Wunderwaffe 1 - Miecz
Odnaleziony niesamowitym zbiegiem okoliczności miecz króla Artura... ponownie zostaje zgubiony! Strach pomyśleć, w czyje ręce może teraz trafić... docelowo - pierwsze z serii mini-opowiadań
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
M I E C Z
{i}Listopad 1943 roku, niewielka wyspa na północ od Półwyspu Jamał nad Morzem Karskim, północna Rosja.{/i}
Oberstleutnant profesor Karl Brauchitsch szczelniej zasłonił się czarnym oficerskim płaszczem, drugą ręką mocniej przytrzymując czapkę. Klął pod nosem na pogodę. Wilgotny, zimny wiatr wdzierał się w każdą szczelinę w odzieży, mroził twarz, przenikał całe ciało do szpiku kości. Fale rozbijały się o dziób łodzi patrolowej, zasypując ich co chwilę deszczem drobnych, lodowatych kropel. Łajbą trzęsło niemiłosiernie, pomruk silników ginął w szumie morza i wiatru. Choć było około południa ciężkie, ołowiane chmury nie przepuszczały wiele światła. Było potwornie zimno. Obersleutnant Brauchitsch miał ochotę rzygać. Oby było warto, myślał, patrząc ponuro na stojącą niedaleko niego, skuloną przed wiatrem postać hauptmanna Volke, który niespodziewanie wyciągnął go z ciepłego namiotu. Oby było warto, bo inaczej przeciągnę cię pod kilem i zawieszę na maszcie antenowym, żebyś powoli zamarzał na śmierć. Łódź w końcu zatrzymała się kilkanaście metrów od zaśnieżonego, skalistego brzegu. Brauchitsch zeskoczył ostrożnie do czekającego tu wojskowego pontonu. Poślizgnął się jednak i byłby runął w lodowatą wodę, gdyby nie pomoc jednego z marynarzy. Skinął mu głową, ale w ustach zmełł przekleństwo. - Proszę się rozchmurzyć, herr obersleutnant – krzyknął Volke, zeskoczywszy za nim. - To, co zaraz pan zobaczy, pozbawi pana wszelkiej złości i smutków! Brauchitsch nie dopowiedział. Nie posiadał już radości ani tej naiwnej ekscytacji, która pchnęła go w tą misję. Po tylu bezowocnych próbach, miesiącach poszukiwań, fałszywych tropach i zawiedzionych nadziejach czuł wyłącznie rezygnację. Jeszcze rok temu na wieści, które mu przekazał Volke, cieszyłby się jak wariat i pewnie wpław rzucił ku wysepce. Obecnie czuł jedynie przemożną chęć powrotu do ciepłego wnętrza namiotu. Dobiwszy do brzegu, zeskoczyli na szare, mokre kamienie, chrzęszczące pod ich stopami. Brauchitsch szybko wszedł na śnieg. Wolał mieć pod nogami stały, twardy ląd, choćby i przykryty warstwą tego białego gówna, którego zaczynał nienawidzić równie mocno co pokładów jakichkolwiek łodzi czy statków. Jak i całej swojej misji, która z powołania zmieniła się już w przekleństwo. Volke poprowadził ich ku niedalekim wzgórzom, na których stały jurty z reniferowych skór. Wśród nich kręcili się niepewnie miejscowi, bojaźliwie patrzący na niemieckich żołnierzy. Jak w ogóle można mieszkać w takim miejscu, myślał Brauchitsch. Przecież to nienormalne. Tu są tylko skały i śnieg. Nagle jeszcze bardziej zatęsknił za rodzinnym Dreznem. Za osadą kryła się porośnięta karłowatymi krzakami niewielka dolina. Na jej dnie, wmurowana w skalną ścianę, stała nieduża świątynia. Przed bramą rozpalono małe ognisko, grzało się przy nim kilku żołnierzy. Oficerowie ruszyli ścieżką w dół. Co to za miejsce, zżymał się w duchu Brauchitsch, wsłuchując się w skrzypienie śniegu pod podeszwami butów. Co my tu robimy? Na ich widok żołnierze odwrócili się od ogniska i karnie zasalutowali. Volke niedbale oddał salut, Brauchitsch nawet nie podniósł głowy. Spojrzał obojętnie na dziury po kulach, znaczące szare ściany. Na kilka zakrwawionych ciał, ułożonych przy wejściu do świątynki. Mnisi ubrani byli w grube, brązowe habity o pomarańczowych wykończeniach. Butów już nie mieli. - Stawiali opór – wyjaśnił sucho Volke, gdy wchodzili do środka. - Dalej znaleźliśmy jeszcze paru innych. Dali nam popalić, cholerne śniegojeby. - Słucham? - podpułkownik aż przystanął z wrażenia. - Stawiali opór? Volke na moment stracił pewność siebie. - Tak... - odchrząknął. - Siedmiu naszych żołnierzy zostało już zabranych łodzią ratunkową do bazy. Dwaj nie żyją. W tym gefraiter Meller. Brauchitsch przez chwilę patrzył ostro na Volkego, nie mogąc jakoś przetrawić tego, co właśnie usłyszał. Ale tamten przecież nie wymyślałby takich rzeczy... Będzie się tym musiał zająć się po powrocie do bazy. - Prowadźcie – rzucił krótko. Volke odetchnął i energicznie ruszył naprzód. Wnętrze wykutej w skale świątyni było zimne, ale zaskakująco suche. Znaleźli się w niewielkiej sali, z której rozchodziły się trzy korytarze. Wszystko szare, brak jakichkolwiek ozdób, posągów czy fresków. Czegokolwiek, co mówiłoby o roli tego miejsca. - Tędy – Volke ruszył środkowym korytarzem. - Po bokach są jedynie cele mieszkalne. Nic wartościowego. Brauchitsch ruszył za podwładnym. Zanim zniknęli w wąskim, ciemnym przejściu, zdążył jeszcze dostrzec dwóch żołnierzy wychodzących z bocznych pomieszczeń. Jeden z nich trzymał w ręku coś jakby miecz, ale profesor, choć interesował się bronią białą, nie potrafił przypomnieć sobie podobnego ostrza. Cóż, może po powrocie warto będzie również tym się zainteresować. Korytarz o ścianach wygładzonych przez czas i dłonie mnichów doprowadził ich do drugiej, większej sali. Mrok pomieszczenia rozświetlało jedynie kilka pochodni. W ich ciepłym blasku ukazywały się ściany, tym razem pokryte różnymi symbolami i wizerunkami, których Brauchitsch – tak jak widzianego przed chwilą ostrza – nie był w stanie przyporządkować do jakiejkolwiek znanej mu kultury. Najwyraźniej mieszkańcy wyspy tworzyli społeczność niezwykle hermetyczną. Trochę może w stylistyce podobne do celtyckich... Nadzieja ożyła na moment słabym płomykiem. Pomieszczenie było koliste, a jego ściany wybrzuszały się ku zewnątrz, zaś około półtora metra nad ziemią na powrót zwężały się łagodnie, biegnąc ku niewysokiemu sklepieniu. Profesor miał wrażenie, jakby znalazł się w kamiennej karafce. Ściana na wprost była częściowo zburzona. W dodatku wyczuwał jakiś ostry, znajomy zapach. Jakby... - Tutaj – potwierdził jego domysły Volke. - Te dranie zdołały jeszcze zatrzasnąć grube, kamienne wrota na naszej drodze. Nie mam pojęcia jak w ogóle je tu umieścili. Musieliśmy zużyć większość przydziałowego dynamitu, ale było warto... Proszę, herr oberleutnant, pan przodem. Brauchitsch przestąpił zwały gruzu, niedawno jeszcze będące masywnymi wrotami strzegącymi dostępu do kolejnej komnaty, i postąpił parę kroków. W pomieszczeniu, do którego wszedł, było niemal całkiem ciemno... - Mein Gott... - w jednym momencie odeszło z niego całe zniechęcenie, cała złość gdzieś się ulotniła. Krew szybciej popłynęła w żyłach, w oczach ponownie zagościł błysk radości... zrobiło mu się słabo, musiał oprzeć się o chłodną ścianę. Rozpiął kołnierz kurtki. Czuł, wreszcie czuł, że tym razem się udało. Nie mógł uwierzyć w to, co widział przed sobą. Nie mógł uwierzyć, że te wszystkie trudy, niewygody, syzyfowa zdawałoby się praca, całe to poświęcenie, wreszcie... Volke bezszelestnie pojawił się za nim. - Ekipa kamieniarska czeka już tylko na pańską komendę – oznajmił z nieskrywaną dumą. - Wołać – tyle tylko zdołał wykrztusić profesor Brauchitsch.
* * *
Następne dwa dni spędził niemal w całości nadzorując prace kamieniarskie. Sycił oczy widokiem upragnionego znaleziska. Oto nagroda za trudy, oto dowód to, że Ahnenerbe warta jest pompowanych w nią pieniędzy, a przede wszystkim, że jej cele to nie żadne mrzonki szaleńca... oto zwycięstwo. Miecz króla Artura. Legendarne ostrze, zatopione w skale, którego z polecenia samego Himmlera szukali najwybitniejsi naukowcy Rzeszy. Ostrze, którego legenda prawie już rok temu, po długich miesiącach badań mitów, podań i źródeł historycznych, jego samego wygnała w podróż po niemal połowie świata. Podróż wreszcie ukończoną, zwieńczoną sukcesem. Kiedy ten artefakt dotrze do Berlina, gdy trafi w ręce samego Führera... wielokrotnie zamykał oczy i próbował sobie wyobrazić ten moment, kiedy podczas uroczystości w Reichstagu osobiście przekazuje miecz swemu wodzowi. Za każdym razem podobało mu się to coraz bardziej. Patrząc na ludzi pracujących przy skale w bladym świetle polowych reflektorów, odruchowo wspominał całą tą historię. Odkrywanie prawdy kawałek po kawałeczku. Oddzielanie faktów od narosłej wokół nich legendy. Ludzie uwierzyli bowiem w wiele kłamstw na ten temat. Miecz rzeczywiście został podarowany Arturowi przez niebiańską istotę w celu zaprowadzenia porządku
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil marcinos83
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…