oszaleć
co czuje szaleniec? gdzie jest myślami gdy nie ma go w rzeczywistości?
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Lipcowe, gorące słońce miało się ku zachodowi. Ciepłe, żółto-pomarańczowe promienie lizały błyszczące, ciemno zielone liście dzikiego winogrona i dojrzałe, nabrzmiałe sokiem owoce, oplatające mury. Tam gdzie nie napotykały na liście padały dalej, na ceglaste, omszałe gdzieniegdzie, mury zamku, zaglądając tu i ówdzie przez grube szyby w oknach. Nagrzana za dnia woda w fosie, okalającej zamek, odbijała nieskażony ani jedną chmurką, lazur nieba. Im dłuższe stawały się cienie, tym większy ruch panował na zewnątrz. Na ulicach, wyłożonych kocimi łbami, pojawiały się pierwsze służące w wykrochmalonych czepkach i fartuchach wykrzykując do siebie coś bez przerwy. Gdzieniegdzie słychać było stukot końskich kopyt i drewnianych kół wozów drabiniastych. W cieniu domów zbierały się grupki dzieci bawiąc się znalezionymi kijami w kurzu zmiecionym z ulicy. Na zamkowy taras, rozgrzany w ciągu dnia lipcowym słońcem, teraz w połowie zacienionym, wyszła pierwsza osoba. Szelest sukni wskazywał na kobietę. Przez chwilkę stała w cieniu. Po krótkim namyśle, odważnie wkroczyła na gorący taras. Lepkie, senne promienie słońca zalśniły w złotych włosach, przycupnęły na delikatnych policzkach. Zaszeleściła suknia. Taras opustoszał. Leniwy półmrok korytarza na chwilę ożył. Wiekowi seniorzy rodu spoglądali w milczeniu z portretów w złotych ramach, dumni z najmłodszej i zarazem najpiękniejszej potomczymi swego rodu, Konstancji. Złotowłose dziewczę mknęło ledwo dotykając purpurowego dywanu w korytarzu i na schodach. Kamienne, kręte schody prowadziły prosto do pałacowej kuchni. Na rozgrzanych do czerwoności płytach pieców dymiły olbrzymie gary. W niedużym pomieszczeniu zapach gotowanych warzyw mieszał się ze smakowitym zapachem pieczonych mięs i ciast. Rumiane kucharki w wykrochmalonych na sztywno fartuchach i czepkach przebijały się przez obłoki pary pokonując drogę pomiędzy stołem a piecem. Konstancji serce z radości zatrzepotało, w błękitnych oczach zalśniły łzy szczęścia. Przygotowania do wieczornego przyjęcia trwały w pełni. Rękoma zasłoniła usta by nie krzyknął, taka radość wypełniała ją od środka. Za chwilę mieli nadjechać pierwsi goście. Najważniejsza dla niej osoba miała przybyć najpóźniej, gdy słońce całkiem skryje się za zielonymi wzgórzami. Odwróciła się gwałtownie by wybiec z kuchni i… …poczuła jak uderza skronią w coś twardego. Z łazienkowej półki potoczyły się przybory toaletowe, częściowo na podłogę częściowo do wanny robiąc okropny hałas. W drzwiach stał czteroletni Kamil z ogromnymi łzami w oczach. Nie mogła przypomnieć sobie czy czegoś nie powiedziała mu nieświadomie. – Kamil? – usłyszała rozhisteryzowany głos Mariusza, który zbliżał się nie nieubłaganie zaniepokojony hałasem. Pchnęła Kamila do przedpokoju i zamknęła się w łazience. Zza drzwi dobiegł ją płacz dziecka, które pchnięte przez matkę upadło na kafelkową podłogę. Po chwili usłyszała głos Mariusza, uspokajał Kamila tuląc go do siebie, słyszała przytłumiony płacz malca. Poczuła wściekłość. Znowu była „tą najgorszą”. Dlaczego to nie do niej tulił się jej syn szukając bezpieczeństwa i miłości? Przecież to ona była matką, którą najbardziej na świecie kocha się, do której zawsze biegnie się w złych chwilach, której ciepła szuka się nocą gdy śnią się koszmary. – Madziu – usłyszała głos męża i pukanie do drzwi. – Madziu wyjdź z łazienki. – Odejdź! – Madziu, uspokój się… Spojrzała w swoje odbicie w lustrze… – Kochanie wyjdź stamtąd, porozmawiajmy… Zniknęły blond włosy, na głowie sterczały w nieładzie zaniedbane, tłuste włosy, kiedyś farbowane na jasno, teraz z kilkucentymetrowymi odrostami. Cerę miała ziemistą, oczy czerwone z kurzymi łapkami, z widocznymi licznymi zmarszczkami… usiłowała dopatrzeć się brzoskwiniowej cery, błękitnych oczu, ust jarzębiną malowane, ale te zniknęły. – Madziu, Madziu kochanie, proszę cię wyjdź… Spojrzała ze wstrętem na swoje dłonie, spracowane, z połamanymi paznokciami, zupełnie obce, jakby nie jej. Dresowe spodnie, które na sobie miała zakrywały jej zbędne kilogramy. – To nie ja – szepnęła. – Kochanie… – To nie ja! – krzyknęła rozhisteryzowanym głosem. Zza drzwi usłyszała głośniejsze łkanie Kamila, do ojca dołączyła zaniepokojona Ania, o coś pytała Mariusza. – To nie ja! Odejdź stąd. Ja chcę wracać, tam chce wracać. Ja tu nie mieszkam. – Madziu… – Ja nie jestem brzydka. Mam dziewiętnaście lat, piękne włosy, piękne ręce – szeptała do swojego odbicia w lustrze. – To nie ja! – krzyknęła z całych sił. – Nie ja – szepnęła osuwając się na podłogę. Do płaczu Kamila dołączył płacz Ani. Mariusz usiłował uspokoić oboje. Jego próby spełzły na niczym. Przerażone dzieci zaczęły wpadać w histerię. Magda oparła głowę o wannę i zamknęła oczy. Wyobraziła sobie pałacową kuchnię, już prawie czuła zapach gotowanych warzyw… – Madziu proszę cię, wyjdź z łazienki, przynajmniej otwórz drzwi. – Cicho! Wyobrażała sobie, że dotyka szeleszczącej sukni, wybiega z kuchni i biegnie krętymi schodami do sali balowej. Chciała wskoczyć w przerwany wątek, być znowu piękną Konstancją. Czekał na nią cudowny wieczór, pełen blasku, zapachu i… gorących uczuć. Tam była najpiękniejsza, górowała nad wszystkimi innymi damami urodą, dowcipem, obyciem. Bez końca mogła wpatrywać się w swoje odbicie w lustrze i nasycić swych oczu widokiem swoim nie mogła. Ile tak marzyła oparta głową o wannę? Straciła rachubę czasu, ale musiało to trochę trwać, bo zza drzwi usłyszała głos matki, która mieszkała na drugim końcu miasta. Mariusz dzwonił do teściowej, gdy nie mógł sobie poradzić z dwójką dzieci i dziwnym zachowaniem żony. Coraz częstsze napady Magdy napawały go przerażeniem. Jej krzyki, że „to nie ona”, czy „chcę tam wracać”, uświadamiały mu, że jego żona żyje w innym świecie, świecie obłędu. – Zabiorę dzieci do siebie na noc – rzekła teściowa odgarniając dzieciom włosy przyklejone do spoconego czoła. – Spróbuj porozmawiać z nią, wyciągnąć ją stamtąd. – A jak nie dam rady? Mam dzwonić do wariatkowa, żeby ją zabrali w kaftanie? – … – teściowa spojrzała ostro w stronę Mariusza, po chwili jej spojrzenie zmiękło, patrząc na dzieci rzekła – chyba nie mamy innego wyjścia. Porozmawiaj z nią, może dobrowolnie podda się leczeniu. – Próbowałem, kończyło się na tym, że wyrzucała potajemnie tabletki, oszukiwała mnie i dostawała kolejnych ataków. – Wiem – szepnęła. – Mam znajomego lekarza, może uda mi się załatwić coś bez zgody Magdaleny. Ona nie może przebywać z dziećmi. – Tylko co ja mam zdobić z dziećmi? Przecież to ona się nimi zajmuje jak jestem w pracy. Postaram się wziąć urlop na parę dni, ale póź-niej muszę wrócić z powrotem do pracy. – Ja się nimi zajmę. Może byłoby lepiej gdyby u mnie zostały przez kilka dni? – Tak będzie lepiej – rzekł po krótkim namyśle i bólem w sercu. Rozłąka z dziećmi wydawała mu się czymś strasznym. Nie cierpiał pustych i cichych pokoi, gdy dzieci gdzieś wyjeżdżały, nawet na parę dni. Perspektywa zostania z żoną sam na sam przerażała go. Każde nieobecne spojrzenie, nie pasujący wyraz w zdaniu, zbite naczynie i zaczynał obserwować Magdalenę w obawie, że to kolejny atak. Pomógł teściowej ubrać dzieci i spakować ich rzeczy. – Tatusiu, przyjedziesz do nas szybko? – spytała Ania nie chcąc opuszczać ramion ojca. – Postaram się najszybciej jak tylko będę mógł, obiecuję. – Mamusia wyzdrowieje? – Nie wiem kochanie, ale zrobię wszystko by wyzdrowiała i żeby była taka jak dawniej. – Bo ja ją bardzo kocham, ale boję się jej. – Wiem kochanie, przez parę dni będziecie u babci, a ja postaram się iść z mamą do lekarza. Bądźcie grzeczni u babci. – Będziemy. – Opiekuj się braciszkiem, musisz przez parę dni być dla niego mamą i tatą. Po dziecięcej twarzy spłynęły olbrzymie łzy. – Nie płacz kaczuszko, wszystko będzie dobrze. – Kiedyś też tak mówiłeś. – Bo ja cały czas wierzę, że tak będzie. Drzwi za dziećmi zamknęły się. Zza drzwi słyszał płacz Kamila i Ani odbijający się w pustych kątach korytarza. Po chwili wszystko umilkło. Bez nich czuł się całkiem bezradny. Cała sytuacja przerażała go i przerastała. Zapukał do drzwi łazienki. – Madziu? Wyjdź proszę, porozmawiamy. Odpowiedziała mu cisza. Ze schowka z narzędziami wyjął śrubokręt, zaczął odkręcać zamek w drzwiach, nie po raz pierwszy zresztą. Zdecydował, że nie założy go ponownie dla bezpieczeństwa Magdaleny. Obawiał się, że któregoś dnia może stać się coś poważnego i zanim znowu odkręci cały mechanizm, będzie za późno. Bał się sprecyzować co miało by oznaczać „coś poważniejszego”. Gdy wreszcie dostał się do łazienki, żona leżała zwinięta w pozycji embrionalnej na podłodze pomiędzy przedmiotami, które niedawno spadły z półki. Wpatrywała się w jakiś punkt nieobecnym wzrokiem. Nie reagowała na własne imię. Wystraszył się, że Magdalena wróciła do swojego świata. Nie miał pojęcia ile tabletek wyrzuciła, od jak dawna ich nie bierze. – Było tak pięknie – wyszeptała spojrzawszy na Mariusza. – Byłam taka szczęśliwa. – Wszystko będzie dobrze – pocieszał ją podnosząc z podłogi. Zaniósł ją do sypialni, położył na łóżku oblanym słońcem. Przykrył kocem. Coraz częściej patrząc na nią, nie poznawał jej. Z wesołej, grzecznej i bardzo odpowiedzialnej młodej kobiety zaczęła przeistaczać się w zaniedbaną babę nie panującą nad swoim życiem. Kiedyś dawano jej mniej lat niż w istocie miała, teraz wyglądała na o wiele starszą niż w rzeczywistości. Nadal jednak ją kochał, a może kochał wspomnienie, tamtą dziewczynę sprzed paru lat. Ciągle miał nadzieję, że zły okres minie i powróci jego słodka Madziunia. Dotknął pieszczotliwie jej twarzy. – Dlaczego nie chcesz się leczyć? Dlaczego wyrzucasz tabletki? – Tabletki zabierają mi szczęście. – A ja i dzieci? My nie jesteśmy twoim szczęściem? – Ja muszę tam wrócić. – Dzieci potrzebują cię. „Dzieci”. Fakt, miała dzieci. Kiedy ostatni raz trzymała je w ramionach? Oddaliły się od niej. Wszyscy się od niej oddalili. Wszystko zrobiło się szare, ponure, bez większej głębi. Nic nie dawało jej takiego wewnętrznego szczęścia jak tamto życie. – Ja cię potrzebuję. Znała całą procedurę. Za parę dni zgodzi się na wizytę u lekarza, żeby zrobić przyjemność Mariuszowi, udowodnić, że się zmieni. Dzieci wrócą do domu. Najpierw będą snuły się po domu przyglądając się jej uważnie, potem zaczną zagadywać i coraz bardziej ufać w to, że jest „normalnie”. Mariusz wróci do pracy, Kamil do przedszkola, a Ania do szkoły. Tylko wtedy będzie mogła zostać sama w
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil martaoleszczuk
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…