Wróć do katalogu

Ona

Dosyć stare opowiadanie, aczkolwiek niedawno skorygowane i poprawione. O czym? Trudno określić

Filipinkaa, opublikowano , 20 min czytania, 5,0 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

"...Ona jest inna...Ona przybyła z nikąd..."

- Skąd ona przybyła? - pytali. - Ona przybyła z nikąd - odpowiadali. *** Wiedziała, że jest inna. Wiedziała, że tu nie pasuje. Nie wiedziała, dlaczego tu jest. I możliwe, że nigdy by się nie dowiedziała gdyby nie On. Przybył stamtąd, skąd Ona przybyła, choć sama nie wiedziała skąd jest. Nie myślała o tym, tylko żyła swoim własnym, tajemniczym życiem, w którym nie było miejsca dla nikogo innego oprócz niej samej. Zmieniło się to, gdy pojawił się On. *** Był zimny deszczowy poranek. Stanęła przed ratuszem i spojrzała w pochmurne niebo. Nie rozumiała zbyt wiele. Pamiętała tylko strzępki rozmowy: "nie możemy tego zrobić...", "Ale trzeba...", "Masz rację, ale...", "dla dobra wszystkich...". Wszystkie inne wspomnienia rozwiały się gdzieś wraz z blaskiem gwiazd ustępujących świtowi. Nie wiedziała co myśleć; nogi powiodły ją w stronę wschodzącego słońca. *** Szła pustymi ulicami. Słychać było tylko stukanie jej butów o bruk. Choć padało - nie zmokła, choć było zimno - nie zmarzła. Czuła, że to nie jej świat, czuła, że coś jest nie tak, ale wciąż nie wiedziała co tutaj nie pasuje. Po chwili zrozumiała - to Ona. To Ona była elementem innej układanki. To Ona była inna od reszty. Znów spojrzała w niebo. Westchnęła i ruszyła dalej wprost przed siebie. *** Nadszedł ranek. Po deszczu zaświeciło słońce. W oddali było słychać radosne krzyki dzieci biegnących do szkoły. Na rynku rozpoczął się codzienny gwar. Zaczęto otwierać sklepy, kawiarnie i restauracje. Po prostu dzień jak co dzień. Dla wszystkich. A raczej dla wszystkich oprócz Niej. *** Wróciła tam, pod ratusz. Przeszła wokoło całego rynku, a każdego kogo minęła przeszyła fala zimna i ciepła zarazem, fala pewności i zwątpienia, strachu i ekscytacji. Wszyscy ci patrzyli na nią, oddalającą się wśród tłumu, aż nie zniknęła im z oczu. "Ona jest inna... Ona przybyła z nikąd..." krzyczała każda cząstka ich umysłów. Czuła narastającą panikę. Jej kruczoczarne włosy powiewały nienaturalnie na wietrze. Choć nic nie pamiętała, wiedziała, że jeszcze nigdy nie czuła się taka jak teraz - jeszcze nigdy nie była tak przerażona, jak obecnie. Odgarnęła drżącą ręką włosy z czoła. Spojrzała swoimi zielonymi, kocimi oczami na mijających ją ludzi. "Oni są tacy... normalni." pomyślała. Spojrzała po raz kolejny w niebo. Nadal było ciemne i ociężałe, choć gdzieniegdzie widać było smugi światła słonecznego. Pamiętała, że od zawsze lubiła patrzeć na niebo, błękitne w dzień, granatowe w nocy, o zachodzie różowe z odcieniami pomarańczu. Czasem bywało zasnute chmurami lekkimi jak puch, lub ociężałymi, które zdawały się spaść za chwilę na ziemię. Widok ten uspakajał ją. Nawet błyskawica na niebie potrafiła ukoić jej strapionych myśli. Tak też było i tym razem. Nagle... to stało się tak szybko... uderzyła w nią fala mocy, którą znała, która o mało nie zwaliła jej w tej chwili z nóg. Wreszcie poczuła się sobą, poczuła, że wszystko się jeszcze ułoży... Sięgnęła do wewnętrznej kieszeni kurtki, tak, nadal tam była. Pogładziła palcem wypolerowaną powierzchnię drewna. Nabrała pewności siebie, a delikatny uśmiech rozświetlił jej bladą twarz. Ruszyła, gdzie oczy ją poniosły. *** – Tamara! Chodź na kolację! – krzyknęła wątła kobieta o zatroskanym spojrzeniu. Dziewczyna zeszła po schodach. Mimo, że od wydarzeń tamtego pamiętnego dnia minęło już prawie pięć lat Ona prawie nic się nie zmieniła. Długie czarne niczym sadza włosy nadal okalały jej nadmiernie bladą i szczupłą twarz z dużymi, zielonymi, bystrymi oczami, które potrafiły dostrzec rzeczy istniejące poza świadomością innych ludzi. Przez te lata znalazła nową rodzinę. Ale mimo to nie zaznała tej prawdziwej rodzinnej miłości. Ludzie, których nazywała swoją familią byli dla niej nic nie znaczącymi osobami. Dawali jej dach nad głową, regularne posiłki i odosobnienie, którego tak bardzo potrzebowała. Była samotna. Nie dlatego, że nikt jej nie lubił ale dlatego, że nie potrafiła się z nikim zaprzyjaźnić. Przecież... była inna. Koledzy z klasy, do której chodziła szeptali za jej plecami, ale nikt nie miał odwagi wytknąć jej czegokolwiek na głos. Mówili o niej "Dziwaczka", czasami "Kujonka" albo "Sierota". Czuli, że jest inna. Była nietutejsza. Mówili: "Ona przybyła z nikąd". Szeptali, że zamyka się w pokoju i kuje, uczy się całymi dniami. I w pewnym sensie mieli rację. Ona jednak nie zwracała uwagi na te złośliwości i kłamstwa. Znała prawdę, choć tak naprawdę niewielu rzeczy była pewna tak do końca. Ale mimo wszystko była całkowicie pewna jednego: była czarownicą. Bardzo dobrą czarownicą. Za zamkniętymi drzwiami swojego pokoju rzeczywiście się uczyła. Ale wbrew wszelkiemu przekonaniu jej kolegów, uczyła się tam panowania nad swoją mocą, a posiadała przeogromną moc. Pamiętała, że od zawsze ją miała. Nie potrafiła nad nią jednak zapanować. Gdy się denerwowała, tłukła szklanki, gdy się smuciła sprowadzała deszcz i szarówkę. Sprowadzała na innych nieszczęścia lub sprawiała cuda – wszystko w zależności od huśtawki nastrojów. Teraz jednak ćwiczyła, aby ten dar losu ujarzmić. Nie było to łatwe. Możliwe, że nawet dorosły i doświadczony mag nie potrafiłby poradzić sobie z takim zadaniem, a ona robiła coraz większe postępy. Choć powinna być z tego dumna, nie satysfakcjonowało ją to. Cały czas nad tym pracowała nie dając sobie wytchnienia póki nie opanuje swej mocy do końca. Ćwiczyła zaklęcia i uroki, które znała, choć nie miała pojęcia skąd. Po prostu wiedziała i to jej wystarczało. Oprócz tego na kartkach papieru zapisywała składniki eliksirów i sposoby ich przygotowywania, opisywała magiczne stworzenia, rośliny i ich zastosowania. Całą swą magiczną wiedzę przelewała na papier. Jednak, gdy tylko chciała dać umysłowi chwilę odpoczynku, kładła się na łóżku razem z pustym arkuszem papieru i pisała. Pisała opowieści, jedne lepsze, drugie gorsze, ale zawsze o tym samym – o świecie w którym chciałaby żyć. A nie chciała pozostać tutaj na zawsze, sama jak palec wśród ludzi, do których nie pasowała. Dlatego czasem zamieniała się w kota i z perspektywy czworonogiego stworzonka oglądała ten inny świat, który był jej całkiem obcy. Ale mimo upływu lat coś nie dawało jej spokoju. Nic nie wiedziała: ani jak ma na imię, z jakiego świata przybyła i dlaczego tu jest. Nie interesowały ją odpowiedzi na te pytania, ale chciała tylko wiedzieć DLACZEGO? Dlaczego nic nie pamięta, nic nie wie o sobie samej i o swoim pochodzeniu, o świecie i rodzinie? Dlaczego skazano ją na tak marną egzystencję w świecie, który był gorszy niż więzienie? Dlaczego...? Z czasem pogodziła się z myślą, że już może nigdy nie dowie się prawdy. Że może już nigdy nie powrócić do swojego świata... Jednak gdzieś w głębi jej świadomości tliła się maleńka iskierka nadziei na powrót... *** Był pochmurny letni poranek. Nie wiedzieć czemu nogi znów poniosły ją w tamto miejsce. Prawdę mówiąc często tam wracała. Właściwie nie miała zamiaru tam iść, ale jakaś dziwna siła przyciągnęła ją tam. Dzisiaj jednak przypomniała sobie dokładnie tamten dzień, kiedy to się stało. Popatrzyła w zachmurzone niebo nad wieżą zegarową. To już był nawyk. Usiadła pod ratuszem i zamyśliła się. Odgarnęła z czoła ciemne kosmyki włosów. "Ostatnio wszystko wydaje się wyraźniejsze" pomyślała. Tak też było. Strzępy rozmowy układały się w dialog: – Musimy ją odesłać – mówił głęboki męski głos. – Ale to nasza córka! Nie możemy tego zrobić... – rozbrzmiewał rozhisteryzowany kobiecy głos. – Ale trzeba. Nie ma innego wyjścia. No, chyba, że chcecie stracić ją na zawsze... – ten głos był spokojny. Należał zapewne do jakiejś starszej osoby. – Masz rację ale... – Znów kobiecy głos, już trochę spokojniejszy. – To może oznaczać koniec świata, więc... – powiedział głos pierwszy. – Trzeba to zrobić dla dobra wszystkich – podsumował starzec. Bardzo intrygowało ją to wspomnienie. Oprócz tego przypomniała sobie obrazy z dzieciństwa, niczym zdjęcia z albumu: małą kuchnię, pokój pełen zabawek, troje ludzi uśmiechających się do niej... Nie bardzo rozumiała, co to mogło oznaczać i skąd te obrazy napłynęły. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Wydawałoby się, że czas zwolnił. Wzrok dziewczyny przeniósł się z wystawy sklepu z ubraniami w tamto miejsce, gdzie pojawiła się pięć lat temu. Właśnie tam, na tym samym bruku, pojawił się chłopak. Miał włosy koloru czekolady ułożone w fryzurę pod tytułem "nieład artystyczny". Miał duże niebieskie oczy którymi omiótł rynek. Gdy tylko Ją zobaczył ruszył w Jej stronę. Nagle poczuła coś czego jeszcze nigdy nie wyczuła u innej osoby: aurę, czy może raczej pewne pokrewieństwo dusz. "On jest taki jak ja..." pomyślała wstrzymując oddech. Wstała. On stanął przed nią i wtedy to zobaczyła. Spojrzała w niezmierzony błękit jego oczu, niewidoczny dla zwykłego człowieka, w toń tak głęboką, że mogłaby w niej utonąć. I właśnie wtedy, przypomniała sobie wszystko: – Ja...ja... jestem Amanda... – wyszeptała i zemdlała wprost w ramiona nieznajomego. *** Ocknęła się na ławce w parku. Nieznajomy siedział obok niej i przyglądał jej się badawczo. Po dłuższej chwili milczenia zapytała: – Kim jesteś? Nadal na nią patrzył jakimś przymglonym wzrokiem. Zamyślił się, a po chwili odpowiedział: – Jestem Tom. Jestem czarodziejem tak jak i ty. Przybyłem tu po ciebie. – To znaczy... że... wracam? – Łzy zaszkliły się w jej oczach. – Tak – odparł. Wtuliła się w jego ramiona i rozpłakała się. Nie były to jednak łzy smutku, żalu czy bezsilności, to były łzy szczęścia jakiego jeszcze nigdy wcześniej w życiu nie zaznała. *** Szli powoli w stronę Jej domu. Opierała swoją głowę o Jego ramię. "Pachnie kwiatami bzu..." pomyślała. Idąc przy nim ramię w ramię czuła jakieś dziwne ciepło w sercu. Nie zaznała jeszcze nigdy takiego uczucia. Mimo iż było jej nowe i nieznane, było bardzo przyjemne. Było jej dobrze jak nigdy. Szczęście rozpierało jej piersi, ledwo powstrzymywała się od wielkich okrzyków radości. To uczucie owładnęło nią i niosło niczym na skrzydłach. W skrytości…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych