zakład
za ile można pocałować wypłowiałą rudą? piwo? dwa? całą skrzynkę?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Otworzyły drzwi do knajpy. Zadymione pomieszczenie nie zachęcało do wejścia. W niedzielne wieczory zawsze tak tu było. Duszno, tłoczno i czterech chłopaków grających przez większość wieczoru w bilard i krzyczących przy tym na całe gardła. – Wchodzimy? – jęknęła Arletta. – Nie chce mi się szukać innej knajpy, zobaczmy, może jest jakiś wolny stolik, albo miejsce przy barze – pocieszała ją Sonia. – No to właźmy – rzekła zrezygnowana. Weszły do środka i zaczęły przepychać się między rozbawioną młodzieżą w poszukiwaniu wolnego stolika. O dziwo znalazły. Najbardziej oddalony od baru, jakby zapomniany. – Byłoby lepiej gdybyśmy zostały u mnie – gderała Arletta. – Zobacz co się tu dzieje i jeszcze te krzyki od bilardu. – Mam dosyć gryzienia i szczypania twojego młodszego brata. Wyglądam jak maltretowane dziecko z rodziny patologicznej. Wszędzie siniaki. – On jest jeszcze mały. – Nie przesadzaj, ma pięć lat i doskonale wie co robi i robi to tylko mi. – Sorry. – Nie ma za co, ale limit jego znaków na moim ciele się skończył. Mały wampir. Co pijemy? – Sok pomarańczowy. – Ja sobie wezmę pomidorowy. – Trzymaj – Arletta podała przyjaciółce pieniądze. – Przestań, dzisiaj ja stawiam. – Jak se tam chcesz. Podeszła do zatłoczonego baru. Chwile musiała poczekać aż barman ją zauważy. Rude włosy przy piegowatej twarzy nie rzucały się tak w oczy jak blond włosy przy dużym, wylewającym się z bluzki biuście. Przyzwyczaiła się do tego i nauczyła cierpliwości. W końcu dostała to co chciała i wróciła do stolika. – Mów co tam przez ten tydzień – rzekła Sonia siadając przy stoliku. – Przez cały tydzień nie mogłam dodzwonić się do internatu. – Mieliśmy awarię i zanim doszli do tego co jest grane… – Jeesssss – rozległy się krzyki przy stole bilardowym. – Wygraliśmyyyyy! Grywali w bilard systematycznie w soboty i niedziele wieczorami. Jedna grupa, tak zwanych „łysych” składała się z dwóch obciętych na bardzo krótkiego jeża Marcina i Daniela. Ich przeciwnicy „jaskiniowcy”, Hipolit i Wacek nosili kitki, wąsy i „kozie bródki”. Zachowywali się głośno, zaczepiali co ładniejsze dziewczęta prawiąc im tysiące komplementów. – Znowu górą. Dokopaliśmy wam łyse misiaczki – cieszył się Wacek. – Spokojnie, to dopiero pierwsza rundka – uspokajał go Marcin. – Pogadamy potem. – Ja proponuje małą przerwę i po jednym browcu bo polotu mi coś brak – zaproponował Hipolit. – Ten to już nałogowiec. Bez browara ani rusz – śmiał się Daniel odkładając na bok kij od bilarda. – Wiesz jak to się nazywa? Alkoholizm. – Już ty nie bądź taki do przodu, bo cię sznurówki wyprzedzą. Usiedli przy stoliku i zamówili piwo. – Dzisiaj nigdzie się nie spieszysz? – Wacek spytał zaczepnie Daniela. – Ostatnio zostawiłeś nas w środku gry i pognałeś na spotkanie swojego przeznaczenia. – Dorotki. – Przeznaczenie się skończyło – rzekł spokojnie Daniel. – Jak to się skończyło? – Normalnie gamoniu, pojawiło się, chwile pobyło i zdechło. Piękne ciało, naprawdę piękne, ale charakterek do dupy. – Hehe, pewnie trzymała cię pod pantoflem – zaśmiał się Wacek. – Wyssała ze mnie co było do wyssania i poszła. Co za temperament. – Ty lepiej powiedz cieniasie, że nie dałeś rady – śmiał się Marcin. – Ty już nie przesadzaj. Nie znasz moich możliwości. – A wyobrażaliście sobie jak to jest być z brzydulą? – spytał niespodziewanie Hipolit wpatrując się w dwie, pogrążone w rozmowie, dziewczyny przy sąsiednim stoliku. – Stary, daj spokój – skrzywił się Marcin. – Nie psuj wieczoru. Świat jest pełen ładnych dziewcząt, tymi mniej urodziwymi nie warto zaprzątać sobie głowy. – Ty, no nigdy nie zastanawiałem się – przyznał Wacek. - Jak brzydka miała by być? – Jaka dziewczyna? – kolega wyrwał z zamyślenia Hipolita. – No, ta brzydka. – Chociażby takie jak te przy stoliku – wskazał stolik Soni i Arletty. – Ee, no dajcie spokój – westchnął Marcin. – Nie psujcie wieczoru. – To może być ciekawe – zapalił się Wacek. – Ciekawe z której strony koleś – zniechęcał kolegów Marcin. – Myślisz, że wystarczająco brzydkie? Robimy zakład? Chłopaki! Nie pamiętam kiedy ostatni raz zrobiliśmy jakiś zakład. – O co? – spytał Hipolit. – O browara – ciągnął Wacek. – Dobra, skrzynkę browca. – Ee, ale to musi być jakiś konkretny zakład jeśli ma być skrzynka. To musi być coś więcej jak zwykły podryw – myślał intensywnie Wacek. – Wiem, za tydzień, w tym samym miejscu przychodzisz z brzydulą i przy nas całujesz ją. – Nie przesadzasz? – ujął się za kolegą Marcin. – Chciał skrzynkę to musi się postarać. – Tylko uważaj, żebyś jakiegoś syfa nie złapał. – Ile byście jej dali tak w skali od jeden do dziesięć? – spytał Hipolit. – Której? – Tej wypłowiałej rudej. – Jeden – rzekł milczący Daniel. – Zero. – Minus pięć. – Wygląda mi na nietykalską – ostrzegł Wacek. – Tak sądzisz? – Hipolit uniósł zadziornie jedną brew. – To jak? – spytał Marcin. – Stoi – Hipolit wyciągnął rękę do Wacka. – Już nie mogę doczekać się niedzieli – roześmiał się Daniel.- Jakoś nie daję ci większych szans. – Już możecie składać się na piwo. – Ty, patrz jaki pewny – niedowierzał Marcin. – Pogadamy w następną niedziele. Dziewczyny zaczęły zbierać się do wyjścia z ulgą opuszczając zadymioną knajpę. – To nara chłopaki. Dzisiaj ja wcześnie was opuszczę. Przystępuję do dzieła. Wyszły na ciemną i cichą ulicę. Odetchnęły pełną piersią rześkim, czystym powietrzem. Ogarnął ich błogi spokój. – Kiedy wracasz do internatu? – Jak zwykle jutro z rana skoro świt. Szkoda, że tak rzadko się widzimy – westchnęła Arleta. – Kiedy znowu przyjedziesz? – Postaram się za tydzień chociaż wątpię. Najpewniej za dwa tygodnie. – Szkoda. Bez ciebie nudy takie, że hej. No nic, nie zatrzymuję cię. Cześć. – Cześć, zadzwonię – obiecała Arleta. Odwróciły się do siebie tyłem i każda poszła w swoją stronę. Sonia słyszała tylko swoje kroki i widziała swój cień, gdy mijała latarnię. Przyzwyczajona była do samotnych spacerów do domu. Arleta była jedyną przyjaciółką, z którą się spotykała. Odkąd wyjechała do szkoły z internatem Sonia zrobiła się samotnikiem. Po chwili do jej kroków w mroku dołączyły inne kroki, które dość szybko zbliżały się. Odwróciła się. Tuż za nią szedł ”jaskiniowiec” – Siemka – rzekł wesoło na przywitanie. – Cześć – rzekła radośnie. – Czyżby znudził ci się bilard? – Na dzisiaj dość – rzekł zadowolony, że pamięta go z knajpy. – Czasami trzeba wrócić do domu. Chociaż nie powiem uwielbiam grać. – To widać. – Hipolit – podał jej dłoń. – Sonia. – Oryginalnie. – To dzięki mojej babci. Mama chciała mi dać na imię Helena. – Sonia jest zdecydowanie ciekawsze. – Też tak sądzę. – Daleko mieszkasz? – Zaraz za rogiem, na Kopernika. – Nie boisz się wychodzić z domu sama? – Mam blisko do domu, wychodzę sporadycznie, jak koleżance uda się wyrwać z internatu. A poza tym rodzice na mnie czekają. Muszę być punktualnie inaczej zadzwonią na policję i zaczną mnie szukać. – To było ostrzeżenie dla mnie? Żebym nie próbował cię porwać? Zaśmiała się szczerze uradowana, a jej głos echem rozchodził się po cichej ulicy burząc senną ciszę. Wydawało mu się, że jej oczy iskrzą zalotnie. – Nie, to nie było ostrzeżenie. Nie sądzę byś miał złe zamiary. – Tak dobrze mi z oczu patrzy? – Słucham swojej intuicji. – Ani razu cię nie zawiodła? – Nie. Dlatego jej tak ufam. – Często widujesz się z koleżanką? Nie widziałem cię wcześniej w barze. – Najczęściej siedzimy u niej. Tylko, że ona ma młodszego brata, który uwielbia szczypać i gryźć. Zwłaszcza mnie. Dzisiaj nie wytrzymałam i zmusiłam Arletę do wyjścia z domu. Mam wystarczająco dużo śladów tego wampira na ciele. Przyjeżdża rzadko i wiecznie nie możemy się nagadać. – Znam ten ból. Pięć lat poza domem. Na weekendy starałem się przyjeżdżać do domu. Tu miałem kumpli, swoją paczkę. Pamiętam to paskudne jedzenie w internacie – kłamał jak z nut niewiele zastanawiając się co mówi. – Do jakiej chodziłeś szkoły? – Do mechanika. Tu takiej szkoły nie było, a tata się uparł żebym poszedł w jego ślady, tak jak on poszedł w ślady swojego ojca. – Więc masz już szkołę za sobą? – Tak, ale teraz to trochę tęsknię za nią. To były super czasy. A ty do jakiej szkoły chodzisz? – Energetyk. – Oo, czemu? To raczej szkoła dla chłopców. – Nie dostałam się do liceum – rzekła cicho. – W energetyku były jeszcze miejsca więc mnie przyjęli, a po roku spodobało mi się tam więc zostałam. Chociaż początkowo zarzekałam się, że za rok będę próbowała ponownie dostać się do liceum. Stanęli pod jej domem. Żadne nie kwapiło się by pożegnać się i pójść w swoją stronę. Hipolit w duchu śmiał się z tego co powiedział Soni. Wskrzesił nawet ojca, który zmarł tak dawno temu, że nawet go nie pamiętał, a już na pewno nie miał wpływu na wybór szkoły przez niego. – O której jutro kończysz szkołę? – spytał szykują plan działania. – Jutro mam najgorszy dzień w tygodniu. Kończę dopiero o trzeciej. – Cały dzień w szkole? – Na szczęście tylko jutro. Inaczej chyba bym, oszalała. – To powodzenia mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy – podał jej rękę na pożegnanie. – Dzięki za towarzystwo, było mi bardzo miło. – Mi również – zaśmiał się puszczając jej dłoń. – Hejka. – Cześć. Drzwi wejściowe zamknęły się za Sonią, a przez ciemne ulice przebiegło radosne „jessss” odbijając się echem od betonowych, śpiących bloków. Przed oczyma miał skrzyknę schłodzonego piwa. Widział zroszone butelki. Były bliziutko, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło tylko sięgnąć. Wiosenne słońce z dnia na dzień mocniej świeciło zwiastując upalne lato. Co odważniejsi chodzili już w krótkich rękawkach, ci mniej odważni ciągle nosili kurtki. Ciepły wiatr musnął zmarszczone czoło Hipolita. Spojrzał na zegarek. Zwolna dochodziła trzecia. Oberwał chyba wszystkie kolce w czerwonej róży, która trzymał w dłoni. Ciekaw był czy zrobi takie samo wrażenie na Soni jak wczoraj. Nie musiał długo czekać by się przekonać. Widział radość w jej oczach. Na tle swojej koleżanki, brunetki o czarnych oczach wyglądała jak… wypłowiała ruda, o jasnej karnacji i piwnych oczach, w których ciągle gościł błysk radości. Miała niesamowicie długie rzęsy. Wczoraj nie dojrzał ich. – Hejka – rzekł Hipolit. – Ja lecę – rzekła koleżanka Soni obrzucając ciekawskim wzrokiem Hipolita. – Do jutra. – Cześć – rzekła Sonia do koleżanki. – A ty co tutaj robisz? – spytała uśmiechając się promiennie. – A pomyślałem, że zrobię ci małą niespodziankę. – Zaskoczyłeś mnie – rzekła biorąc z jego ręki róże. – Myślała, że więcej się nie spotkamy. Ślicznie pachnie. – Najładniejsza jaką znalazłem. Chciałem żeby była taka ekstra, specjalnie dla ciebie. – Dziękuję – rzekła oszołomiona. – Nigdy nie dostałam róży. „Nic dziwnego – pomyślał złośliwie Hipolit”. – Byłem pierwszy. Jak dzisiejszy dzień? – spytał ruszając wolno w stronę przystanku. Zalany słońcem przystanek był pusty. Ani śladu koleżanek. Oznaczało to, że uciekł jej autobus. Sonia nie przejęła się tym zbytnio. Towarzystwo Hipolita i przecudna wiosenna pogoda sprawiały, że nie śpieszyło jej się do domu. – Może wybralibyśmy się gdzieś dzisiaj wieczorkiem? Jest taka zarąbista pogoda. – Z przyjemnością, ale… dzisiaj nie mogę. Dzisiejszy piękny, wiosenny wieczór spędzę nad książkami. – Szkoda. A może jutro? – Jutro mi pasuje. – To mogę przyjść po ciebie przed dwudziestą? – Możesz. Spojrzała na niego. Jej zdziwienie nie miało końca. Spotkało ją coś, o czym do tej pory mogła przeczytać tylko w książkach. Podobało jej się. Nawet jeśli miało trwać chwilę. – Zdradzisz mi co planujesz? – Tajemnica. – Nie bądź taki. Ciekawość mnie zje i nie będziesz miał z kim wyjść jutro. – Pomyślałem o kinie. – Oo, dawno nie byłam. Z Arletą nadrabiamy zaległości w ferie i wakacje. W ciągu roku brakuje nam czasu, a sama nie chodzę. – No ale wszystkich zaległości nie nadrobicie, bo nie wszystko powtarzają. – Zawsze można pójść do wypożyczalni, albo pożyczyć od kogoś w klasie pirata na płycie. – No tak, to też jest wyjście. Wiem, w którym bloku mieszkasz, a pod którym numerem? – Piątka. – To do jutra, do dwudziestej. Narka – rzekł podając jej rękę na pożegnanie. – Cześć. Ze skrępowaniem ale i ciekawością patrzyła jak Hipolit oddala się. Jego wysoka sylwetka górowała nad innymi przechodniami, a słońce buszowało w jego rozwianych włosach. Zapatrzona w niego o mało co przegapiła by swój autobus. Roześmiała się tylko i wsiadła do pojazdu. Nazajutrz tuż przed dwudziestą rozległ się dzwonek u drzwi. Sonia ostatni raz spojrzała w swoje odbicie w dużym lustrze, w przedpokoju. Może czerń to nie był najbardziej odpowiedni kolor na randkę, ale w nim czuła się bezpiecznie. Otworzyła drzwi. Czarny kot o białych wąsiskach, brwiach i skarpetkach otarł się o jej nogi i zaczął przyglądać przybyszowi. Hipolit stanął oniemiały. Jej czarne dżinsy uwydatniały jej nieskazitelną figurę, koronkowa bluzka dodawała kobiecości i tajemniczości. Włosy upięte w koka dodawały jej urody. Jej twarz nie wydawała się taka… blada, a włosy wypłowiałe. – Wyglądasz zjawiskowo, jak babcię kocham – wykrztusił podając jej różę, równie piękną co dnia poprzedniego. – Dziękuję – rzekła biorąc od niego kwiat, wstawiła do wazonu. – Jak jest na dworze? Mogę wziąć sweterek, czy jednak kurtka. – Myślę, że kurtka. – Tak myślałam – ubrała kurtkę i wyszli na korytarz zatrzaskując drzwi. – Ale lato już za pasem – pocieszał ją Hipolit. – Pewnie od razu zacznie się od upałów. – Tylko żeby tych upałów starczyło na lipiec i sierpień, a nie upały w maju i czerwcu, a potem jak przychodzą wakacje to nic tylko leje. – Ważne, że dzisiaj mamy ładny dzień, a raczej ładne popołudnie. – Yhy – przytaknęła uśmiechając się. Słońce coraz szybciej chyliło się ku dachom domów. Z żółtego przechodziło w delikatny pomarańcz oblewając ciepłymi promieniami zieleniące się drzewa i twarze uśmiechniętych ludzi. O tej porze już nikt nigdzie się nie śpieszył, wręcz przeciwnie. Przypadkowi przechodnie wystawiali twarze do słońca, Sonia była przekonana, że myślą o lecie. – Na jaki film mnie zabierasz? – Na świetny. – Domyślam się, ale ma jakiś tytuł? – Ma, ale nie pamiętam. – Jasne. – Słowo. Na szczęście pamiętam, na którą godzinę i nie kreskówka, bo o tej porze nie puszczają kreskówek. – Uwielbiam kreskówki. – Ja też – ożywił się Hipolit. – Ponoć każdy prawdziwy mężczyzna je ogląda. – Pierwsze słyszę – zaśmiała się. – Słuchaj, mamy trochę czasu może wdepnęlibyśmy na jakieś lody czy cóś? – Nie przepadam za słodkim. – A ja uwielbiam. Zwłaszcza czekoladę, każdą i w każdej postaci. Zrobię za nią wszystko. – Na pewno wszystko? Przez chwilę myślał po czym zdecydowanie spojrzał jej w oczy. – Yhy, wszystko. – Nie będę sprawdzała, możesz być spokojny – wybuchła śmiechem. – Nie boję się. – Ale długo myślałeś nad tym co odpowiedzieć. – Miałem nadzieję, że sprawdzisz. No ale jak nie chcesz to nie. W takim razie powiedz mi co ty lubisz. – Zdrową żywność. – Nie – jęknął. – Tylko nie mów, że jesz kiełki, kotlety sojowe, bo jesteś wegetarianką czy nawet weganką, walczysz o wolność kur i tym podobne. – Nie, nie o taką zdrową żywność mi chodziło. Uwielbiam hamburgery, pizze, hot dogi. – Dzięki ci o najpotężniejszy – rzekł rozkładając ręce ku niebu. – Obok kina robią zajebiście dobre knysze. Mają takie chrupiące bułeczki, że ach, ślina cieknie na samą myśl. – Mi już też. Zjedli po obrzydliwie dobrej knyszy i poszli do kina. Kurtki zostawili w szatni i weszli do sali kinowej. Połowa miejsc była jeszcze pusta. Usiedli na swoich miejscach. Po chwili Hipolit zaczął się histerycznie śmiać. Sonia spojrzała na niego zaskoczona. Dopiero gdy zgasły światła opanował trochę śmiech. – Ostatnio jak byliśmy w kinie paczka to nas wyprosili – mówił Soni do ucha. – To co wy zrobiliście? – Najpierw zaczęliśmy rzucać kukurydzą. Taki gość siedział przed nami i cały czas nas uspokajał. Daniel miał ze sobą banana. Skórkę rzucił na podłogę i jeszcze kopnął temu gościowi pod nogi. Gdybyś widziała tego pirueata – zachichotał. – Normalnie, widać mu było… numer buta. Nogi mu fruwały w powietrzu. – Przecież mogło mu się cos stać. – Ale nie stało, za to całe kino miało ubaw po pachy, nawet wiedźma, która z nim przyszła nie mogła powstrzymać śmiechu. Jak nas w końcu wyrzucili to siedzieliśmy pod kinem i czekaliśmy, aż się film skończy, potem schowaliśmy się w krzakach i czekaliśmy aż ten gostek wyjdzie. Szedł wyprostowany jak kij od miotły. – Was razem to nigdzie nie można wpuścić. – Przynajmniej wesoło jest. Nim wyszli z kina zapadła całkowita noc. Im
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil martaoleszczuk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…