. Jukko słyszał ciche pojękiwania rozchodzące się wzdłuż szeregu, niecierpliwe szepty. Spojrzał przed siebie, wyobrażając sobie bandę rozwścieczonych żołnierzy biegnących wprost na niego. Poczuł, jak uginają się pod nim kolana. - Będzie burza – wymamrotał towarzysz Jukka, bacznie przyglądając się niebu. Między blade wargi wsunął wykałaczkę. – Niezbyt dobra pogoda na starcie. - A jest jakaś dobra pogoda? – jęknął Jukko. Mężczyzna z wykałaczką spojrzał na niego z ukosa, uśmiechnął się ponuro. - Krew przeciwnika najpiękniej wygląda w pełnym słońcu. Świr. Stoję obok świra, który ma mnie osłaniać podczas ataku. Bogowie, litości. Jukko zacisnął mocno powieki, powoli zatapiając się w gorącej modlitwie. Palce zaciskały się na głowicy miecza, jego jedynym talizmanie. - Duchy są daleko. Nie podadzą ci sztyletu, gdy będziesz go potrzebował – wymamrotał mężczyzna. - Sprawią, że w ogóle nie będę go potrzebował – odciął się Jukko. Bo nie będzie. Żołnierze Wschodu nie przedrą się nawet przez pierwsze mury. Rozbiją się jak morska fala o skały. Bogowie ochronią Tor Saven. Ochronią Jukka, nawet tego szaleńca z wykałaczką. Miejcie nas w swej opiece, pomyślał Jukko. - Krzyczcie podczas walki, wrzask, jak najwięcej wrzasku – głos dowódcy był całkowicie wyprany z emocji. – Nie patrzcie się wstecz, nie wolno wam. - Znasz modlitwę o dobrą śmierć? – zapytał Jukka towarzysz. Chłopak spuścił głowę. - Znam tylko modlitwę o udane plony – wymamrotał. Towarzysz przesunął wykałaczkę, w jego mętnych oczach pojawiło się rozbawienie. - Dobre plony mówisz… To świetna intencja. Jukko nie odpowiedział. Spojrzał na sine niebo. Gdyby wyciągnął rękę, może udałoby się go dotknąć. W powietrzu zasyczały strzały, a gdzieś w oddali rozległ się tętent koni. Huk staczał się ze zniesienia, coraz bliżej miasta, coraz bliżej murów, coraz bliżej bezradnego Jukka. - Nie zdążę się pomodlić – jęknął. Dowódca po raz pierwszy podniósł głos. Dobyli mieczy. - Zdążysz, zdążysz. Po prostu to wykrzycz.

Amos ścisnął boki konia, krzyknął przeciągle. Huk, zawodzenie wiatru, pojedyncze wrzaski zlały się w jedno, nie potrafił rozróżnić już niczego. Kątem oka dostrzegł oddział Rolanda, nieznacznie wysuwający się do przodu. Tarany były tuż za nimi. Zastanawiał się, ile czasu uda im się utrzymać szyk.

Virginia stała na skraju obozu. Nad miastem i walczącymi zbierały się ciemne chmury. Wpatrywała się w bitwę, jakby mogło to coś zmienić. Nerwowo otarła rękawem okolice oczu. Nikt do niej nie podchodził. Błogosławiła samotność.

Igon krzyknął raz, drugi, kolejny, ostrogami uderzając konia. Amaroth, to Amaroth! Nie. Tor Saven. Tor Saven będzie płonąć. Mury były coraz bliżej.

- … zaprawdę o to prosi was wasz pokorny sługa. Wy, którzy królujecie od prapoczątku… Mury, zaatakowali mur! - Nie przerywaj, biegnij! Jukko poczuł gwałtowne szarpnięcie, nawet sam nie zauważył, kiedy zaczął biec wraz z innymi. Wrota Tor Saven drżały pod naporem taranów. - Jukko, mów, mów dalej! – ryknął towarzysz. Chłopak upuścił miecz, rzucił się na ziemię. Pod powiekami zapiekły go łzy. Modlitwa rozwiała się jak mgła, pozostawiając przerażającą pustkę i brak słów. Bogowie nie chcieli pomóc. Jukko podniósł z błota miecz i z nieludzkim wrzaskiem rzucił się na wroga.

