Wróć do katalogu

GRUBASKA MARZENA - PODRYWACZ cz. VI

Wesoły Romek podrywa na czacie dziewczynę kryjącą się pod pseudonimem „Big Marzena” i chwalącą się posiadaniem dupeczki jak Jenifer Lopez. Po przyjściu na randkę przeżywa szok, a potem jest już tylko gorzej.

Robson, opublikowano , 34 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

GRUBASKA MARZENA

Nie ma to jak zacząć tydzień od dobrego podrywu. Niektórzy mówią, że nie lubią poniedziałków, ale moim zdaniem każdy dzień jest dobry na ciupcianie, nawet poniedziałek, więc już z samego rano siedziałem na sex-chacie i bajerowałem panienki. A sami wiecie, jaki jestem w tym dobry, żeby nie powiedzieć – po prostu najlepszy. „Simply the best!” - jak śpiewała kiedyś Tina Turner. Gdyby miała przyjemność ze mną, śpiewałaby inaczej - „Simply the very best!” Ale nie miała ze mną przyjemności, bo wolę młodsze i nie takie rozdarte. Rozmawiałem z „Rudą cipulką”, „Napaloną 17-tką” i „Big Marzeną”. Szczególnie z tą ostatnią nieźle mi się konwersowało, zwłaszcza na temat seksu. Chociaż jak się tak głębiej zastanowię, to chyba nie poruszaliśmy żadnego innego tematu. Zresztą nieważne. Istotne jest to, że lubiła ten sport i uwielbiała eksperymentować. Zupełnie jak ja. Zastanowił mnie jej intrygujący pseudonim. Marzenka szybko mi wyjaśniła, że pochodzi on od jej ogromnego, a mimo to jędrnego biustu, a także od dość dużych, bardzo zgrabnych i ładnie zaokrąglonych pośladków podobnych do dupeczki Jenifer Lopez. Lubię dupeczki, zwłaszcza zgrabne i ładnie zaokrąglone, więc zaproponowałem jej spotkanie jeszcze tego samego dnia. Zgodziła się, co wcale mnie nie zdziwiło, bo takiemu facetowi jak ja bardzo trudno się oprzeć. Przyszedłem do restauracji lekko spóźniony, gdyż uciekł mi tramwaj i musiałem czekać za następnym. Rozglądałem się po sali za Marzenką, pamiętając, że miała być ubrana w obcisłą, seledynową bluzeczkę. Niestety nie wysłała mi zdjęcia, chociaż ja przesłałem jej swoje. Tłumaczyła się, że nie wie, jak dołączyć plik do maila. W pobliżu drzwi siedziało tyłem do mnie jakieś babsko ubrane właśnie w takiej bluzeczce, ale to nie mogła być Marzenka. Wprawdzie pisała mi na chacie, że jest lekko przy kości, ale tylko lekko, a ta gruba krowa miała dupę jak szafa trzydrzwiowa, czyli jakieś pięć razy grubszą od słodkiej Jenifer Lopez. No cóż, skoro Marzena jeszcze nie przyszła, postanowiłem wskoczyć do kibelka i załatwić co trzeba. Właśnie mijałem wieloryba w seledynie, gdy poczułem na ramieniu wielką, ciężką łapę. - Romuś, co ty, nie poznałeś mnie po bluzce? - usłyszałem gruby, donośny głos. - To ja, Marzenka! Siadaj, kochanie. Grubaska popchnęła mnie mocno na krzesło, więc usiadłem, żeby się nie przewrócić. Zdziwiony spojrzałem na jej szeroką, nalaną twarz i przetłuszczone włosy. - To ty jesteś Big Marzena? - musiałem się upewnić. - No a kto inny? Marzenka we własnej, pięknej postaci! Nie poznałeś mnie po tych moich cudownych, sterczących cycuszkach? - Wiesz, jakoś nie – odparłem szczerze, gapiąc się na jej wielkie, obwisłe wory. Ubrała bluzkę co najmniej o dwa numery za małą, więc była na niej tak mocno opięta, że w każdej chwili mogła pęknąć. Dzięki temu udało jej się świetnie uwydatnić zwały tłuszczu po bokach i potrójną oponkę z przodu brzucha. - Wybaczam ci - powiedziała łaskawym, dobrotliwym tonem. - W końcu ja widziałam twoje zdjęcia, a ty mojego nie. - Dzięki. Nie trzeba było. Jesteś dla mnie zbyt wyrozumiała - zakpiłem, ale ona chyba nie wyczuła sarkazmu w moim glosie. - Mamo, zobacz, jaka gruba, tłusta świnia siedzi koło drzwi! - powiedział głośno kilkuletni brzdąc i wskazał palcem na Marzenę. Oczy wszystkich w restauracji utkwiły w siedzącej przede mną dziewczynie. Grubaska drgnęła, ale zaraz znieruchomiała i udawała głuchą. - Nie mów tak, syneczku. To nie jest wina tej spasionej pani, że wygląda tak brzydko i obleśnie – mamusia spokojnie objaśniała chłopcu mechanizmy rządzące tym światem. - Po prostu jest bardzo chora, dlatego tak dużo je i potem wygląda jak maciora. - To jak jest chora, to po co tyle wpierdala i jest grubą świnią? - Kochanie, nie mówi się „wpierdala” tylko je. Ta pani ma chory mózg i dlatego je jak świnia, więc potem wygląda jak świnia. - Aha – malec ze zrozumieniem pokiwał głową. - Jak ta pani ma chory mózg to znaczy, że ma nasrane we łbie? - Tak, syneczku. A skąd wiesz, że tak się mówi? Kto ci to powiedział? - Tatuś! Spojrzałem na Marzenę. Była czerwona na twarzy jak burak, ale nadal udawała głuchą i siedziała w bezruchu. Nawet na chwilę zrobiło mi się jej trochę żal. Ale tylko na chwilę. - Mamusiu, ciekawe jak ta maciora wygląda z przodu? Zawołam ją – powiedział chłopiec i nie czekając na to, co odpowie mama, zaczął krzyczeć na cała restaurację: - Ej, ty, gruba świnio w zielonym, odwróć się na chwilę! Słyszysz, odwróć się! Głucha jesteś?! - Marzenka, wołają cię – delikatnie zwróciłem uwagę mojej towarzyszce. - To nie do mnie – odpowiedziała cicho grobowym głosem, nie zważając na głośne śmiechy w całej sali. - A do kogo? - Do tej, która siedzi za tobą. Odwróciłem się i faktycznie. Siedziała za mną kobieta przy kości, ale nie mogła mieć więcej niż dziesięć kilo nadwagi, a w dodatku była ubrana na błękitno. - Ale ona nie ma na sobie nic zielonego. - Nie szkodzi. Gówniarz nie rozróżnia kolorów. - Tylko nie gówniarz, dobra?! - okazało się, że dzieciak oprócz donośnego głosu ma również dobry słuch. - Do ciebie mówię, macioro! Ty w tym sraczkowatym, powiedz jej coś! Tylko ja w tej restauracji byłem ubrany w coś żółtego, a konkretnie koszulę, więc z pewnością było to skierowane do mnie, co oznaczało, że muszę zareagować. - Licz się ze słowami, smarkaczu! To jest kolor kanarkowy, a nie sraczkowaty! - Co on powiedział, mamusiu? Że to jest kolor chujowy? - Kanarkowy, kochanie. To taki odcień żółtego – matka wytłumaczyła dziecku łagodnym głosem. - A skąd znasz słowo „chujowy”? - Od tatusia! - z dumą odpowiedział brzdąc. - Tatuś zna dużo fajnych słów i wszystkich mnie nauczy! - Z pewnością – matka pogłaskała go po głowie. - Mój mądry, kochany syneczek! - A ty odwróć się w końcu, beko sadła! - malec rzucił Marzenę papierową kulką zrobioną z serwetki i trafił ją w głowę. - Zrób coś, żeby pozbyć się tego smarkacza – cicho syknęła Marzena. – Proszę, błagam! - Daj spokój. Co mam zrobić? Przecież go stąd nie wyniosę – odburknąłem. - Wymyśl coś! Szybko! Błagam! - Jakoś nie mam pomysłu. - Zlituj się! Nie pożałujesz! – dziewczyna zaczęła rytmicznie wypychać policzek językiem, jednoznacznie dając mi do zrozumienia, w jaki sposób odwdzięczy się za przysługę. Spojrzałem na jej szerokie, mięsiste usta niczym u stuprocentowej Murzynki i pomyślałem sobie, że panienka może być dobra w kwestiach oralnych i chyba warto się o tym przekonać. - No dobra. Spróbuję. - Ej, gówniarzu! – krzyknąłem do chłopczyka. – Ty w tych babskich bucikach! Dlaczego nosisz dziewczęce papcie? Jesteś małą, głupią dziewczynką? - Sam jesteś małą, głupią dziewczynką! To nie są babskie buty! - odpowiedział dzieciak. - Jak to nie? Czerwone to babskie! Każdy to wie. W Niemczech co druga głupia dziewczynka chodzi teraz w takich żałosnych, czerwonych bucikach. - To są buty dla chłopców – malec spąsowiał na twarzy. – Mamo, powiedz coś! - Właśnie, że nie! – stwierdziłem ze złośliwą satysfakcją. – Babskie buty, babskie buty, babskie buty! - Nie słuchaj tego kretyna, Adrianku. – odezwała się natka – To są męskie buty! - Jakie buty ma Adrianek? – spytałem Marzeny. - BABSKIE!!! – wydarła się dziewczyna i ryknęła śmiechem, chociaż nawet się nie obejrzała, by spojrzeć na jego nogi. - Nie babskie! – bronił się wściekły malec, a goście restauracji zanosili się śmiechem, przysłuchując się rozmowie. - Masz na imię Adrianek? Przecież to babskie imię – postanowiłem iść na całość, by wykurzyć z lokalu małolata. Byłem zdopingowany obietnicą Big Marzeny, bo przecież dobry lodzik nigdy nie jest zły. – Adrianek to jest to samo co Adrianna. - Nie to samo! – w oczach szkraba pokazały się łzy. - I ta babska bluza w Teletubisie! - drążyłem temat. - Przecież teletubisie to pedały! Nie oglądasz telewizji? Ciągle o tym trąbią. Masz pedalską bluzę dla pedałów! - Nie dla pedałów! – chłopiec rozpłakał się wniebogłosy. - Nie płacz, Adrianku! – uspokajała go matka, przytulając i całując. – Ten pan sam jest pedałem. – Czym się przejmujesz? Przecież ty nawet nie wiesz, co to jest pedał. - Wiem! Wujek Darek to pedał! - Kto ci to powiedział? - Tatuś! A ja nie chcę być taki jak wujek Darek! Bo wygląda jak baba! I jest babą! Ja nie chcę tu być! Chłopiec wyrwał się matce i zalany łzami wybiegł z restauracji, a mama pobiegła za nim. - Dzięki! – Marzena rzucił mi się na szyję, przyduszając swym ogromnym cielskiem.- Nagroda cię nie minie! – wpiła się w moje usta, wpychając mi język niemal do gardła. Pocałunek był długi i ledwo go przeżyłem, bo kończył już mi się tlen. Czułem się tak jakby ktoś wciskał mi w usta olbrzymiego ślimaka. - Wiesz co, muszę iść do toalety – z trudem wydusiłem z siebie, gdy już grubaska mnie puściła. – Mogę być długo, więc się nie denerwuj. Ledwo znalazłem się w ubikacji, dopadłem do okna. Postanowiłem zrezygnować z lodzika i uciec temu potworowi, bo jej zwały tłuszczu wzbudzały we mnie wstręt i obrzydzenie. Zacząłem żałować tego, że jej pomogłem pozbyć się smarkacza. Niestety w oknie była krata. Cholerne zabezpieczenie przed złodziejami! To nic – pomyślałem – wyjdę z toalety i ucieknę z restauracji drugim wyjściem. Wyszedłem więc na korytarz i wpadłem prosto w objęcia Marzeny. - No cześć, kochany! Już się załatwiłeś? Mówiłeś, że będziesz długo – uśmiechnęła się chytrze. - Poszło szybciej niż myślałem – co za cholerna żmija, chyba przejrzała mój plan. Pewnie niejeden facet już jej uciekł w ten sposób. - Nudziłam się sama, więc przyszłam. - To fajnie. Chcesz mi się teraz odwdzięczyć za gówniarza? - kilka razy wypchnąłem językiem policzek. - Trochę później. Chodź, pojedziemy do mnie. Tu jest jakaś dziwna atmosfera – jej dłoń z siłą imadła zacisnęła się na mojej. Sekundę później zostałem pociągnięty w stronę wyjścia z lokalu. Szliśmy trzymając się za ręce, bo nie mogłem wyrwać się z jej uścisku. - Dlaczego mnie tak kurczowo trzymasz? Nie bój się nie ucieknę ci - powiedziałem kombinując jakby tu uciec. - Wiem, ale przecież skoro się ze mną umówiłeś, to jesteś moim chłopakiem. A mam prawo mojego faceta trzymać za rękę i bez dyskusji! Pojedziemy teraz do mnie i zobaczysz, jak będzie fajnie! - wyjęła antyperspirant i popsikała się nim pod pachami. - Tak, na pewno. Marzena sięgnęła do torebki po Snickersa i wpakowała go sobie do gęby, odgryzając połowę. - Chcesz trochę? - spytała. - Nie, dzięki – jeszcze tego brakowało, żebym dojadał resztki po tym maszkaronie. - Mamo, kup mi batonika! - usłyszeliśmy za sobą głos małej dziewczynki. - Nie kupię ci, bo batoniki są szkodliwe. Jak będziesz jadła dużo słodyczy to będziesz miała robaki i umrzesz – odpowiedziała kobieta niechybnie będąca jej matką. - A ta pani je batonika i nie umarła! - Jeszcze nie! Ale już niedługo! Zobacz, jaka jest grubaśna. Tłuszcz jej zaleje serce i padnie jak mucha. - Zaraz cię krew zaleje, jak cię pierdalnę w ryj! - Marzena tak się zdenerwowała, że nie panowała nad słowami i ruszyła w stronę kobiety. - Policja! - krzyknęła mamuśka. - Grozi mi pożeracz batoników! Kobieta uciekła przed grubaską, wbiegając z dzieckiem do pobliskiego sklepu. Big Marzena chciała tam wejść za nią i rozprawić się z babką, ale pociągnąłem tłuścioszkę w przeciwnym kierunku. - Daj spokój. Nie będziemy robić awantury w sklepie z powodu jakiegoś głupiego chudzielca. Mamy przecież ciekawsze rzeczy do roboty – absolutnie nie miałem ochoty na awanturę podobną do tej w restauracji. - No dobra, ale robię to tylko dla ciebie, mój kochany – złożyła na moich ustach obrzydliwy pocałunek. Mam nadzieję, że nie widział tego żaden z moich kolegów, bo chyba zapadłbym się pod ziemię ze wstydu. - Popatrz na tę laskę, jaki szkieletor! - Marzena wskazała grubym paluchem szczupłą dziewczynę, która szła kilka metrów prze dnami. - Jakbyś się na nią położył, to byś ją połamał! Dobrze, że ja nie jestem taka licha, mnie nie połamiesz – zaśmiała się i boleśnie traciła mnie w bok. - A zobacz tam, jaka gruba! - tam razem pokazała mi dziewczynę, która co prawda nie zaliczała się do szczupłych, ale ważyła co najmniej trzydzieści kilogramów mniej od Big Marzeny. - Jaką ma tłustą dupę! Jak dwie moje! - Nie przesadzaj, nie jest taka gruba – sprostowałem dziewczynę wobec tej jawnej tendencyjności w jej wypowiedzi. - No co ty, ślepy jesteś?! - znów mocno trąciła mnie w bok aż jęknąłem głośno. - To chodząca góra salda! Jak ja bym była taka gruba, to bym się chyba pocięła. O, jedzie nasz tramwaj. Wsiadamy! Wciągnęła mnie do wagonu i popchnęła na siedzenie przy oknie, sama siadając obok. Wyjęła kolejnego Snickera i wciągnęła go w kilka sekund, tym razem nawet nie pytając się, czy chciałbym gryza. Potem położyła pulchną dłoń na moim kroczu i zaczęła pieścić członka przez spodnie. Pomimo obrzydzenia, jakie czułem do Marzeny, ten głupek zaraz mi stanął, widocznie myśląc innymi kategoriami. - Co ty robisz?! - syknąłem. - Tu są ludzie. Wszyscy się na nas gapią! - pokazałem głową w bok na staruszka i babcinkę, przypatrujących się nam z dużym niesmakiem. - A co mnie to obchodzi? Jesteś moim facetem i mogę cię obmacywać, gdzie mi się tylko podoba! Ty też mnie obmacuj! - Daj spokój. Nie chcę! - Co to znaczy - „nie chcę”? Masz mnie słuchać! - chwyciła moją prawą dłoń i położyła ją sobie na cycku. Chcąc nie chcąc dla świętego spokoju zacząłem ją obmacywać. Nie potrzebowałem żadnych scen w tramwaju, po dobroci raczej nie dałoby się jej do niczego przekonać, a bezpośrednia, fizyczna konfrontacja z wojowniczo nastawioną Marzeną z pewnością byłaby trudna. Grubaska tak na oko ważyła ze sto dwadzieścia kilo, więc miała nade mną dużą przewagę masy ciała., co w razie bójki nie jest bez znaczenia. A po drugie jestem dżentelmenem i nie bije kobiet. Starsze małżeństwo spoglądało na nas z olbrzymią dezaprobatą, ale robiłem dobrą minę do złej gry. Modliłem się tylko w myślach, żeby Marzena czasem nie wpadła na pomysł, by wyciągnąć mi penisa na wierzch w miejscu publicznym. To dopiero byłby obciach. Gdybym był z jakaś fajną laseczką, to nie byłoby problemu, ale z takim tłuściochem? - Co to za degeneraci – mruknął dziadunio. - Wstydu nie mają za grosz. Przy ludziach takie rzeczy! Przeklęta smarkateria! - Chłopak fajny, ale ta dziewczyna? - wtrąciła babcinka. - Młoda, a taka gruba. I jeszcze ciągle je batoniki jak jaki batonikożerca. Czy ona nie ma w domu lustra czy co? - mówiła tak jakby myślała, że słyszy ją wyłącznie jej mąż. - Tak, tak, strasznie gruba. Jak można się tak zapuścić? W naszej wsi żaden chłop by jej nie tknął, nawet kijem – zarechotał staruszek. - Takie spasione babska są dobre tylko do karmienia świń! - Zobacz, jak go obmacuje! I to przy ludziach! I przy tobie – dziadek mówił szeptem, ale tak głośnym, że słyszało go pół tramwaju. - Takich zwyrodnialców powinno się zamykać! – kategorycznie stwierdziła staruszka. – Zamykać i kasatować. - Kastrować – poprawił ją dziadek. – Ale to kobieta, kobiet się nie kastruje. - To chłopaka wykastrować, a jej zaszyć. Nie dość, że zboczona, to jeszcze taka obleśna, gruba i śmierdząca. - Sama jesteś obleśna, gruba i śmierdząca! – Marzence puściły nerwy. – Chcesz w ryj, ty stara dziwko? - Tylko nie stara, wypraszam sobie! – zaprotestowała babcinka. - No właśnie, tylko nie stara! - mąż wstawił się za staruszką. - Żona ma dopiero siedemdziesiąt pięć lat. - I to niecałe! Skończę dopiero za dwa miesiące. - Toż to młoda dziewucha – zakpiłem. - No dobra – zgodziła się Big Marzena. – Za tą „starą” przepraszam”. Więc słuchaj, ty dziwko! Jak jeszcze raz ty albo ten twój zgrzybiały fagasik powiecie, że jestem obleśna, gruba i śmierdząca, to jak wstanę, jak przypierdolę w te durne, siwe łby, to zabiję! Zabiję! – tłuścioszka zdenerwowała się nie na żarty. - Nie dość, że gruba i obleśna, to jeszcze krzyczy – spokojnie powiedział dziadunio. – Nie drzyj się tak, bo mnie głowa boli. - Sam tego chciałeś! – Marzena doskoczyła do staruszka, wzięła potężny zamach i uderzyła go otwartą dłonią w twarz, aż dziadziuś rozciągnął się na podłodze jak długi. - Ratunku!!! – krzyknęła jego żona ile sił w płucach. – Policja! Mordują! I gwałcą! Ludzie, gwałcą mnie ci grubi zboczeńcy! Policja! - To się babcia rozmarzyła – powiedziałem. - Zamknij jadaczkę, ty stara lampucero! – huknęła na nią Marzenka i biedna kobiecinka natychmiast umilkła, kuląc się w sobie. - Jesteś tak żałosna i chuderlawa, że żaden facet by cię nie tknął, nawet mój Romuś. Prawda, Romuś? - Prawda, prawda – spojrzałem z niepokojem na dziadka, który leżał na podłodze jak nieżywy. - Ludzie, pomóżcie mi! – jakiś rosły facet chwycił Marzenę za ramie.– Trzeba zaprowadzić na policję tę terrorystkę! Jest cholernie niebezpieczna! - Nie dotykaj mnie, grubasie! – Marzena z całej siły uderzyła mężczyznę w nos, aż facet cały zalał się krwią. - Uciekamy! – chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę drzwi, które właśnie się otworzyły, bo tramwaj dojechał do przystanku.…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych