Wróć do katalogu

PIERWSZY DZIEŃ W PRACY

Romek Podrywacz postanowił podjąć pracę, by zarobić na wypasioną brykę, na którą mógłby wyrywać lasencje. Tym razem nie w głowie mu podryw, chociaż jego przełożoną jest zwariowana nimfomanka.

Robsonopublikowano 18 marca 200835 min czytania 4,7 / 5
Czytaj bezpłatny fragment
Pokaż fragmentZwiń fragment

Pierwsze 50%

PIERWSZY DZIEŃ W PRACY

Punktualnie o siódmej rano miałem zgłosić się w gabinecie pani dyrektor Ireny Chaos. Odwaliłem się więc w najlepszy garnitur, starannie ogoliłem i w akcie desperacji nawet umyłem zęby, żeby zrobić lepsze pierwsze wrażenie. Bo przecież wiadomo, że pierwszy kontakt jest najważniejszy, więc trzeba dobrze wypaść. Mogłem jeszcze zainwestować w tik-taki, ale szkoda mi było kasiory, bo miałem już odłożone na kondomki. To był mój pierwszy dzień w pracy, więc byłem bardzo zdenerwowany. Wstyd się przyznać, ale idąc długim, ciemnym korytarzem, na końcu którego znajdowały się drzwi z napisem „Dyrektor I.Chaos” poczułem, że z emocji spociły mi się jajka. Musiałem szybko się zrelaksować, więc powtarzałem sobie w duchu zabawne teksty o Irence. Zawsze rozśmieszały mnie dwuznaczne stwierdzenia typu „odprowadzę I-ruchnę” oraz „rozłożymy nogi I-ręce.” Uśmiechnąłem się sam do siebie, ale gdy byłem przy drzwiach, przypomniało mi się znaczenie imienia Irena ze słownika imion żeńskich i wtedy mina mi zrzedła. Słownik genialnego anonimowego autora podawał: „Irena - dobra z francuskiego, lubi szybkie numerki w samochodzie, uwaga: łapie na ciążę.” Cholera, tylko nie to! Nie mam kasy na alimenty! Przecież nawet nie mam na tik-taki. Zapukałem nieśmiało i z duszą na ramieniu przekroczyłem próg gabinetu. Dyrektor Chaos siedziała za wielkim, dębowym biurkiem, rozparta w skórzanym fotelu. Właśnie rozmawiała przez komórkę i niedbałym, lekceważącym ruchem dłoni wskazała mi miejsce na krześle naprzeciw biurka. Niepewnie usiadłem i spojrzałem na moją nową szefową. Była dość zaawansowana ryczącą czterdziestką, kreującą się najwyraźniej na młodą dupę. Przez duży dekolt garsonki wylewały się zwiędłe, zdecydowanie nieapetyczne piersi, wypchnięte do góry stanowczo zbyt małym stanikiem. Zresztą garsonka również była zbyt ciasna i świetnie eksponowała zwały tłuszczu po bokach krótkiego tułowia. Miniówka odsłaniał grubaśne nogi, charakteryzujące się celulitem w poważnym stopniu zaawansowania. Burza rudych włosów miała prawdopodobnie robić wrażenie artystycznego nieładu, a tymczasem wyglądała jakby ją strzelił piorun. Reszty obrazu podstarzałej paniusi dopełniał mocny makijaż, małe, świńskie oczka i perkaty nos. - Słuchaj no, kutasie! – krzyczała do słuchawki przemiła pani Irenka. – Doszły mnie słuchy, że nazwałeś mnie starą kurwą! Zapamiętaj sobie, bydlaku! Mam dopiero czterdzieści siedem lat i nie jestem stara! Jak cię dorwę, śmierdzielu, to ci nogi z dupy powyrywam! Jestem dyrektorką i należy mi się szacunek! Zrozumiałeś, chamie zbolały?! Jutro widzę cię u mnie z kwiatami i bombonierką! Żegnam ozięble! Rozłączyła się, poprawiła sobie biust i dopiero teraz zaszczyciła mnie spojrzeniem. - A więc ty jesteś Roman Kolasiński. Popracujesz pode mną, to znaczy w moim dziale, na okresie próbnym. A to oznacza, że będziesz ostro używany! – zaśmiała się w głos. - Skierowałam cię do działu sprzedaży. A co robi dział sprzedaży? - Sprzedaje – odpowiedziałem, ciesząc się jak głupi, że znałem odpowiedź na pierwsze pytanie. - Nie, do jasnej cholery! – wydarła się na mnie. – Nie, nie i jeszcze raz nie! Dział sprzedaży wykonuje wszystkie moje polecenia! Jak będę kazała sprzedawać, to ewentualnie będziecie sprzedawać! A jak powiem – „Skocz na wałek i zatańcz kawałek”, to skoczysz! Zrozumiano? - Tak – odpowiedziałem cicho, zaskoczony jej zachowaniem. - To co masz robić? - Skoczyć na wałek i zatańczyć kawałek. - Tak! Nie! Masz wykonywać wszystkie moje polecenia! Wałek to był tylko przykład. Więc powiedz jeszcze raz, co będziesz robić. - Będę ostro używany pod panią w dziale sprzedaży i będę wykonywał wszystkie pani polecenia, przede wszystkim skacząc pani na wałek i tańcząc kawałek, a czasami będę nawet sprzedawał – powtórzyłem tak, jak zrozumiałem jej wypowiedź. - W miarę dobrze, chociaż nie zupełnie – zaśmiała się. – Nie możesz mi skoczyć na wałek z tej prostej przyczyny, że jestem kobietą i nie mam wałka. To ja mogę tobie skoczyć na wałek, ale to może później, jak się lepiej poznamy. A teraz marsz do biura, gdzie będziesz pracował. No dalej, podrywaj dupeczkę! Wobec tak miłej zachęty natychmiast wstałem. Pani Chaos pokazała mi ręką, że mam iść pierwszy, więc wyszedłem na korytarz. Wtedy poczułem kobiecą dłoń na pośladkach. - Fajnie wyglądasz w tych spodniach – szepnęła dyrektor Iruchna. – Masz niezły tyłeczek. - Proszę mnie nie obmacywać! - zaprotestowałem stanowczo, nie wiedząc, czy cieszyć się z tego komplementu czy płakać. - Patrzcie go, patrzcie, jaki niedotykalski – mruknęła pod nosem Irenka. Weszliśmy do długiego, wąskiego pomieszczenia, zastawionego biurkami stojącymi przy obu dłuższych ścianach. Pod oknem siedziała puszysta kobieta w wieku około czterdziestu lat, uczesana w koński ogon. - To jest pani Krysia Piepka, będziesz z nią pracował, ona ci wszystko wytłumaczy, jest bardzo miła i pomocna Albo i nie – pomyślałem sobie patrząc na złowrogą minę Krystyny. - A to jest Romuś, jak ci tam, Kotarbiński – przedstawiła mnie dyrektorka. - Kolasiński – poprawiłem ją - Wiem, nie poprawiaj mnie! – krzyknęła ostro. – Tak tylko żartowałam! Zapoznaj się ze stanowiskiem pracy, później do ciebie przyjdę – to mówiąc opuściła biuro. - Romuś, Romuś – mruknęła pod nosem Krysia. – Ciekawe, czym jej się tak już zdążyłeś zasłużyć, że tak ładnie na ciebie mówi? Zrobiłeś jej dobrze czy co? Ledwo przyszedł do pracy, a już się podlizuje dyrektorce... - Wcale jej się nie podlizuję i jeszcze nie zrobiłem jej dobrze – sprostowałem. - Gdzie mogę usiąść? - Nigdzie! – odwarknęła miła Krysia. - Jak to nigdzie?! Przecież muszę gdzieś siedzieć! - Wcale nie musisz, Romuś! – ze złością w głosie zaakcentowała moje imię. – Obok mnie siedzi Beata, a przy drzwiach Ludwik, więc sam widzisz, że nie ma dla ciebie miejsca, Romuś. - Ale teraz ich nie ma, więc sobie usiądę na miejscu Ludwika – mówiąc to przycupnąłem przy drzwiach. - Nie Ludwika, tylko pana Ludwika,. Dla ciebie to jest pan Ludwik! - Dobra, dobra, pani Pipko – odburknąłem. - Nazywam się Piepka! – krzyknęła tak głośno, że chyba tylko cudem nie popękały mi bębenki w uszach. – P-I-E-P-K-A! – przeliterowała mi. Widocznie miała jakieś niezrozumiałe dla mnie kompleksy na punkcie swojego nazwiska. - O, najmocniej przepraszam, to już się więcej nie powtórzy, pani Pi... Piepko. Bardzo mi przykro – powiedziałem z krzywym uśmiechem na ustach. – Może mógłbym w czymś pomóc pani Krysieńce? - Komu? - No pani Krysieńce. - Aha, to znaczy mi? Mnie? Mi? - Tak, dokładnie. - Pewnie. Posegreguj to według dat – wyciągnęła z szuflady plik papierów grubości co najmniej dwudziestu pięciu centymetrów i rzuciła mi to na biurko. – Czas operacyjny pięć minut. Wziąłem się ostro do roboty. Krysiulka nie odzywała się do mnie ani słowem, więc zrewanżowałem jej się tym samym. Po godzinie miałem już prawie połowę dokumentów posegregowane. To znaczy tę mniejsza połowę. Dużo mniejszą. Zdenerwowany zwaliłem wszystko z głośnym hukiem na podłogę. Już chciałem krzyknąć, że mam to gdzieś i nie zatrudniałem się po to, żeby jakieś smętnej pipce segregować papierzyska, gdy wpadł do biura jakiś podstarzały jegomość w wieku na oko około siedemdziesiąt lat. - Ale ich kurwa zjebałem! – powiedział uśmiechnięty od ucha do ucha. – A najbardziej tego chuja! - Jakiego chuja, panie Ludwiku? – spytała Krysia z łagodnym uśmiechem na twarzy. - No tego piździelca, jak mu tam, naczelnika urzędu celnego! - Dlaczego? - Bo baba przy okienku ruszała się jak mucha w smole, więc ją pogoniłem, leniwą krowę – zarechotał głośno. – A wtedy ona narobiła rabanu i zlecieli się wszyscy, na czele z tym, jak mu tam? - Chujem? – podpowiedziałem uprzejmie. - No właśnie, chujem naczelnikiem - Ludwik spojrzał na mnie życzliwym okiem. - Ale zrobili panu odprawę celną? – spytała zaniepokojona Krysia. - A gdzie tam! Powiedzieli, że nie będą ze mną rozmawiać i mam przysłać kogoś innego! Poobrażali się, kretyni! No nic, musisz ty iść to załatwić – staruszek położył przed Krysią teczkę z dokumentami. - Jak zwykle! Wszystko muszę za pana robić! Nie ma z pana żadnego pożytku! - No, no, bez takich, ty stara lafiryndo! Zamknij jadaczkę i idź! Wiem, ze najchętniej uwaliłabyś się i spała! Ale tu trzeba zapierdalać! Zapierdalać! Krysia wyszła z biura czerwona na twarzy, a Ludwik strzelił mi karczycho i powiedział: - A ty, młody, spadaj z mojego fotela! Usiądź sobie na miejscu Beaty, ona teraz płaszczy dupę na urlopie. Przesiadłem się, a Ludwik zapalił papierosa. - Tu można palić? – spytałem zdziwiony. - Ja mogę, inni nie mogą! – zarechotał. Zadzwonił telefon i stary odebrał go, trzymając w ustach zapalonego fajranta. - Czego? Nie ma! Nie wiem! I więcej tu nie dzwoń, bucu! – krzyknął do słuchawki, a potem ją odłożył. - Kto to dzwonił? - Jakiś pieprzony klient! Człowiek ani chwili spokoju nie ma! Ciągle dzwonią! Tydzień temu dzwonił, w poniedziałek dzwonił i dzisiaj znowu! Chyba nie ma co robić, że tak wydzwania! Co za kretyn! Wysłałem go na drzewo, pajaca jednego. Jak mnie wkurwiają ci klienci! Jaki byłby spokój, jakby nie oni! W końcu można by było normalnie pracować. - Przecież gdyby nie klienci, to nie byłoby sprzedaży, jakby nie było sprzedaży, to firma nie miałaby zysku, nie byłoby na pensje i w ogóle firma by padła, a my wylądowalibyśmy na bruku – ośmieliłem się zauważyć. - Co ty tam wiesz, młody! Głupot się naczytałeś w jakiś pierdołowatych książkach i teraz powtarzasz te brednie. Mówię ci, że klienci to tylko dupę trują i zabierają czas, człowiek nawet nie ma kiedy gazety przeczytać albo się kimnąć - No tak, cholerni klienci… - mruknąłem pod nosem. – Jak oni mają czelność w ogóle dzwonić? - Co tam gadasz? Nie ważne. Weź tę pismo i zanieś do pana Lesia do zaopatrzenia, biuro obok. Powiedz, że to od Krysi, ta łazęga znowu zapomniała przekazać mu faks. Poszedłem więc do działa zaopatrzenia. Wszedłem do mocno zakopconego biura, gdzie w kłębach dymu zauważyłem wysokiego, brzuchatego blondyna w wieku przedemerytalnym. - Pan Lesiu? - Czego? – nawet na mnie nie spojrzał, pewnie dlatego, że był zajęty strzepywaniem papierosa. - Co: „czego”? – zdenerwowało mnie to nieuprzejme pytanie. - Czego, świński ryju?! Czego chciała? – łypnął na mnie spode łba - Chyba „czego chciał”? Jestem facetem! – zwróciłem uwagę na oczywisty fakt. - Wyglądasz jak cipa, więc pytam - czego chciała? A ty wygładzasz jak gówno, więc powinienem spytać, czego chciało – pomyślałem sobie, ale nie odważyłem się tego powiedzieć, bo facet wyglądał dość groźnie. - A czego pyta? – odpowiedziałem zamiast tego. – Sam powiem, niech nie pyta. - Ty mnie tu od pyty nie wyzywaj, smarkaczu, bo w pysk dostaniesz! - Przyniosłem pismo od pani Pipki – powiedziałem niezrażony. - Od kogo? Od pani Pipki? – Lesiu ryknął gromkim śmiechem. – Dobry jesteś, młody! Podobasz mi się! – dźgnął mnie zżółkniętym od papierosów palcem w żebra, aż zwinąłem się w pół. – Wesołek z ciebie, lubię takich. Sztama, młody! Wyciągnął dłoń, a ja ją uścisnąłem. Lepiej być z Lesiem, nic przeciwko Lesiowi. - Pozdrów ode mnie panią Krysi Pipkę i spytaj, czy wie, gdzie sobie może wsadzić ten faks? W pi… No właśnie! – nie czytając zgniótł pismo i wrzucił je do kosza. – Nic nie kupię, bo firma o nie ma na koncie pieniędzy. Ani zeta. - Można tu palić? – spytałem, bo sam chętnie bym zajarał. - Nie można! Jest zakaz na terenie całej firmy. - Ale pan… - Co pan? Co pan? Ja nie palę! To jakiś cholerny klient tu tak nadymił – z krzywym uśmiechem zgasił peta w popielniczce. – Weź te papiery i zanieść do marketingu. - A gdzie to jest? - Drugie drwi po prawej. - I komu dać? - Dać to one mogą tobie! - zaśmiał się, a potem zakaszlał. – Anicie albo jakieś innej głupiej blondzi – dodał, gdy już się wycharczał, sobie tylko znanym sposobem nie wypluwając przy tym płuc. W dziale marketingu tyłem do drzwi siedziała długowłosa dziewczyna i rozmawiała przez telefon. Faktycznie blondzia i w dodatku młoda. Stanąłem więc za nią i czekałem, aż skończy pogawędkę. - Chciałam się umówić z panią na depilację pachwin. Dzisiaj na siedemnastą może być? Dobrze, to na siedemnastą piętnaście. Dziękuję, do widzenia. Odłożyła słuchawkę i spojrzała na mnie. Muszę przyznać, że była z niej ładna laska, a dodatku umiała się dziewczyna ubrać – zawsze podobały mi się piersiaste dziewczyny z dużym dekoltem i w spódniczkach mini. - Cześć, jestem Anita – podała mi delikatną, wypielęgnowaną dłoń. – Ale możesz do mnie mówić Anicia. - A ja jestem Roman. Dzisiaj pierwszy dzień w pracy. - Nie przejmuj się, będzie dobrze Chciała po przyjacielsku klepnąć mnie w udo, ale akurat się ruszyłem i jej dłoń wylądowała na moich klejnotach rodzinnych. - Oj, przepraszam, nie chciałam – zaśmiała się wcale nie speszona. - Nic nie szkodzi, ja się nie gniewam. Zawsze to jakiś pierwszy kontakt fizyczny między nami – puściłem jej oczko, a ona uśmiechnęła się szeroko. Chyba jej się spodobałem. – Chodzisz do kosmetyczki na golenie cipki? - od razu poczułem do niej sympatię. - Tak. Wiesz, idzie lato, trzeba jakoś wyglądać w bikini. - A dlaczego sama sobie nie wygolisz? - Bo ja zawsze się przy tym pozacinam, taka ze mnie niezdara, jeśli chodzi o cipkę. A ona zrobi to profesjonalnie. - Nie wątpię. Chciałem kontynuować ten jakże interesujący temat, ale nagle do biura weszła wysoka, szczupła dziewczyna. Miała mniejsze piersi niż Anicia, ale równie imponujący dekolt i tak samo krótką spódniczkę, odsłaniającą zgrabne, opalone nogi. - Dobrze, że już wróciłaś – powiedziała Anicia – To nasz nowy kolega, Romuś. - Cześć, jestem Agnieszka – przedstawiło się piękne dziewczę. – Ale możesz do mnie mówić Agnisia. - Siedzicie razem w tym biurze? – spytałem. - Tak, a dlaczego pytasz? - Nic, tak tylko. Anicia i Agnisia w jednym biurze, jaki fajny zbieg okoliczności. Powiedzcie mi, jak wam się tu robi? Idzie polubić pracę w tej firmie? - No wiesz, z początku trochę nie lubiałam chodzić do pracy – zaczęła się zwierzać Anita - ale szef powiedział, że się przyzwyczaję i faktycznie, teraz nawet to polubiałam. - Tylko tyłek jak bolał na początku tak boli i teraz? -spytała jej koleżanka - Skąd wiesz, ty też tak masz? – zaśmiała się Anitka. - Identycznie! - Tak samo jak za pierwszym razem mnie gwałcili – wspominała Anicia – to też mi się nie podobało, za drugim razem jak mnie gwałcili było lepiej, a za trzecim razem to już nie trzeba było mnie prosić, tak mi się spodobało. - A gdzie cię gwałcili? – zainteresowałem się. - Tutaj w biurze? - W biurze też, ale pierwszy raz na wycieczce objazdowej po Europie. Najpierw byłyśmy w Pradze i tam mnie i Agnisię zgwałcili, a Marzenkę nie. Potem pojechałyśmy do Wiednia i tam znowu Agnisię i mnie zgwałcili, a Marzenkę nie. No i potem zwiedzałyśmy Budapeszt i tam znowuż – mnie i Agnisię zgwałcili, a Marzenkę nie. - A dlaczego Marzenkę nie? - Bo ona nie chciała. - Aha, chyba że tak. Rozumiem, że wy chciałyście? - A dlaczego nie, jak były fajne chłopaki? W ogóle ta wycieczka była bardzo udana. - A powiedzcie mi, czy mocno trzeba zapierdalać w tej firmie. - No zależy kto, my z Anicią mocno zapierdalamy – odpowiedziała Agnieszka. – Czasem tak tyram, że jestem zagoniona i zadyszana jak dziwka po pornosie. Na przykład wczoraj rano nawet nie zdążyłam przejrzeć wszystkich plotek na „Pudelku”, jak około jedenastej zawołała mnie Chaos i zawaliła robotą. Musiałam jej sprawdzić kurs euro w necie i wysłać dwa krótkie maile. Ledwo się wyrobiłam przed czternastą dwadzieścia. - To pracujecie do czternastej dwadzieścia zamiast do piętnastej? - Nie, do piętnastej, ale przecież muszę się przygotować do wyjścia, uczesać, umalować i tak dalej. Przecież nie wyjdą na ulicę niemalowana, nie? To by popsuło wizerunek firmy. - No tak, w sumie masz rację. - Pewnie, że mam. A jak mnie czasem szef weźmie w obroty, to nawet nie mam kiedy założyć nogę na nogę, a potem wszystko mnie boli. - Wszystko cię boli? – zdziwiłem się, że praca biurowa może być aż tak wyczerpująca. – Na przykład co? - No wiesz, wszystko – ręce, nogi, buzia, myszka. - Myszka? A, myszka! Od myszki komputerowej boli cię rączka? - No, rączka też boli, czasami – zaśmiała się Agnisia. - Ty też chodzisz do kosmetyczki na golenie cipki? – spytałem, żeby znaleźć jakiś następny ciekawy temat do konwersacji. - Nie, ja sobie sama golę, co drugi dzień, ale czasami nie mam czasu, jak mnie szef mocno używa albo Chaos weźmie w obroty. - Tutaj jesteś, Romuś! – do biura wpadła dyrektor Irenka. – No tak, mogłam się tego spodziewać, że cię przywiało do młodych dup! Nie wiesz, że młode dupy są głupie i nic nie potrafią? Tylko dojrzała, doświadczona kobieta może zadowolić mężczyznę i doprowadzić go na szczyt rozkoszy! Dobrze mówię, blondzie? - Tak, pani dyrektor Ireno Chaos - chórem powtórzyły blondzie. - To jakie są młode dupy, blondzie? - Młode dupy są głupie i nic nie potrafią, pani dyrektor Ireno Chaos – zgodnie odpowiedziały dziewczyny. - Dokładnie tak, blondzie. Widzę, że rosną wam mózgi od przebywania w moim towarzystwie. Idziemy, Romuś, do mojego gabinetu. Będziesz używany! Dziewczyny zachichotały, a ja niechętnie udałem się za Ireną do jej biura. Tam pani Chaos rozwaliła się w swoim fotelu, zakładając nogę na nogę i pochylając się mocno do przodu, dzięki czemu mocno…

— koniec bezpłatnego podglądu —

Udostępnij

Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.

Komentarze czytelników

Aby komentować, zaloguj się.

Wczytywanie komentarzy…

Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.

Czytelnicy tej publikacji

Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.

Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.

Jak liczymy?

Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń z ostatnich 30 dni. Same kliknięcia nie dodają punktów.

Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.

Do puli kwalifikuje się tekst z co najmniej 20 czytelnikami. Raz na godzinę wybieramy 30 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.

Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.

Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.

Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.

Zobacz pulę Popularnych