***

-Co to było? Huk zatrząsł podziemiami, odpryski ze ścian upadły na posadzkę. - Musieli już zacząć – mruknęła Astrea, nie przerywając marszu. - Co zacząć? Gdzie my właściwie jesteśmy? - Znajdujemy się w podziemiach Tor Saven. Armia Wschodnia musiała zacząć oblężenie i zaatakowała mury. Mirle zatrzymała się, ale Ray natychmiast chwycił ją za rękę i pociągnął dalej. - Nie zatrzymuj się – szepnął. - Dla ciebie to takie naturalne? – warknęła. Spojrzał na nią, ale uciekła wzrokiem w bok. - Jesteśmy w Tor Saven, które nagle okazuje się być oblężone. Żeby było śmieszniej, po lochach błąkamy się z dziewczyną, która dawno już nie żyje. Wszystko jest nienormalne od dłuższego czasu, powinnaś się przyzwyczaić… - Przymknijcie się oboje – przerwała Astrea, zatrzymała się. Stanęli przed niewielkimi drzwiami. Mirle spojrzała na dziewczynę, nie potrafiąc ukryć zmieszania. W bezrozumnym zdziwieniu obserwowała Astreę, wciąż nie będąc pewna, czy to nie złośliwy sen. Było to całkiem możliwe. Astrea ubrana w ozdobną suknię koloru indygo nijak nie pasowała do tego miejsca. Gdy dziewczyna uniosła pochodnię, półelfka zobaczyła siniak i spuchnięty policzek. - To tutaj – wymamrotała czarodziejka i odsunęła się od drzwi. - Co tutaj? - Tu schowali waszą broń. Ray, potrzymaj pochodnię. Ruhinm. Ze środka dłoni czarodziejki buchnęła blada smuga światła, z impetem uderzając w drzwi. Deski zawibrowały gwałtownie i pękły na kawałki. Astrea wyrwała Rayowi pochodnię. - Szybciej, mamy mało czasu. Cholera, za mało. Mirle chwyciła sztylet i miecz Alana. Była pewna, że wkrótce mu go odda. Astrea podwinęła rękawy, odrzuciła w tył włosy. - Musimy znaleźć Alana – stwierdziła. – A potem wydostać się z miasta. - Dlaczego tu jest tak pusto? – Ray zmrużył oczy, obserwując dwa końce korytarza. Przez całą drogę nikt ich nie zaczepił, nie usłyszeli żadnego strażnika, jakby więzienie było wymarłe. Astrea potarła skronie, spojrzała na ściany. - Wszystkich zmobilizowali do obrony miasta – odpowiedziała. – Więźniowie znajdują się w lochach bliższych wyjściu. Co za ironia, gdyby nie atak, nigdy bym was stąd nie wyciągnęła. Ray chciał coś odpowiedzieć, ale zrezygnował. W ciemnych oczach czaiła się podejrzliwość. - I nikt nie czeka na nas za rogiem? – zapytał cicho. Czarodziejka drgnęła. - Horda uzbrojonych po zęby żołnierzy – syknęła. – Prowadzę was wprost na nich, bo taki mam kaprys. To ja miałabym was zdradzić? - Nie wiem, czy duchy mają sumienie – mężczyzna uśmiechnął się gorzko. Astrea odsunęła się gwałtownie, patrząc z wyrzutem na Mirle i Raya. W jej błękitnych oczach błysnął strach. Szybko się opanowała. - Wyjaśnimy sobie wszystko, gdy tylko się stąd wydostaniemy. To miejsce nie jest dobre na długie historie, wierzcie mi. - Wierzymy, bo nie mamy wyboru – odparła Mirle. Usta Astrea rozciągnęły się w ironicznym grymasie. - Chodźcie, musimy znaleźć Alana.

***

Alan oblizał zakrwawione wargi. Nie pomogło. Krew skapywała z brody, wsiąkając w koszulę na piersi. - Batzalt, daj mu spokój – usłyszał znużony głos. Postawny mężczyzna, który się nad nim pochylał, wzruszył ramionami. - Przecież nic nie zrobiłem… To on zrezygnował. Alan poczuł, jak zbiera mu się na wymioty. Skulił się na podłodze, ale ulga nie nadeszła. Puchaty dywan śmierdział psią sierścią. Batzalt klęknął przy nim, chwycił go za włosy, zmuszając, by na niego spojrzał. - Naprawdę szkoda tak skończyć – westchnął. Alan wpatrywał się tępo w masywną, zaciśniętą szczękę. – Wejdź tam jeszcze raz. Przynieś nam meteoryt. - Nie dam rady – wychrypiał Alan. Miał wrażenie, że w jego żołądku zamieszkało zwierzę, które teraz powoli rozszarpywało mu wnętrzności. Nie miał pojęcia, jak sprowadzić meteoryt. Bał się sięgnąć po wiedzę Atty. Nie potrafił wejść tak głęboko do swojego umysłu. Usłyszał głuchy, donośny huk. Przymknął powieki. Burza? Znowu otulała go otępiałość. Brak reakcji był jego ochroną, czuł się prawie bezpiecznie. Do chwili, gdy poczuł gwałtowne szarpnięcie, a policzek musnęła mu zimna dłoń druida. - W lochach jest jeszcze dwoje ludzi – szepnął Gothard. – Zabiję ich, wiesz o tym. Bezpieczna skorupa pękła z trzaskiem. Zwierzę szamotało się rozpaczliwie. - Nie potrafię. - Będziesz na nich patrzył. - Tak naprawdę, nie masz wyboru – zaszemrał Batzalt. Alan zakrztusił się krwią, spojrzał na nich z nienawiścią. Mogliby mnie zabić, pomyślał. Jedyne dobre rozwiązanie. Gothard zdawał się zgadywać jego myśli, uśmiechnął się. -Nie, to by było zbyt proste.

***

Teraakar stłumił kaszel, zaciskając kurczowo palce na blacie stołu. - Łajza, nie teraz – warknął, odpychając nogą psa. Zwierzę stuliło uszy, z nadzieją wpatrując się w pana. Namiestnik stłumił przekleństwo. Ten pies faktycznie jest idiotą. Mężczyzna spojrzał przez okno. Nie było słońca, dachów nie znaczyły już kolorowe smugi promieni. Nie było pawia, skrzynki z orchideą zostały pochowane. Jakby ktoś przejmował się kwiatami podczas oblężenia miasta. Namiestnik powędrował wzrokiem dalej, na mury. Oddziały z Tor Saven szamotały się z żołnierzami wroga, to odpychając ich, to tracąc przewagę. Ludzie biegali bez ładu, bez składu. Teraakar poczuł, jak się uśmiecha. Co za komedia, pomyślał. - Ty wciąż tutaj? – usłyszał ostry głos Crhacka. Teraakar machnął ręką, sięgnął po kurtkę. - Nie martw się, nie zostawię moich owieczek samych. Podrapał psa za uchem, patrząc w bursztynowe oczy zwierzęcia. - Zdajesz sobie sprawę z naszej sytuacji? – Crhack potarł skronie. – Wiesz, że nie oszczędzą nikogo. Nie darują nam Amaroth ani króla. - Zdrajców wieszam lub ścinam, oni są tacy sami – odparł obojętnie namiestnik. Crhack przygryzł wargę. - Przygotowałem podziemne przejście, w razie gdyby… gdybyśmy musieli z niego skorzystać. Łodzią wypłyniemy z miasta, rzeką aż do lasu. Możesz wziąć Łajzę. - Co za łaska z twej strony – odparł cierpko Teraakar. Oblizał wargi i, nie czekając na Crhacka, wybiegł na korytarz.

***

Amos ciął mieczem na wprost, zacisnął zęby. Ramię zaczynało omdlewać, przed oczyma tańczyły kolorowe plamy. Szyk dawno został rozbity, mimo to, ludzie z furią rzucali się na mury, podjudzani własnymi wrzaskami. Bił na wpół oślepiony dymem i rosnącym strachem. Nie kontrolował już niczego, to jakby okrzykiem chciał zatrzymać lawinę. Walczył, bo nie mógł się już wycofać. Jednak myśl, co może się stać, jeśli przegrają, paraliżowała. Do dupy taki regent Wschodu, jak ty, pomyślał ze złością. Kątem oka dostrzegł oddział młodzików, których szkolenie kiedyś obserwował. Kiedyś… gdy słońce słało nieznośny żar, gdy znosił kpiny Rolanda. To musiało się dziać w poprzednim życiu. Ból obejmował całe ramię, machinalnie kopnął swego przeciwnika. Oddział młodych wpadł w sam środek starcia. Zostanie po nich trochę mięsa, a w przyszłości parę odznak za odwagę na polu bitwy. Amos pod powiekami widział Virginię rozdającą ordery. Za bohaterstwo. Za poświęcenie. Za śmierć pod kopytami konia, lub za nadzianie

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych