Wróć do katalogu

Wylęgarnia ciał

Powoli, krok po kroku rana Hessy zasklepiała się. Rozszarpane mięśnie łączyły się ze sobą, zmiażdżone kości nastawiały się, a ona z każdym odechem znajdowała się bliżej życia niż śmierci.

Shenara, opublikowano , 31 min czytania, 4,6 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

Mrok zapadł już dawno czyniąc miasto niebezpiecznym. Całe zło kryjące się w ciemnych zakamarkach i katakumbach za dnia, nocą wypełzało ze swych nor. Pałac górujący w oddali był nienaturalnie oświetlony, tak samo jak mniejsze pałacyki poniżej należące do arystokracji. To samo można było dostrzec w innych, uboższych częściach miasta. Właściwie w każdej dzielnicy, w każdym domu, w dłoni każdej osoby, którą tylko było na to stać paliła się świeca. Ludzie pogrążeni w amoku obojętności lub fanatycznej żarliwej modlitwie błagali swoich bogów o to, aby dziś to nie ich dosięgła trupia dłoń. Jednak odpowiedź nie nadchodziła, nikt nie miał pewności że następnej nocy nie zostanie pożarty. Szukano ochrony w magicznych amuletach, paleniu ziół, a nawet krwi niewinnych noworodków, którą obryzgiwano ściany. Wszystko zawiodło. Pociechy szukano tylko w świetle, bo nawet najmniejszy promyk jednej jedynej świecy dawał nadzieję na przeżycie. Lecz gdy ogarek dogasł przed nastaniem świtu ciszę nocy przerywał krzyk kolejnej ofiary, której ciało było rozrywane kawałek po kawałku. Hessa zamarła w całkowitym bezruchu. Wstrzymała oddech i zacisnęła powieki, pragnąc nie widzieć. Gdyby nie to, że jakikolwiek ruch mógł zdradzić jej obecność przycisnęłaby dłonie do uszu pragnąc nie słyszeć. Serce tłukło się w jej piersi oszalałe z przerażenia. Jeszcze mocniej przylgnęła do ściany starając się uspokoić oddech i nie wydać nawet najcichszego dźwięku. Stała w wąskim, ślepym zaułku, właściwie niewielkiej szparze pomiędzy starymi magazynami portowymi. Wątłe światło księżyca nie docierało tam wcale, tak samo jak świetlista łuna z wyższych poziomów miasta. Nie dawało jej to jednak większych szans na przeżycie. Bestie nie kierowały się wzrokiem, lecz węchem lub słuchem. Z uliczki do której przylegał zaułek dochodziły potworne odgłosy mlaskania, łamanych kości czy odrywania kolejnych płatów mięsa od ciała. Wsłuchując się uważniej można była usłyszeć ciche jęki ofiar, które pożerane żywcem pragnęły już tylko umrzeć. Dziewczynka słyszała je i z trudem powstrzymywała krzyk. Wcisnęła sobie pięść do ust chcąc stłumić łkanie nieświadoma potoku łez płynących jej po policzkach. Osunęła się powoli, niemal bezgłośnie na ziemię, po czym objęła ramionami kolana pragnąc stać się niewidzialną. Powoli dochodziło do niej, że tuż obok pożerana jest jedyna osoba, która kiedykolwiek była dla niej dobra. I to ona zostawiła ją na pastwę bestii. -Micah- wyszeptała bezgłośnie. Wcisnęła głowę między kolana próbując odciąć się od tego co słyszała. Przestać czuć. Wychowując się na ulicy szybko nauczyła się, że przeżycie jest najważniejsze- nieważne jakim kosztem. Opanowała tą sztukę niemal do perfekcji. Tej nocy popełniła jednak ogromny błąd, za który ona sama zapewne również zapłaci życiem. Nie uległa fanatyzmowi religijnemu, który opanował mieszkańców miasta kiedy umarli powstali z grobów i zaczęli pożerać ludzi. Czuła, że to nie jest Plaga, kara od bogów jak głosili kapłani. Wiedziała, że to wyszło spod powierzchni i najpierw było ich niewielu. Początkowo atakowali tylko przypadkowe ofiary w opustoszałych uliczkach w najbiedniejszych dzielnicach miasta. Lecz zjawiało się ich więcej i więcej, a apetyt rósł. Wiedziała gdzie się schronić, aby trupie dłonie jej nie dosięgły. Przynajmniej do czasu aż uda jej się uciec z miasta, bo tylko tak można było ocalić swe życie. Jednak Plaga dosięgła już okoliczne wioski, wybiła zwierzynę w wielkiej puszczy. Kupcy przestali przybywać, a niegdyś mocarne państwo-miasto zostało skazane na zagładę zyskując miano przeklętego. Potrząsnęła głową odganiając myśli. Chciała wejść w stan zawieszenia, amoku i nieświadomości. Jej organizm by funkcjonował, lecz umysł uleciałby daleko. Nieraz udawało jej się przeżyć w ten sposób mroźne, zimowe noce bo ciało w jakiś sposób potrafiło wtedy zatrzymać ciepło. Była jednak zbyt przerażona, w zbyt wielkiej panice aby móc się tak wyciszyć. Instynkt nakazywał zerwać jej się do biegu i uciekać jak najdalej. O ile miałaby dokąd.

***

Nigdy nie rozumiała dlaczego pozwoliła dołączyć do siebie Micah. A raczej dlaczego to on nie chciał odstępować jej nawet na krok. W końcu to ona była pasożytem, wykorzystywała go, lecz młodszy od niej chłopiec zdawał się tego nie dostrzegać. To on pierwszy do niej przyszedł. Siedziała wtedy w swoim stałym miejscu, wąskiej lecz dobrze oświetlonej za dnia uliczce tuż obok targu. Przesiadywała tam całymi godzinami całkowicie obojętna na to co się wokół niej działo, żywiąc się odpadkami czy powoli psującymi się owocami, które z litości rzucali jej niektórzy kupcy. Zawsze siadywała tyłem nie chcąc pokazywać poranionej twarzy. Rana na lewym policzku już się zasklepiła, lecz jej widok wciąż był przerażający mimo, że miała wiele szczęścia i jej szczęka nie została zniekształcona. Nie potrafiła się wtedy otrząsnąć i wrócić do życia, lecz to właśnie Micah jej w tym pomógł. Pewnego dnia po prostu podszedł i usiadł naprzeciwko niej. -Jestem Micah- powiedział tylko uśmiechając się. Był to pierwszy szczery uśmiech jaki Hessa widziała w swoim życiu. Ten sięgający nie tylko ust, ale i oczu, których błyszczenie potrafiło roztopić serce. I przede wszystkim był to uśmiech przyjazny, a nie okrutny grymas czy drwiące uniesienie kącików ust. Dziewczyna uniosła głowę, lecz nie odezwała się. Chłopiec wychował się na ulicy tak jak ona. Widziała to po obszarpanym ubraniu, brudnych policzkach i wychudzonym ciele. Był jednak naprawdę śliczny, niczym cherubinek, którego podobizny widziała w jedynej monoteistycznej świątyni w mieście, w której schroniła się kiedyś na noc. Micah miał złote włosy, skręcone w loki sterczące we wszystkie kierunki i niebieskie oczy. Hessa pomyślała, że należał do którejś z grupy dzieciaków, które zarabiały na ulicy żebrząc. Nie odezwała się do niego tego dnia, choć siedział z nią jeszcze długi czas. Ani tego, ani wielu kolejnych choć przynosił jej jedzenie, które wyłudzał słodkim wyglądem od przekupek. On jednak wciąż przychodził i mówił. Opowiadał o tym jak podoba mu się w bogatszych dzielnicach, do których wciąż się zakradał czy najnowszych wydarzeniach. -Dlaczego wciąż tu przychodzisz?- zapytała kiedyś w końcu nawet na niego nie patrząc. -Bo też jesteś sama. Będę twoim przyjacielem- powiedział zdziwiony jakby to nie było oczywiste. Hessa zrozumiała wtedy jak bardzo naiwnym dzieckiem jest Micah, jednak nie odezwała się słowem. Chłopiec powoli wypełnił pustkę w jej duszy, która powstała po spotkaniu z istotą, która ją tak brutalnie okaleczyła. Choć wciąż była bezwzględnym dzieckiem, złodziejką i pomiatała swoim młodszym towarzyszem gdzieś w niej zapłonęła iskierka nadziei. Wystarczyło, że nie była już sama. *** Pamiętała pewien upalny letni dzień. Wszyscy zdawali się być jacyś ociężali i szybko chronili się w chłodnych domostwach, chcąc przeczekać upały. Hessa schroniła się wtedy pod jednym z wielu mostów pod którym przepływała Eul- w tamtym okresie ledwie strumyk z powodu braku deszczu. W samo południe ciężko było o najmniejszy kawałek cienia czy jakiejkolwiek ochronę przed słońcem. Była sama i czekała na Micah z nadzieją, że przyniesie jej jedzenie. Nie udało jej się nic ukraść, dostała tylko kilkanaście razów od jarczmarza, kiedy przyłapał ją na kradzieży. Jej plecy wciąż płonęły bólem spowodowanym prostym drewnianym kijem. Nagle usłyszała kroki, obok niej posypała się ziemia i chwilę później pojawił się chłopiec. Wygląd jakoś dziwnie, uśmiechał się jak zawsze lecz oczy pozostawały smutne. -Gdzie byłeś?- dziewczynka powiedziała ostro próbując ocenić czy pod ubraniem mógł schować dla niej jakieś pożywienie. Głód. Tylko on się wtedy liczył. Jedli tak rzadko, że z czasem myśl o zaspokojeniu głodu stała się jej obsesją. -Mam coś dla ciebie- powiedział tylko i ściągnął z pleców nieduży skórzany worek, którego nie dostrzegła wcześniej. Ku jej ogromnemu zdziwieniu wyciągnął z niego spory, okrągły bochenek chleba i kawałek żółtego, nieco wyschniętego sera. Hessa z piskiem rzuciła się na niego, wyrywając mu jedzenie z rąk. Bez słowa wgryzła się w chleb biorąc kilka kęsów na raz, błyskawicznie żując. Dopiero kiedy prawie jednak trzecia bochenka zniknęła z niechęcią zaczęła dzielić się ze spokojnie czekającym Micah. Zjedli wszystko, na ulicy jedzenie było równie wartościowe jak złoto i bez wątpienia ktoś silniejszy prędzej czy później pozbawił by ich go, gdyby zostawili choćby odrobinę na później. Nasyceni leżeli pod mostem ciesząc się nowym uczuciem pełnego żołądka. -Skąd to miałeś?- zapytała niespodziewanie Hessa przerywając dłuższą chwilę milczenia. Spojrzała z ukosa na chłopca jednak on unikał jej wzroku. Dziewczyna nie naciskała, westchnęła tylko. Kiedy zaspokoiła głód mogła myśleć. Powracały wtedy pytania, które zwykle były spychane na bok przez potrzeby jej ciała. -Zastanawiam się dlaczego unikasz innych. Przecież widzę jak cię traktują, że to nie jest normalne- niemal od razu zauważyła, że Micah trzyma się na uboczu i unika spotkań z innymi sierotami żyjącymi na ulicy, szczególnie z chłopcami. Ci jednak gdy go dopadli dręczyli go i poniżali jak żadnego innego dzieciaka. Niby nie było w tym nic dziwnego. Silniejsi zawsze pastwili się nad słabszymi, lecz w tym wyczuwała coś więcej. Jakby tylko ona o czymś nie wiedziała. Nie dawało jej również spokoju, że czasami Micah przynosił właśnie takie ilości jedzenia, których nie byłby w stanie wyżebrać od najhojniejszych przekupek na targu. -I tak ci pewnie powiedzą...- wyszeptał cicho chłopiec spuszczając głowę-... ja spełniam prośby pewnego starca z Wschodniego Krańca. On jest kucharzem i...- przerwał nie potrafiąc skończyć. -Pomagasz mu? Jesteś chłopcem na posyłki?- zapytała ożywiona, bo taka dorywcza praca oznaczała stałe posiłki, które przynosiłby jej Micah. -Nie...ja... każe mi przychodzić, jak jest sam... zabiera mnie wtedy do spiżarni i każe się rozbierać...i- dukał chłopiec. Gdy dziewczynka w końcu zrozumiała jak Micah zarabia na ich jedzenie zerwała się z ziemi. Zaczęło ją mdlić, jednak nic nie powiedziała. Chłopiec siedział na ziemi przygarbiony i z opuszczoną głową, samą postawą błagając o pocieszenie. Hessa była jednak niezdolna do takich uczuć i odwróciła głowę. - Chodź- powiedziała wychodząc na słońce, a Micah w milczeniu podążył za nią. *** Hessę ze stanu zawieszenia wyrwał hałas. A raczej jego brak. Upiorne dźwięki posilających się bestii ucichły i nastała niepokojąca cisza. Tylko ledwie słyszalne dyszenie gdzieś po lewej przypominało dziewczynce, że pożeracze wciąż gdzieś tam są. I czekają. Mocniej wcisnęła się w ścianę, modląc się aby nie usłyszały jej znowu szaleńczo bijącego serca. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Hessa miała jednak wrażenie, że mija cała wieczność i zaraz zacznie krzyczeć tylko po to aby bestie ją w końcu dopadły. Aby nie czuć tej żelaznej obręczy strachu, która uniemożliwia racjonalne myślenie i która doprowadza do szaleństwa. Kiedy sądziła, że nie zniesie dłużej tej przerażającej ciszy do jej uszu doszły odgłosy kroków. Stuk. Stuk. Z każdą chwilą kroki stawały się coraz wyraźniejsze, jednocześnie świat jakby ucichł. Nawet bestie wstrzymywały oddech w oczekiwaniu. Co więcej one też się bały. Hessa była tego pewna, choć była to irracjonalna myśl. Po chwili zdała sobie sprawę, że ktokolwiek się zbliżał nie był sam. Obok ostrych dźwięków butów stukających o brukowaną ulicę pojawiły się też inne cichsze, jakby odgłos zwierzęcych łap. Zbyt wielkich jak na jakiekolwiek stworzenie znane Hessie. Zbyt ogromnych aby to coś mogło żyć na terenie miasta niezauważone. Dziewczynka zadrżała. Odkąd wiele miesięcy temu została okaleczona zauważyła u siebie wiele zmian- wyostrzone zmysły, wyczulona intuicja- które były użyteczne. W tej chwili wolałaby jednak ich nie posiadać. Jednego była pewna- to nie człowiek się zbliżał i najwyraźniej bestie jeżeli się go nie bały, to odczuwały przed nim respekt. Musiał więc być ich panem. Powoli uniosła głowę wpatrując się w szarą plamę przed sobą, która była wyjściem z uliczki. Słabe światło księżyca padało na ulicę, jednak jedyne co dziewczynka widziała to nieokreślone warstwy szarości. Gdyby przysunęła się i wyjrzała zza rogu z pewnością zobaczyłaby wszystko. I sama zostałaby przy tym odkryta. Z bijącym sercem pokręciła lekko głową wyrzucając takie myśli z głowy. Jeżeli chciała przeżyć musiała zostać w ukryciu. Zamarła kiedy odgłosy kroków ucichły i dokładnie na wprost jej schronienia zatrzymała się postać w czarnej pelerynie. Nienaturalnie wysoka i chuda. Tuż obok niej, nieco z tyłu zatrzymało się futrzaste cielsko. Częściowo człekokształtne, częściowo wilcze. Wolg! Pomyślała Hessa. Słyszała o tych stworzeniach, choć żyły one daleko stąd. Opowieści o nich przekazywano sobie szeptem w karczmach i w przeciwieństwie do pożeraczy, które nękały miasto powszechnie wiedziano czym były te stworzenia. Żyły na dalekiej północny, krainach wiecznych śniegów i gór. W przeciwieństwie do wilkołaków, które wytępiono wiek wcześniej im udało się przetrwać. -Mmm...- wysoki mężczyzna uniósł głowę i wciągnął nozdrzami powietrze, jakby rozkoszując się zapachem krwi i porozrywanych ludzkich wnętrzności. Opuścił kaptur ukazując twarz. Hessa niewiele widziała z tej odległości jednak wyraźnie dostrzegła, że obcy był całkowicie łysy, a skóra na całej głowie była trupio blada i cienka. Wyzierały spod niej grube niebieskie żyły. -Już niedługo, są prawie gotowe- zadziwiająco głębokim i nieco skrzekliwym głosem odezwał się do wolga niespokojnie kręcącego się za nim. -Panie...- wycharczał wilczur- zapach... czuje obcy zapach...- prężąc się i obnażając kły węszył przez chwilę, aż zamarł ze spojrzeniem wbitym w ciemną uliczkę, w której schroniła się dziewczynka- coś przeoczyły. -Niemożliwe...- zaczął mężczyzna, lecz zaraz urwał głośno wciągając powietrze w nozdrza- takie wątłe. Ledwie to czuje. Jednak to bez wątpienia yoma. Przyprowadź mi to. Żywe. Wolg bez chwili wahania wskoczył w mrok wprost na kulącą się ze strachu dziewczynkę. Hessa poddała się instynktowi i rzuciła do ucieczki. Ledwie zdołała się podnieść na drżących i zdrętwiałych nogach, przebiec kilka kroków podpierając się ściany, a już ogromne szczęki zagłębiły się w jej kościstym ramieniu, niemal je pochłaniając. Ogromne cielsko zwaliło się na nią i przygniotło do ziemi, prawie miażdżąc jej żebra. Ogłuszona poczuła, że krew tryskająca z jej ramienia spływa wzdłuż pleców i plami ubranie. Nim zdążyła wydać z siebie jakikolwiek dźwięk wolg mocniej zacisnął szczęki i niczym szmacianą lalkę zawlókł ją w zębach przed oblicze swego pana. -Tylko szczenię- zacharczał stwór. Mężczyzna w czerni nie okazał żadnych emocji kiedy jego sługa złożył u jego stóp wychudzone dziecko. Wpatrywał się w nie tylko uważnie upewniając się, że to ona jest źródłem cennej yomy. Jego twarz była bez wyrazu, zimna i wyniosła. Nagle nieznacznie zmarszczył brwi kalkulując co może zrobić z tak rzadkim okazem. Pochylił się i złapał dziecko za ręce uważnie oglądając jej nadgarstki i dłonie. Szukał wypalonych znaków i tatuaży, które świadczyły by o przynależności do konkretnego odłamu i czy gałęzi rodowej użytkowników yomy. Niczego nie znalazł. Puścił dziewczynkę, która bezładnie opadła na bruk. Zamglone oczy wpatrywały się gdzieś w przestrzeń. Być może było to skutkiem rany na ramieniu i utraty krwi, lecz równie dobrze mogło być to spowodowane silnym uderzeniem w głowę podczas ataku wolga. Mężczyzna w pelerynie odszedł kilka kroków intensywnie myśląc. Jego wilczy sługa krążył tymczasem czujnie wobec Hessy, co rusz powarkując

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych