Nocny Pianista VII, VIII i część IX
Powli zbliżamy się ku końcowi... :):)
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
VII Znaleźli się na zamku o świcie. Veronica była już tylko sopelkiem lodu. Elizabeth ocuciła ją i wykąpała w niemalże gorącej wodzie. Niestety na tym się nie skończyło. Po kilku godzinach leżenia w łóżku, dziewczyna zaczęła kaszleć. Diagnoza była ostateczna: zapalenie płuc. Ronald nie odstępował na krok jej pokoju. Przynosił lekarstwa, czytał książki i wykonywał masę innych czynności. Elizabeth nie była zadowolona z całej tej sytuacji. Nie lubiła Veronici, nie wiadomo dlaczego, lecz tolerowała ją z pewnością tylko ze względu na Gerarda. A jego jak nie było, tak nie było. Ronald starał się nie wspominać o przykrej przygodzie, która stała się przyczyną choroby Veronici. Ona sama milczała jak zaklęta. Wpatrywała się w sufit jakimś dziwnym, błędnym wzrokiem i rzadko kiedy mrugnęła oczami. Elizabeth twierdziła, że to szok, ale Ronald był zupełnie innego zdania. - Omotał ją, moja droga – stwierdził podczas jednej z rozmów, z gosposią. - Nonsens. Gerard taki nie jest... Za bardzo mu na niej zależy. - Tak bardzo mu zależy, że w środku zimy, w nocy zwabia ją do mrocznego lasu? Czy tak robi mężczyzna, który kocha? Przecież to absurdalne. - Nic o nim nie wiesz – zaperzyła się Elizabeth. - Wiem więcej niż ty. Nie pozwolę mu skrzywdzić tej dziewczyny. Jak tylko wyzdrowieje, powiem jej całą prawdę – odparł z przekonaniem. - Jaką prawdę? – zapytała z niepokojem. - CAŁĄ prawdę – odrzekł wymijająco i zmierzył swą rozmówczynię ostrzegawczym wzrokiem. A Veronica nie zdrowiała szybko. Kaszle nasiliły się, a z nosa nierzadko wypływała krew. Ronald niepokoił się o nią coraz bardziej. Bladła i nikła w oczach jak motyl, zamknięty w słoiku. Jej oczy już dawno straciły swój blask, blade usta nie otworzyły się, w ani jednym jej słowie. Pewnego popołudnia po prostu straciła przytomność. Zrozpaczony Ronald wspiął się na najwyższą wieżę zamkową i stanął na balkonie, krzycząc: - To twoja wina! Wiesz, że to twoja wina! Co chcesz udowodnić, zabijając ją? Że jest niczyja tylko twoja? Zaklinam cię, jeżeli ją kochasz to przywróć jej zdrowie! Odpowiedział mu tylko mroźny wicher, targający drzewami. - Odejdę! Niech ona tylko wyzdrowieje! Uratuj ją szatanie! Uratuj, bo wiem, że możesz! Nikt nie odpowiedział na jego wezwania. Mężczyzna wolnym krokiem opuścił wieżę, opierając się o kamienne mury. Na cóż zdał się jego ratunek i poświęcenie. Został wyśmiany i zlekceważony, a ona i tak umrze. Veronica otworzyła oczy. Z jej czoła spływał pot, spowodowany wysoką gorączką. Ponownie spojrzała w sufit, dysząc ciężko. Otworzyła usta i zamarła, jakby chciała coś powiedzieć, lecz nie mogła tego zrobić. Po chwili rozległ się jej szept: - Gerardzie... Nocny Pianisto... Coś lodowatego spłynęło po jej twarzy. Otworzyła szerzej oczy. Obraz nie był już tak zamazany jak wcześniej. Zimna fala spłynęła w dół, poprzez całe jej ciało, aż po koniuszki palców u nóg. Usłyszała znajomy głos.
Ten chłopiec prosi bym Cię uratował. Niepotrzebnie zadawał sobie trud. Ja nigdy Cię nie opuszczam. Nawet na chwilę.
Dziewczyna milczała, wpatrując się w pustą ścianę.
Kochasz go?
Veronica nadal milczała. Głos ponowił pytanie.
Kochasz go? - Nie wiem – szepnęła.
Moje biedne dziecko. Zwątpiłaś we mnie. Nie wolno Ci we mnie zwątpić.
- Nie widzę cię. Ostatnio wcale nie czuję. Myślałam, że to już koniec.
Przecież tak dobrze mnie znasz. Przecież jesteś tak silna. Mówię: wstań z łóżka i podejdź do lustra. Spójrz na siebie i zobacz tam i mnie.
Veronica odsunęła kołdrę i usiadła na łóżku. Naprzeciwko stało duże, ładnie zdobione w złotej ramie lustro, w którym zwykle przeglądała się z rana. Powoli, jedną nogę, potem drugą postawiła na podłodze. Wspierając się o kolumnę łoża, wstała, chwiejąc się lekko. Podeszła do lustra. W nieskazitelnie czystym szkle odbijała się postać dziewczyny z lekko zaróżowionymi policzkami, błyszczącymi oczami i nieco potarganymi włosami. Uśmiechnęła się szeroko. Dziwna duszność, która nie pozwalała jej oddychać, minęła bezpowrotnie. Wzięła głęboki, świeży, zdrowy oddech. Nie zastanawiając się dłużej narzuciła na siebie szlafrok i pobiegła do gabinetu Gerarda. Usiadła przy pianinie i uderzyła w klawisze. - To na twoją cześć Nocny Pianisto – powiedziała na głos, uśmiechając się do siebie. Ronald schodził właśnie z trzeciego piętra, gdy usłyszał dźwięk fortepianu. Tylko ona mogła grać. Serce zabiło mu jak szalone. Ruszył pędem wzdłuż korytarza i zbiegł ze schodów. W pewnej chwili poczuł coś bolesnego w okolicach kostki i runął jak długi, staczając się coraz szybciej. Chwycił jakiejś wystającej włóczni z rzeźby i zatrzymał się w samą porę. Jeszcze chwila, a wypadłby przez otwarte okno, na półpiętrze schodów. Odetchnął z ulgą i mocno obolały podniósł się na nogi. Nie zszedł jednak niżej, tylko zawrócił, uważnie obserwując każdy stopień schodów. Na jednym z nich dostrzegł coś dziwnego. Wzdłuż stopnia przebiegała cienka, niemal przezroczysta, mocna linka. - A więc to tak – mruknął, zrywając linkę. – Ktoś tu bardzo chce się mnie pozbyć – powiedział na głos, rozglądając się wokół siebie. – Niech się tylko dowiem kto. Schował do kieszeni przyczynę swego upadku i już nieco uważniej zszedł z powrotem na dół. Zatrzymał się tuż przed drzwiami, zza których dobiegały piękne dźwięki fortepianu. Trzymał rękę na klamce przez dłuższą chwilę. Cóż miał zrobić? Ta utalentowana, wrażliwa pianistka jeszcze niespełna godzinę temu leżała na wpół martwa. Teraz siedzi i gra najpiękniejsze melodie. Lecz nie dla niego. Nie dla niego tworzy i śpiewa, lecz dla... Nocnego Pianisty. To on z pewnością wrócił jej zdrowie. Poczuł ukłucie zazdrości w sercu. Cokolwiek by nie zrobił, już wiedział, że Veronica należy tylko do Gerarda. Nie dało się nie zauważyć jej błędnego wzroku, szybszego oddechu, delikatnego uśmiechu na ustach, gdy tylko wspomniane zostało „jego” imię. Oparł się o drzwi, zamykając oczy. Jak mogła kochać takiego potwora? Jak mogła? Przecież... ona nic o nim nie wie. A jeśli się dowie? Czy nadal będzie go kochać i wielbić? Otworzył oczy i nie zastanawiając się dłużej, wpadł do gabinetu. Blade, delikatne dłonie uderzały w klawisze. Zarumieniona twarz przekrzywiona była w lewą stronę. Oczy miała zamknięte, na ustach gościł ten znajomy uśmiech. Pukle potarganych, ciemnych włosów spływały na zaróżowione policzki. Ronald stał nieruchomo i wpatrywał się w nią z nieukrywanym zachwytem. Gdziekolwiek się nie znajdę Cokolwiek będę robiła On zawsze będzie ze mną
Przyszedł jak we śnie Przyszedł jak ze snu Dotknął mych myśli Zaczarował je
W tym pokoju, w mej pieśni Jego muzyka i serce przebywa Czuję jak mnie dotyka Słyszę jak wymawia me imię Widzę jak uśmiecha się do mnie
Mój Nocny Pianista Mój Mistrz Muzyki Jest właśnie tutaj
Mistrzu mój graj dalej! Ucz mnie, kochaj mnie! I nie opuszczaj nigdy!
Nie wytrzymał. Podbiegł do Veronici i chwycił jej dłonie, łkając cicho. Przestraszona dziewczyna otworzyła oczy. - Co tutaj robisz, Ronaldzie? Mężczyzna przestał łkać, lecz spojrzał na nią błagalnym wzrokiem. - Przestań grać Veronico. Proszę, przestań. - Dlaczego? Nie podoba ci się? – zapytała z rozżaleniem. - Czy mi się nie podoba? Veronico! Otwierasz bramy niebios, gdy grasz i śpiewasz! Nie robisz jednak tego dla mnie. Nigdy nie będziesz, prawda? – dodał cicho, spuszczając wzrok. - Nie rozumiem. Gram dla wszystkich. Niech wszyscy słuchają i cieszą się mym szczęściem! – zerwała się z krzesła i podbiegła do okna. Na jej ustach wykwitł szczery, szeroki uśmiech. - Tak, ale nie myślisz o mnie, tylko o nim. Proszę, nie kłam – odparł. - Nie przeczę. Skoro wiesz, to po co pytasz? - Rozumiem cię. On jest taki fascynujący, czyż nie? Niestety nie znasz jego prawdziwej natury. Mógłbym się dziwić gdybyś znała, lecz nadal go czciła. - Co chcesz przez to powiedzieć? - Usiądź – wskazał jej miejsce na kanapie. Zaniepokojona Veronica usiadła, lecz tylko z brzegu, wpatrując się w niego z lekkim zdziwieniem w oczach. Ronald zaczął maszerować wzdłuż pokoju, łapiąc się co chwilę za głowę, jakby walczył sam ze sobą. - Twoje wyobrażenie o Gerardzie jest mylne i niewłaściwe. Nie jest to oczywiście twoja wina, bo nikt JEGO pokroju, prawdy by ci nie powiedział. - Znów zaczynasz? Och, ileż razy ci mówiłam, że on by muchy nie skrzywdził. Tyle mnie nauczył, otoczył troską... Na Boga! Dziś uratował mi życie! Ronaldzie, przyszedł do mnie i uzdrowił! - Niech to wszystko diabli! – Ronald uderzył pięścią w ścianę. - Wiem, ale dość! Dosyć tych kłamstw, naiwnej opieki i pozorów szczęśliwego życia! Żyjesz pod jednym dachem z szaleńcem i mordercą! Taka jest prawda! - Nie rozśmieszaj mnie. Kogo mógłby zabić ktoś taki jak on? – Veronica wstała z kanapy i oparła ręce na biodrach, wyraźnie rozjuszona. - Swoich rodziców... twojego ojca – odparł nieco ciszej, obserwując jej reakcję. - O czym ty mówisz? Mm... mojego ojca? Oczy Veronici zabłyszczały nerwowo. - Tak. Twój ojciec nie żyje. Przykro mi. Zaraz po twoim występie z Gerardem przyszedł, by z nim porozmawiać, prawda? Potem ty wyszłaś i... - Niemożliwe... nie.... – Veronica czuła, że serce zaraz jej wyskoczy z piersi. - Nic o tym nie wiedziałaś! Nie mogłaś wiedzieć. Kiedy twój brat znalazł martwego ojca, Gerard już „zapraszał” cię do swego świata. - Kłamiesz... - Nie wierzysz? To patrz – wyciągnął z kieszeni aksamitną, bordową chustkę, na której błyszczały inicjały E.G. – Twój ojciec miał to w dniu koncertu? - Tak – szepnęła, ocierając łzy, które mimowolnie spłynęły po jej policzkach. - Przykro mi, ale musiałaś poznać prawdę. Znałaś ojca. Myślisz, że pozwoliłby obcemu mężczyźnie cię zabrać od tak sobie? Musiał umrzeć. Tak samo jak rodzice Gerarda. Veronica osunęła się na kanapę, dysząc ciężko. - Dlaczego zabił swoich rodziców? – zapytała słabo. - Nie mogę ci tego powiedzieć. To zbyt okropne jak dla twoich uszu. Już dość przeżyłaś jak na jeden dzień. Wiedz jednak, że stało się to w akcie zemsty i nienawiści. Tak, Veronico. Nienawiść i szaleństwo przepełnia duszę Gerarda. Nie masz nawet pojęcia jak niszcząca to siła. Jak wstrętna i zła. Ona doprowadziła go do samotności, w której teraz żyje. - Kim ty jesteś? Skąd to wszystko wiesz? – dziewczyna zerwała się tapczanu i szarpnęła Ronaldem. – Mów! Skąd to wiesz!? Jakie masz prawa i udział w tej całej historii?! Ronald westchnął, a na jego twarzy pojawiła się nuta obrzydzenia. - Jestem jego bratem, Veronico. Bratem, ale po innym ojcu. Co nie zmienia faktu, że bratem i... to najgorsze co mogło mnie spotkać w życiu. - Nienawidzisz własnego brata – szepnęła, patrząc na niego z przerażeniem. - Nie nienawidzę! To on nienawidzi mnie! - Dosyć! Veronica złapała się za głowę i wybiegła z pokoju. To nie mogło być prawdą. On kłamał. Kłamał, bo jest o nią zazdrosny. A jeśli nie? Wbiegła do sypialni i rzuciła się na łóżko. - CÓŻ ZA OBRZYDLIWOŚĆ! – krzyknęła najgłośniej jak potrafiła. – Ty oszuście! Wykorzystałeś mnie! Zwiodłeś, oszukałeś, zamordowałeś mojego ojca! Odebrałeś to co kochałam najbardziej! Tak, najbardziej, bo ciebie nie! Po co to wszystko? Tylko dla tych kilku chwil spędzonych ze mną przy fortepianie!? JESTEŚ OBŁĄKANY! Ponownie ukryła twarz w poduszce, łkając głośno. Przesunęła ręką po prześcieradle i natrafiła na coś miękkiego. Spojrzała w tamtą stronę... po czym zerwała się z krzykiem. W rogu łóżka leżał martwy kot. Do sypialni wbiegł Ronald. - Co się dzieje!? – zapytał przerażony równie mocno jak Veronica. - Zabierz tego kota – szepnęła. Mężczyzna podszedł do zwierzęcia i zamiast go wyrzucić, zaczął dokładnie obmacywać. Przesunął ciało kota i zobaczył dziwną plamę na prześcieradle. Powąchał, po czym zajrzał pod łóżko i wyciągnął małą butelkę, na wpół już opróżnioną. Obracał ją przez chwilę w palcach, po czym z całej siły cisnął o ścianę. - Twoje „lekarstwo”! Podtruwała cię, żmija! Jest tyle samo warta, co Gerard! - O kim mówisz? – zapytała z przerażeniem Veronica. - O Elizabeth oczywiście! Nie możesz tu dłużej pozostać. Ja też nie. Mnie również chcą wykończyć – przypomniał sobie swój upadek ze schodów. - Nie obroni cię nawet Gerard, bo on nie panuje nad sobą samym! - Co teraz? – dziewczyna oparła się o ścianę. - Uciekamy stąd! Dziś w nocy! Nie mów nikomu, zachowuj się naturalnie. Porozmawiamy za godzinę, przy kolacji. Ronald omiótł pomieszczenie złowrogim spojrzeniem i wyszedł. Veronica wyciągnęła z szafy płaszcz podróżny i ciepłe ubrania. Stała przez chwilę, wpatrując się w swoje lustrzane odbicie. - Przedstawienie nadal trwa – powiedziała na głos i przejechała palcem po lustrze. – Do czego nas może zaprowadzić nasza pasja? Do czego? Wepchnęła do walizki najpotrzebniejsze rzeczy i ukryła ją pod łóżkiem. Stała jeszcze przez chwilę, rozglądając się dookoła. Czuła dziwną pustkę, która nagle ogarnęła jej serce. Nie wiązało się to jednak ze strachem, lecz ze świadomością upływu jej sennego marzenia, które właśnie zmierzało do końca. Wszystkie jej oczekiwania rozpadły się niczym krucha skała. Kochany ojciec, który zawsze był jej życiową podporą, nie żyje. Mistrz Muzyki okazał się pospolitym mordercą i szaleńcem, który w dodatku ją wykorzystał. Piękno zamku, jego tajemniczość i muzyka – to już jej nie było potrzebne. Już ją nie zachwycało. Dopiero teraz zdała sobie sprawę w jakiej klatce żyła, u boku jakiej osoby, jak bardzo ją oszukiwano. Wszystko nagle stało się mroczne, podejrzane i złe. Wyciągnęła obie dłonie i utkwiła w nich wzrok. Dotykała jego fortepianu i grała przeklętą muzykę. On dotykał jej, wmawiał różne rzeczy, budził współczucie i żal, a także... miłość. Miłość do nieszczęsnego artysty, który utwierdzał ją w przekonaniu, że jest kimś wyjątkowym. Jeżeli w jego oczach ona miała być kimś wyjątkowym, to... Z obrzydzeniem spojrzała jeszcze raz w swoje odbicie w lustrze. - Koniec z tym! – powiedziała dobitnie i zamaszystym krokiem opuściła sypialnię. Mijając korytarz na drugim piętrze, dostrzegła Elizabeth, śpieszącą do jadalni. Zwolniła trochę, by móc jej się przyjrzeć. Poczciwie wyglądająca starsza pani miałaby ją podtruwać? Nigdy nie okazała jej wrogości. Ich spojrzenia spotkały się. Kobiecina uśmiechnęła się wesoło do Veronici i przyspieszyła kroku. Jej spojrzenie zdawało się mówić: „Gerard cię uratował, prawda? Tak bardzo mu na tobie zależy...” Veronica nie potrafiła nienawidzić tej kobiety. W jej oczach było coś z wizerunku czarnoksiężnika, ale też coś łagodniejszego i przyjemniejszego zarazem. Nie, Ronald z pewnością się myli. W końcu musiał zdobyć się na nie lada odwagę, by jej powiedzieć prawdę. Była na siebie zła, że niemal wszyscy wokół dostrzegali jej zaślepienie, tylko nie ona sama. Weszła do jadalni. Ronald już tam na nią czekał. Siedział, zamyślony, podpierając brodę dłońmi. W delikatnym świetle świec wyglądał jeszcze bardziej przystojnie. Veronica usiadła tuz obok niego. Przez chwilę panowało niezręczne milczenie. Wszyscy wokół tylko krzątali się, usługując i zdawali się nie zauważać ich dziwnych nastrojów. - Jesteś gotowa czy jednak wolisz zostać? – odezwał się wreszcie. Dziewczyna nie zdążyła odpowiedzieć, bo przysiadła się do nich Elizabeth, mówiąc wesoło: - Czarnoksiężnik wraca jutro nad ranem. Nareszcie! Brakowało nam go tutaj, prawda? Zarówno Ronald jak i Veronica poczuli jakby przed chwilą połknęli spory kamień. Gosposia zdawała się być bardzo zadowolona z tego powodu. Zerkała jednak co chwila w ich stronę, rzucała znaczące spojrzenia. Wiedziała. Jakimś cudem wiedziała, co planują. Veronica nie zjadła prawie nic podczas kolacji. Rozmawiała szeptem z Ronaldem, a Elizabeth co jakiś czas przysiadała się do nich, jakby chciała się upewnić, że zrobią to, co zamierzają. Godzinę później, około godziny dwudziestej pierwszej, Ronald stał przed zamkiem i siodłał dwa, kasztanowe konie. Dziewczyna kręciła się po swoim pokoju. Odczuwała dziwny stan nerwowy na przemian z objawami radości i ulgi. Coś podpowiadało jej, że źle robi, że z tego nie wyniknie nic dobrego. Z drugiej zaś strony ucieczka wydawała się najlogiczniejszym wyjściem z sytuacji. Życie u boku Gerarda, udawanie, że nie wie się nic, wieczna gra pozorów, to była o wiele gorsza perspektywa niż skutki ucieczki. Ostatecznie chwyciła płaszcz i zapominając zabrać nawet walizkę, którą spakowała, wybiegła na korytarz. W zamku zrobiło się dziwnie pusto i zimno. Brakowało czegoś. Brakowało jego! Czy już wiedział? Czy może właśnie wraca do domu w błogiej nieświadomości? Veronica szła na palcach, opierając się o ściany. Nagle wyrósł przed nią cień znajomej postaci. - Czyli zdecydowałaś się – usłyszała głos Elizabeth. Nie odpowiedziała nic. Wolała to przemilczeć. Może to jakaś pułapka Gerarda? - Idź Veronico, idź. I niech przeznaczenie się dopełni – kobieta założyła ręce do tyłu i zniknęła w ciemnościach nocy. Teraz było już o wiele gorzej iść na przód. Veronice zdawało się, że wszystkie przedmioty, jakie mijała, patrzyły na nią z nieukrywanym obrzydzeniem. Słyszała dziwne szepty, które jakby dobiegały zza ścian:
Zdrajczyni.... Oszustka.. Fałszywa muza... Los cię przeklnie za twą fałszywość...
To było nieprawdą. Opuszczała przecież szaleńca i mordercę. Zamek, który dla innych stałby się zwykłym szpitalem psychiatrycznym. Nie chciała w nim skończyć. Ratowała siebie. Musiała to zrobić. Choćby dla ojca, który do końca przeciwstawiał się Gerardowi. Nie zawiedzie go. Szła co raz szybciej, nie dbając o to czy robi hałas, czy nie. Już było za późno. Karty zostały odkryte i nie ma odwrotu.
Biada samolubnym stworzeniom Biada fałszywym ludziom
Głosy wciąż ją prześladowały. Zdawały się wnikać w jej umysł, dźwięczały w uszach. Spocona i lekko przerażona pchnęła drzwi wyjściowe i owiał ją przyjemny, orzeźwiający mróz zimy. - Co się stało? – Ronald popatrzył na nią z niepokojem. - Nic, nic – wydyszała, okrywając się szczelniej płaszczem. – Jedźmy już, proszę. Za późno na żale i naprawianie błędów. Tylko już chodźmy stąd! Ronald objął nagle i mocno przytulił. - Wszystko będzie dobrze, Veronico. Nie pozwolę cię skrzywdzić. Ruszyli galopem pośród ciemności nocy. Veronica co jakiś czas oglądała się za siebie. Wieże zamku znikały z każdą chwilą, a wraz z nimi jej przerażenie i niepokój.
VIII Poranne słońce wstało wyjątkowo wcześnie. Mieniło się głównie złowieszczą czerwienią. Jak na zimowy poranek było wyjątkowo silne i nienaturalnie jasne. Drzwi jadalni zamkowej otworzyły się z hukiem. W progu stanął Gerard, trzymając pod pachą sporą paczkę. Wyglądał o wiele lepiej niż przedtem, gdy opuszczał zamek. Jego postura wydawała się mniej mroczna, a oczy ciskały wesołe iskry. Uśmiechnął się na widok przygotowujących śniadanie. Oni zaś na moment zaprzestali pracy, patrząc z niedowierzaniem na czarnoksiężnika. Nigdy przecież nie pojawiał się za dnia. Gerard postawił paczkę na stole i zdjął z rąk czarne, skórzane rękawiczki. - Veronica jeszcze śpi? – zapytał Elizabeth, siadając na krześle. – Przygotuj mi coś do jedzenia. Gosposia jednak nadal stała w miejscu, wpatrując się w niego uważnie. - Co tak stoisz? Słuch ci się popsuł? Jeśli tak to mów... trzeba to naprawić. Elizabeth poczerwieniała, ale nadal stała w miejscu, oddychając głęboko. Inni poszli za jej przykładem. - Co się dzieje? – czarnoksiężnik podniósł się z krzesła i rzucił badawcze spojrzenie na wszystkich. - Wyjdźcie stąd! – rozkazała Elizabeth pozostałym. Po chwili, reszta służby w milczeniu opuściła pokój. - Co się dzieje do diabła? – Gerard podskoczył do kobiety jak oparzony i potrząsnął nią silnie. – Mów! Co się... – zamilkł nagle, widząc wymowne spojrzenie służącej. Zrzucił z siebie płaszcz i wybiegł z jadalni. Pobiegł prosto na górę, do sypialni Veronici. Drzwi były uchylone, lecz w środku nikogo. Zaczął przeszukiwać szuflady, kredens, szafę, tak jakby ona miała się tam gdzieś schować. Zajrzał pod łóżko. Wyciągnął stamtąd walizkę, pełną podróżnych ubrań. Jego ruchy stały się nagle bardzo wolne, aż w końcu stał, niemal skamieniały, patrząc się prosto przed siebie. Trwało to kilka minut. Potem znów wybiegł z pokoju jak oszalały i zbiegł na dół. W hallu dostrzegł Elizabeth. - Gdzie jest ten przeklęty Ronald?! Zawołaj go, muszę z nim... - Oni odeszli, Gerardzie! – przerwała mu. – Odeszli i już nie wrócą. To musiało się stać. Nie przewidziałeś tego? Czarnoksiężnik przestał się kręcić w kółko i rzucił jej błagalne spojrzenie. - Nie, mój drogi – Elizabeth zdawała się czytać w jego myślach. – To żadna iluzja. Przynajmniej jedyna, prawdziwa rzecz w tym zamku. Niewdzięcznica odeszła. Grała na twoim fortepianie, wychwalała cię, a potem po prostu odeszła. Trzeba było mnie słuchać. Mówiłam, że jest nic nie warta, że ogarnie ją strach, że... - ZAMILCZ! Gerard oddychał teraz bardzo szybko, próbując nadążyć za szybko bijącym sercem. Jego twarz wykrzywił dziwny grymas. - A więc to tak!? – ryknął. – Dobrze! Nie.. tego nie... – zamilkł i rzucił się w kierunku schodów, prowadzących do podziemi. Jego głos roznosił się echem po całym zamku.
Już dosyć tych gierek wojny nadszedł kres! Już dosyć prób nędznych duszy mej!
Dość nocy i jej melodii! Dość muzyki i jej zbrodni!
Nagle odezwały się i inne głosy. Te same, co straszyły Veronicę, gdy opuszczała zamek. Wszystkie rzeźby, obrazy, a także mieszkańcy śpiewali równym głosem:
Szaleniec i morderca odsłania już swoją twarz! Uciekłeś przed szatanem? Nie lada szczęście dziś masz!
Gerard odnalazł w mrocznym korytarzu podziemi jakąś skrzynię. Niemal rzucił się na nią, wyrzucając z niej całą zawartość. Na końcu wyciągnął olbrzymią siekierę. Zacisnął na niej dłonie, a także swoje zęby. Ponownie ruszył pędem, tym razem na górę. W hallu nadal stała gosposia. Podbiegł do niej i znów nią potrząsnął.
Dlaczego pozwoliłaś odejść jej? Dlaczego to zrobiła i to bez zgody mej?
- Gerardzie... co chcesz zrobić? – spojrzała z niepokojem na siekierę. Ale on nie odpowiedział. Ruszył w kierunku swojego gabinetu.
Młoda pianistka Co grać cudnie umiała Co duszę i serce me uwiodła Wszystkiego co można zapragnąć, miała!
Młoda pianistka geniuszem w swym rodzaju była! Obiecywała requiem dla samotności a pod sercem nienawiść i zdradę kryła!
Tajemnicze głosy wtórowały mu, śpiewając złowieszczo:
Szaleniec i morderca nie kryje już swych zamiarów! Następna ofiara już czeka pośród cieni umysłu jego nocnych marów!
Potykał się o kolejne stopnie…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil Pani Snape
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…