Zaklinaczka Słów
Bajka (lub antybajka) o Zaklinaczce Słów.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Zaklinaczka Słów była zmęczona. Dzisiaj miała ręce, a raczej usta – jeśli można tak powiedzieć w związku z jej zajęciem – pełne roboty. Dzisiaj było przesilenie tego, co robiła, by móc się utrzymać przy życiu i co faktycznie wychodziło jej świetnie, a czego szczerze nienawidziła. Ale wszystko to, co nastąpiło tego dnia, dało się wyczuć w powietrzu już od rana. Już od pewnego nieśmiałego pukania do drzwi jej starej, paskudnej chaty. Pierwsze zdziwienie zaliczyła już o dwunastej rano, gdy gnijąc jeszcze w najlepsze w łóżku usłyszała owe dźwięki. Skacowana i zła jak osa, że przerywa się należny jej wypoczynek, kazała swemu gościowi czekać pod drzwiami pół godziny, zanim zdecydowała się go zaszczycić swym widokiem. Zapaliwszy porannego papierosa jeszcze w łóżku, stanęła wreszcie w progu wejścia i przeżyła kolejną niespodziankę. Ręcznie robiony skręt omal nie wypadł jej ze spierzchniętych ust, gdy natknęła się wzrokiem na stojącego na wycieraczce brązowowłosego chłopca, który swymi orzechowymi oczami uśmiechał się do niej bezczelnie. Rozglądnęła się wokół w poszukiwaniu jego matki, ale nikogo nie znalazła. Przekonawszy się wreszcie, że przyszedł zupełnie sam, odezwała się do niego swym nieprzyjemnym jak papier ścierny głosem: - Gdzie twoja matka? Zgubiłeś się? Chłopiec pokręcił przecząco głową, a uśmiech na jego twarzy powiększył się niemal na wzór kota z Cheshire. - Nie. - Co: "nie"? - oparłszy o framugę drzwi zaciągnęła się dymem i zaczęła obserwować gołębie, które obsiadły stojący na zachwaszczonym podwórku rozłożysty dąb i przygotowywały się do zaminowania leżącego pod nim ogromnego, spasionego kota. - Nie masz matki? Czy się jednak zgubiłeś? Bo jeśli to drugie - uśmiechnęła się wrednie, przypominając sobie pogłoski, które krążyły o niej we wsi - to byłoby to bardzo, naprawdę bardzo pechowym zrządzeniem losu. Chłopiec nadal szczerzył do niej dziury po mleczakach. - Mam mamę i nie zgubiłem się - odparł. - I mam na imię Joachim. I przyszedłem tutaj, bo sam chciałem. Kobieta wypuściła w powietrze pięknej roboty dymowe kółko. - Guzik mnie obchodzi, jak masz na imię - odkaszlnęła i spojrzała znów na chłopca. - Bardziej ciekawi mnie, po co tu przylazłeś. I dlaczego sam. No już, gadaj, bo nie lubię stać bez sensu na zimnie. - Przyszedłem do pani, bo chciałem, żeby mi pani opowiedziała bajkę. Zaklinacza wybałuszyła na niego oczy. - Że co?! - Bajkę. Chcę, by mi pani opowiedziała bajkę. - Na żywo?! - Na żywo. Była w trakcie zaciągania się dymem, ale omal nie wykaszlała sobie w tym momencie płuc. Przestraszone odgłosem gołębie poderwały się całym stadem w niebo. Kobieta popatrzyła na chłopca z przerażeniem i jednocześnie ze wstrętem. Pierwszy raz od wielu lat widziała żywe dziecko. I pierwszy raz takie do niej przyszło. Nie matka po prośbie, jak to zwykle bywało, tylko dziecko jakiejś matki. Samo. I chciało, by mu opowiedziała bajkę. Niemal dotknęła chłopca po włosach, by się przekonać, że nie jest wytworem opium, którego opary od wczorajszej wieczornej libacji zalegały jej umysł. - Ale... ale to wbrew zasadom... moim zasadom... - jej głos nie brzmiał już tak pewnie i złowieszczo, a ona sama nie patrzyła dziecku w oczy, skupiwszy się na miażdżeniu kapciem na progu niesmacznego nagle papierosa. - Na pewno... na pewno nie chcesz taśmy? Dam ci za darmo nawet, ale... ale obiecaj, że sobie wtedy pójdziesz... - Nie - Joachim pokręcił znów głową. - Chcę bajki. W pani wykonaniu - i zanim się spostrzegła, błyskawicznie, niczym karaluch, wyminął ją między nogami i już był w środku. Zaklinaczka stała zesztywniała ze strachu. Dziecko, czyjeś dziecko było w jej domu. Może trzeba postraszyć je zamienienim w żabę, przecież dzieciaki mają ją za wiedźmę. Wziąć pod pachę i podrzucić pod drzwi sołtysowi, on na pewno wie, czyja to własność. Przecież tak nie może być, to nie jest normalna sytuacja, ona... - Bo będę płakać! - usłyszała z głębi chaty. Kobieta nie wierzyła własnym uszom. Wiedziała, że dzieciaka nie pozbędzie się tak łatwo. O ile w ogóle się pozbędzie. - Szantażysta! - mruknęła bardziej zdumiona niż zła. Zrezygnowana spojrzała w stronę dębu. - Behemot! - krzyknęła na kota. - Chodź do domu, pchlarzu, mamy... - spojrzała w mrok korytarza - mamy gościa... będziesz robił za... nastrój... no ruszże się wreszcie! Proszę, Behemot... - dodała błagalnie. Kot wstał powoli i dostojnym krokiem skierował się w stronę chaty, prężąc z dumą długi ogon i pokazując rozczarowanym gołębiom tylną część ciała.
Dopiero teraz, gdy ten mały, zadbany chłopiec usiadł na jej ulubionej, ale już mocno wytartej z czerwonego, puszystego niegdyś pluszu kanapie, zobaczyła, jaki chlew trzyma w swym domu. Szybkim ruchem zgarnęła stojące na każdej płaskiej powierzchni butelki po alkoholu i pochowała je do szafek, pozbierała porozstawiane w najróżniejszych miejscach przesypujące się popielniczki i postawiła je na stole w kuchni. Otworzyła okno, by przewietrzyć pokój i kazała dziecku przesiąść się bliżej niego na wszelki wypadek, by nie przesiąkł podejrzanymi dla każdej matki, zalegającymi powietrze jej domu zapachami. Chłopiec obserwował jej krzątaninę, ale szybko się znudził i podszedłszy do kredensu, zaczął z niego wyciągać co ciekawsze przedmioty. Zaklinaczka co rusz, cały czas mrucząc coś do siebie, wyjmowała mu z dłoni a to toporek, a to laleczkę voo-doo, to znów jakieś podejrzane, zasuszone zioła w przezroczystej torebeczce, na które chłopiec był przy okazji uczulony, bo długo nie mógł powstrzymać kichania, jakie dopadło go po otwarciu fiolki. Paląc papierosa za papierosem, obserwowała z przerażeniem spacerującego po pokoju chłopca, trzymając się od niego w bezpiecznej odległości i kierując w jego stronę ciche złorzeczenia. Wreszcie, gdy Joachim podszedł do magnetofonu, nagle znalazła się przy chłopcu i wziąwszy go z obrzydzeniem w ramiona, posadziła z powrotem na kanapie, a następnie powróciła do dawnej odległości. Mały z zaciekawieniem przyglądał się staremu jak świat magnetofonowi marki "UNITRA". - Na tym pani nagrywa te bajki, co mi je mama puszcza wieczorami? - spytał i spojrzał w jej stronę. Odwróciła wzrok. Bała się go, jakby był jakimś bazyliszkiem. - Tak - odkaszlnęła. Teraz patrzył na zrobionego przez nią w pośpiechu skręta, który wyszedł jej wyjątkowo nieudolnie, bo wzięła za dużo tytoniu i teraz dusiła się niemal czarnymi wręcz oparami dymu, jakie wydobywały się jej z ust. Mimowolnie, pod wpływem jego wzroku, porównała siebie do smoka z jakiejś baśni. Ma coś dziwnego w oczach, przemknęło jej przez myśl. - Czemu pani tak dużo pali? Zamachała dłonią, by rozwiać chmurę spalin. Spojrzała na niego, po czym zawstydzona weszła do kuchni i zgasiła papierosa w brudnym talerzu pełnym wody, który zalegał od paru dni w zlewie. Wróciła do pokoju i podeszła do sprzętu nagrywającego. Miała dzieciaka dość, działał jej na nerwy. Naszedł z samego rana, wtargnął do domu i zachowywał się tak, jakby był jego mieszkańcem. I zadawał za dużo pytań. O dwa za dużo. Ale paraliżował ją jednocześnie strach, gdy myślała o pozbyciu się go. - Czy pani zawsze tak dużo mówi? Dotarło do niej dopiero po chwili, że każdą tę myśl wypowiedziała na głos. Odchrząknęła i zaczęła robić porządek w kasetach, których setki leżały na stoliku obok magnetofonu. - Zawsze tyle mówię. Do siebie mi zostało gadać, ewentualnie do tego tutaj - wskazała długim, chudym palcem leżącego na kanapie Behemota, który mył się w najlepsze - ale on nigdy nie odpowiada, choć jestem pewna, że... - urwała nagle. - Słuchaj... słuchaj, ty... - Joachimie. Joachim. Kto wymyśla takie imiona? Brzmi jak imię jakiegoś przechrzty. Jakie jest zdrobnienie od tego? Joszko? Jej siostra chyba też tak nazwała swego syna. Nie widziała go już parę dobrych lat, podobnie jak siostry. - Słuchaj więc, Joachimie - rzuciła na niego okiem ukradkiem, nie przestając układać kaset w pokaźne i w miarę równe stosiki. - Ja... ja nie rozumiem, dlaczego tutaj jesteś i skąd się wziąłeś. Twoja mama na pewno się martwi, że cię nie ma w domu, więc... - kolejne wyrazy wyrzucała z siebie jak karabin - Ja ci teraz dam na drogę jedną z kaset, niedawno nagrałam, nikt takiej jeszcze nie ma we wsi i sobie pójdziesz do domu jej posłuchać, dobrze? Jakoś tutaj trafiłeś, więc z powrotem też nie będziesz miał problemu, wyglądasz na bystrego chłopca, ogólnie nic do ciebie nie mam, ale sam rozu... Chłopiec zeskoczył z kanapy, podszedł do kobiety i zanim się obejrzała, wsunął swoją małą gładką dłoń w jej pomarszczone i przypominające szpony palce. Zamarła. - Moja mama od rana jest w pracy - szepnął. - Bardzo wcześnie wstaje, bo musi zdążyć na autobus, co jedzie raz dziennie do miasta i więcej we wsi tego samego dnia się nie pojawia, więc mama musi wracać do domu na piechotę*. Zostawia mnie samego na cały dzień, bo taty nie mam. No i jak już jest w domu, to jest bardzo późno, ona sama jest bardzo zmęczona i nie ma ochoty mi niczego czytać na dobranoc. I puszcza mi taśmy z pani bajkami, ale one... ale one mnie nie usypiają. Potrafię przesłuchać kasetę kilka razy w nocy, ale i tak nie zasnę. Dlatego potrzebuję bajki. Opowiedzianej przez żywą osobę. Przez panią, przez Zaklinaczkę Słów. Zrobi to pani dla mnie? - spytał błagalnie i ziewnął szeroko. - Bo ja jestem bardzo zmęczony, a tak chciałbym już zasnąć... Kobieta patrzyła na niego cały czas w milczeniu. Dojrzała sińce pod jego oczami. Dopiero teraz, odkaszlnąwszy w pięść, odezwała się cicho. - Ale ty... ale ty się mnie nie boisz? Przecież we wsi... we wsi gadają, że jestem wiedźmą i robię z włóczących się po lesie dzieci mięsną galaretę, czy jakoś tak... i że mój kot lata na miotle... - ze strachu wszystkie baśniowe motywy zaczęły jej się mieszać. Joachim uśmiechnął się. Ciepło i przyjaźnie. - Pani nie jest czarownicą. Gdyby pani nią była, to... - To co? Znów uśmiech. I dziwny, jakby znajomy błysk w zębach. - To bym ja się pani bał. A przecież jest odwrotnie. Ścisnął drugą rączką jej drżącą dłoń. - Pani jest tylko starszą panią, której nikt nie odwiedza. Pani udaje, że nie chce być odwiedzana, a wcale tak nie jest... Więc ja to zrobiłem, przyszedłem do pani. A teraz w zamian za to usłyszę bajkę. Uwolniła rękę z jego drobnego uścisku. Zadziwiał ją nie tylko odwagą, ale też bardzo jak na swój wiek poprawnym gramatycznie wysławianiem się. - Pierwsze słyszę, bym chciała odwiedzin - zmrużyła podejrzliwie oczy. - A co ja będę miała z tego, kiedy już ci tę bajkę opowiem? Spojrzał na nią, a następnie zawrócił w stronę kanapy i wdrapał się na swoje miejsce. - Pójdę sobie i nigdy mnie już pani nie zobaczy. Na dokładkę rozpuszczę nowe plotki we wsi: że zanim zrobi pani z ofiary tę osławioną galaretę, poddusza znalezionego dzieciaka w wywarze z absyntu, potem podsmaża, a z kości robi tyczki do wsparcia pomidorów. No i że pani kot ma dwa ogony. Behemot sjestował nadal na kanapie, wybornie udając zdechłego. - Dodam jeszcze, że ma pani paskudne... - Dobra, dobra - dała mu znak, by siedział cicho. - Nie demonizuj. Wystarczy, że kot będzie miał te dwa ogony. I że jest skuteczny w węszeniu nowych ofiar po lesie niczym rasowy ogar. Behemot spojrzał na nią z wyrzutem. Uśmiechnęła się do niego paskudnie - wiedziała, że największą obelgą dla kota jest porównanie go do psa. Joachim też się uśmiechnął, ukazując w tryumfalnym bananie brak obu górnych jedynek. Zaklinacza westchnęła i skierowała się powoli w stronę barku, zastawionego butelkami z różnokolorowymi płynami w środku. Wyjęła smukłą karafkę z czymś zielonym w środku i trzymając ją w prawej dłoni podeszła do kredensu pełnego książek. Wyjęła z niego jedną, bardzo starą i bardzo zniszczoną i usiadła tak obładowana w głębokim fotelu, który stał vis a vis kanapy. Położyła książkę na podłodze i zaczęła powoli pociągać z butelki płyn. Chłopiec przyglądał się jej z zaciekawieniem. - Zawsze - uprzedziła czające się w jego oczach pytanie. - Zawsze, zanim nagram jakąś bajkę, muszę sobie przepłukać gardło. Nie mam wtedy tej okropnej chrypki. Joachim patrzył, jak nieznacznie acz systematycznie ubywa napoju. Zaklinaczka tymczasem rozmyślała, patrząc w pokryty zaciekami sufit. Znajdowały się tam od zawsze, od kiedy się wprowadziła tutaj przed paroma laty, z dala od ludzi, a zwłaszcza od dzieci, które przejadły się jej podczas pracy w miejskim przedszkolu. Miała dość ciągłych pisków, ciągnięcia za warkocze, znajdowania wepchniętych za szafę niezjedzonych podczas śniadania skórek od chleba, biegania na złamanie karku po nocnik. Kompletnie się w tym nie znajdowała, a z czasem zaczęła ta mała horda przerażać, choć dzieci - co ją bardzo dziwiło - ją wprost uwielbiały, szczególnie za czytaniem im przez nią bajek. Zawsze prosiły, by przed poobiednią drzemką opowiedziała im jedną z tych magicznych opowieści, których słuchały zawsze w ciszy i z zapartym tchem. Nawet jej koleżanki z pracy siadywały wtedy razem z dziećmi na podłodze i łapczywie chwytały wypowiadane przez nią słowa. Czytała te bajki po tysiąc razy każdą, bo przedszkole nie dysponowało zbyt pokaźnymi ich zbiorami, ale przedszkolanki mówiły jej, że nie chodzi o samą treść a o sposób przekazu Kobieta bowiem umiała je czytać za każdym razem na nowo i jednocześnie tak samo, jej głos zaklinał słowa w taki sposób, że miało się wrażenie, jakby ten baśniowy świat istniał tuż obok słuchających, a nawet jakby oni sami byli uczestnikami zdarzeń mających w nim miejsce. Przedszkolanki były jej dodatkowo wdzięczne za tę jej niesamowitą, wręcz magiczną zdolność dania im chociaż godziny spokoju podczas całego dnia pracy i za każdym razem zastanawiały się, skąd wziął się u niej tak niespotykany talent. Ale ona sama nie potrafiła tego wytłumaczyć i, szczerze mówiąc, nie interesowało jej to zbytnio. Jednak ta godzina ciszy, w porównaniu z całodziennymi wrzaskami, to było dla niej za mało. Odeszła z pracy po niecałych dwóch latach na emeryturę, a za zaoszczędzone pieniądze wynajęła starą chatę w podmiejskiej wsi i zaszyła się w niej z dala od wszystkich. Rzadko pokazywała się wśród ludzi, przez co po krótkim czasie i dzięki swojemu, skromnemu wkładowi w postaci rzucanych mimochodem uwag na przykład w sklepie podczas zakupów, przylgnęła do niej łatka dziwaczki, a z czasem i wiedźmy, którą wiejscy rodzice straszyli swe nieposłuszne dzieci. Mało ją to obchodziło, czasem śmiała się nawet z tego, bo niewielkim wysiłkiem pozbyła się wszelkich nieproszonych odwiedzin w swej samotni. Sama podjudzała do dalszych plotek przez pojawianie się podczas mszy z miotłą w ręku i spiczastym kapeluszu na głowie, a to spacerowała z ogromnym, czarnym kotem, którego nazwała nietypowym imieniem - wiejska społeczność nie znała niestety jego genezy, ale ważne, że brzmiało nie po polsku, więc już było warte podejrzeń - i który reagował na każde jej polecenie ("patrz, Behemot, cóż za spasiona i wyglądająca na bezpańską kura, w sam raz na rosołek!"), to znowu zaopatrywała się u miejscowego piwowara i jednocześnie alkoholika w niesamowicie duże ilości spirytusu, którym według religijnych, wsiowych bab, wyjątkowo obeznanych w rytuałach czarownic, zalewała różnego rodzaju żmije, homonculusy i inne robactwa, potem spożywała je w postaci czarciej wódki, po której ponoć latała w czasie księżycowych nocy nad wsią, wydając z siebie głośne odgłosy przypominające czkawkę. Z czasem zaczęła się czuć naprawdę jak jakaś czarodziejka, żyjąca w zaczarowanym lesie pełnym krasnoludków, mająca władzę nad zabobonną wsią. Częściej jednak śmiała się z tych historii i robiła to podczas codziennych, samotnych libacji w domu, jakie niestety wkrótce się skończyły, bowiem mocno nadwyrężyły jej skromną rentę, która przestała z czasem wystarczać na podstawowe potrzeby spożywcze. Jednak ni stąd, ni zowąd dotarła do wsi wiadomość, że ta kobieta, która mieszka w lesie i powszechnie uważana jest za czarownicę, była niegdyś fantastyczną przedszkolanką. A że we wsi brakowało placówki, która zajmowałaby się wychowywaniem dzieci jakiś czas przed ich pójściem do szkoły, pewnego dnia zapukał do Zaklinaczki sołtys, który w czasie rozmowy z nią - chuchała na niego spalonym opium, zionęła przetrawionym absyntem i straszyła potężną, nienaturalną chrypą - coraz bardziej kurczył się w sobie, wykładając jej jednocześnie prośbę całej wsi, by poprowadziła we wsi świetlicę wychowawczą. Oczywiście jej stanowisko byłoby płatne, dostawałaby pieniądze z urzędu gminy - dokończył prędko, gdy wyśmiała go barytonem. Sama szybko się jednak zreflektowała, że pomogłaby jej ta posada wiązać koniec z końcem, ale że nie znosiła dzieci, wpadła na inny pomysł: odrzuciła propozycję bezpośredniego kontaktu z najmłodszymi, proponując jednocześnie, że może dostarczać do wsi równie pożyteczną formę wychowania, jaką byłaby skrzynka kaset z nagranymi przez nią i przeznaczonymi do codziennego puszczania dzieciom baśniami, zakończone zawsze odpowiednim morałem. Sołtys pokręcił trochę nosem, ale zapewniła go, że efekty będą natychmiastowe i może nawet lepsze niż to, gdyby - tutaj czknęła głośno i wychrypiała donośniej dalsze argumenty - miała się pokazać w takim stanie dzieciom. Sołtys dostarczył jej więc stary, ale sprawny sprzęt nagrywający "UNITRY", który wygrzebał ze swej piwnicy i kobieta w jeden wieczór, na próbę, nagrała całą serię tygodniowych bajek. Efekt przerósł oczekiwania nawet jej samej. Matki - z początku trwożliwie, ale szybko nabrały śmiałości - zaczęły przychodzić do niej z podziękowaniami za naprowadzenie ich pociech na właściwą drogę, jeśli chodzi o posłuszeństwo wobec rodziców, oraz z indywidualnymi prośbami: a to, by morał był bardziej pouczający następnym razem, albo by zrobiła całą serię…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil aaricia
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…