Wyprawa1
Wyprawa archeologów w najdziksze ostępy Afryki. Czy współczesna cywilizacja rządzi wszędzie? Czy wiemy wszystko o mieszkańcach Czarnego Lądu? - Wersja poprawiona mojego opowiadania.
Pokaż fragmentZwiń fragment
Pierwsze 50%
Obudziły mnie krople deszczu, które z impetem rozbijały się o szyby. Całe niebo pokrywały ciemne chmury. - ‘Czy ta pogoda w Londynie zawsze musi być taka okropna?’ – Pomyślałam z goryczą. Leżałam myśląc z niechęcią o dzisiejszym dniu. Niejasno zdawałam sobie sprawę z tego, że coś dzisiaj się zmieni, zapadnie jakaś ważna, ale zła decyzja. Zawsze ufałam swojej intuicji i nigdy mnie nie zawodziła. O co mogło tym razem chodzić? Jestem studentką czwartego roku historii. Dzisiaj zanosiło się na normalny, dość luźny dzień na uczelni. Wieczorem miałam iść z Johnem do kina. Też dość zwyczajna sprawa. Studiował na ostatnim roku archeologii. Znaliśmy się od trzech lat. Po pięciu miesiącach zostaliśmy parą. Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk dzwoniącego budzika. Była 07:30. Wstałam i zaczęłam się ubierać. Nagle zadzwonił mój telefon komórkowy. Szybko spojrzałam na wyświetlacz. Dzwonił John. - Halo, cześć, kochanie. – Powiedziałam. - Cześć. Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. Dzwonię, jakby ci to powiedzieć, w ważnej sprawie. – Głos jego brzmiał niepewnie. - John! Czy coś się stało? – Zapytałam, nie mogąc ukryć narastającego niepokoju. - Powiem ci to od razu. Profesor Alfred Johnson chce... Chce... - Co jest grane?! – Krzyknęłam. - Kate, to nie jest takie proste! Ten typ chce, żebym poleciał z nim, kilkoma jeszcze, też wybranymi, studentami i grupą naukowców na wykopaliska do Kenii. Mówi, że udział w tym projekcie może znacznie podnieść nasze wyniki na studiach. Twierdzi, że on tego dopilnuje. Zamurowało mnie. Stałam, kompletnie nie wiedząc, co powiedzieć. - Na ile? – Wybąkałam. - Na pół roku. Odkryli jakieś zasypane miasto i mają kompletnego fioła. Ministerstwa Kultury Wielkiej Brytanii i Kenii podpisały umowę i oświadczyły, że trzeba to miasto odkopać bez względu na koszty i bezpieczeństwo archeologów. Oczywiście, są na to ogromne pieniądze, ale wiesz, to jest Afryka i to jeszcze najbardziej opuszczony rejon Kenii. – Mówił z narastającym entuzjazmem. - Rozumiem, że od razu się zgodziłeś. Pomyślałeś chociaż, jak tam jest niebezpiecznie?! Pomyślałeś o tym, że nie będziemy mieć ze sobą praktycznie żadnego kontaktu?! Wiesz, na ile się rozstaniemy?! Czy ty w ogóle o mnie myślałeś?! – Wrzeszczałam. Wściekłość i przerażenie sprawiały, że nie mogłam zapanować nad drżeniem głosu. - Kate. Przestań! Ile razy ci mówiłem, że to jest mój zawód. Jak skończę studia, to też będę to robił. Nigdy nie gwarantowałem ci, że rzucę dla ciebie archeologię. – Stwierdził sucho. - No, ostatecznie, masz zupełną rację. Ale... Ale ja... Będę się o ciebie martwiła. Czy jest jakiś sposób, żebym mogła tam być z tobą? – Zapytałam i w tym samym momencie moje pytanie mnie przeraziło – chciałam jechać z Johnem do Afryki. - Co? Coś ty powiedziała? No... Nie wiem. Skąd miałyby być pieniądze na Twój przelot i wyżywienie? Nie wiem, czy Johnson w ogóle zgodziłby się na to. A w dodatku, jak sama powiedziałaś, nie jest tam bezpiecznie. Ja będę zajęty, a ty gdzieś pójdziesz i nie będę miał cię na oku. - Posiedzę w obozie. Przecież nie pracujesz całą dobę. Mojej rodzinie mogę powiedzieć, że jadę z wami do Ameryki, w dzikie rejony Kanady. Twoi rodzice siedzą za granicą, więc nie będzie można sprawdzić mojej wersji. Pogadaj z profesorem. Jak się nie zgodzi, to pójdę do niego osobiście. – Wymyślałam na poczekaniu. - Jesteś bystra. Ale to okropne kłamstwa. Chcesz się tak zachować w stosunku do własnej rodziny? Jeśli tak mówisz i obiecasz, że w Afryce będziesz grzecznie siedziała w obozie, to mogę porozmawiać z Johnsonem. Zobaczymy, co da się zrobić. – Stwierdził niechętnie. - Dzięki. Jak będziesz coś więcej wiedział, to zadzwoń. - Ok. Na razie. - Na razie. – Zakończyłam i rozłączyłam się. Ciężko opadłam na krzesło. Wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet nie miałam czasu na zastanawianie się nad swoimi słowami. Nie przypuszczałam, że będę w stanie tak szybko zgodzić się na wyjazd do Afryki z Johnem. Wszystko teraz było w rękach profesora. - ‘Czas na śniadanie. Przecież on może się nie zgodzić. Po co miałby wydawać następne fundusze na wyjazd dziewczyny, która nie jest archeologiem i będzie tylko przeszkadzać. Nic jeszcze nie jest powiedziane.’ – Zganiłam siebie w myślach i poszłam do kuchni. Po śniadaniu pojechałam na uczelnię.
Dochodziła 12:30. Wychodziłam właśnie z sali wykładowej, gdy zobaczyłam elegancko ubranego człowieka idącego w moją stronę. Był wysoki i szczupły. Twarz miał bladą jak papier. Włosy czarne. Ciemne, przenikliwe oczy patrzyły wprost na mnie. - Pani Harrison? – Zagadnął. - Dzień dobry, to ja. – Powiedziałam. - Mówiono mi, że chce pani dołączyć do naszej wyprawy. – Zagadnął. - Tak, panie profesorze. – powiedziałam. - Dlaczego? Skąd taka decyzja? Jak pani wyobraża sobie tak długą przerwę w studiach? – Pytał, uważnie mi się przyglądając. - John Kinley – mój chłopak, jedzie razem z panem. Nie chciałam, abyśmy na tyle czasu tracili ze sobą kontakt. Poza tym jestem ciekawa wykopalisk i Afryki. Wezmę urlop dziekański. Uczestnicy tego wyjazdu też będą musieli to zrobić. Poprosiłam Johna, żeby zapytał pana profesora o zgodę. Oparł się o ścianę, wyraźnie nad czymś się zastanawiając. - Tak, oni też tak zrobią. Widzi pani, nie ma formalnych problemów. Tak się składa, że studiuje pani historię, więc możemy przypisać panią do starożytnych dokumentów. Słyszałem, że nieźle sobie pani radzi z językami starożytnymi. Oczywiście, będzie to tylko przykrywka, bo mam już taką osobę. Jest jednak coś, co bardzo mi przeszkadza... – Urwał i z niewiadomych powodów wpatrzył się martwym wzrokiem w tablicę ogłoszeń. - Ależ znam język swahili dosyć dobrze. Kiedyś mnie fascynował i trochę się poduczyłam. Czy chodzi o moją osobę? – Zapytałam nerwowo. - Nie... Nie tak... Bardzo panią polubiłem... Porozmawiam jeszcze z Johnem. Proszę się nie martwić. Dziś, najpóźniej jutro, podejmę ostateczną decyzję. – Powiedział cicho. Był bardzo zmieszany. Zupełnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. Jeśli on mnie lubił, mam formalną przykrywkę, to gdzie jest ten problem? - Dobrze, dziękuję. Do widzenia. – Powiedziałam, jakby nic się nie stało. - Do widzenia, proszę to jeszcze raz przemyśleć. – Odparł i odszedł.
Dzień dłużył się niemiłosiernie. Około godziny 18:00 zadzwoniłam do Johna. - Halo. – Usłyszałam ciepły głos. - John. – Zaczęłam – Co nie podoba się profesorowi? - Kate, to rzeczywiście poważna sprawa. Profesor zalecił mi, abym cię odwiódł od twoich planów. – Nerwowo stwierdził John. - Dlaczego? Powiedz mi, co tu jest grane. Może ty też nie powinieneś jechać. Po co ci ta przerwa w studiach? Chyba bardziej na tym stracisz niż zyskasz. – Byłam coraz bardziej zirytowana. - Profesora poinformowano, że jakiś kawałek od wykopalisk żyje wojownicze plemię Tothe, które jest zupełnie dzikie, nikt nie zna ich kultury, obyczajów, wierzeń i rytuałów. A wiesz, może, dlaczego? – Mówił bardzo szybko. - No, dlaczego? - Nienawidzą każdego, kto śmie wkroczyć do ich krainy. Kilku podróżników próbowało po prostu nawiązać z nimi kontakt. Wyruszyli z Nairobi i nigdy już nie wrócili. - Może zostali zaatakowani przez dzikie zwierzęta? – Zapytałam, nie dowierzając wersji Johna. - Nie, kochana! Znaleziono ich opuszczony obóz i zapiski, które kończyły się mniej więcej tak: „Tothe polują na nas od kilku dni, chociaż staramy się jak możemy, aby zobaczyli, że jesteśmy przyjaciółmi”. W zapiskach była mowa, że podróżnicy słyszeli nocami bicie bębnów i rozdzierające krzyki. Słyszeli także jakieś tańce i długie deklamacje wygłaszane w dziwnym języku. To nie był swahili, którym Tothe mówią normalnie. – Opowiadał przejęty John. Po raz drugi tego dnia poczułam, że kompletnie mnie zamurowało. Szybko jednak otrzeźwiałam. - Jeśli wy jedziecie przez rozkazy waszego profesorka i Ministerstwa Kultury, to ja też jadę! Nie zostawię cię w takiej sytuacji! Powiedziałam ci, że zamierzam siedzieć w obozie! I powtórz to twojemu profesorkowi! – Krzyknęłam z determinacją. - Czy nie dasz się w żaden sposób skłonić do zostania w Londynie ? Jestem w stanie załatwić sobie prywatny telefon satelitarny, bylebyś nie pakowała się w to gówno! - Nie, zwłaszcza po twoim telefonie. Nie próbuj namawiać profesora, aby się nie zgodził. – Stwierdziłam stanowczo. John westchnął ciężko. - Jasne, ale nie odejdziesz ode mnie ani na krok... Nie chcę cię stracić... Bardzo chciałbym, żebyś była ze mną w Afryce, ale sam potwornie się boję. – Powiedział cicho, głos mu drżał. - Ok. Jeśli profesor stwierdzi, że jest naprawdę źle, to chyba tam nie zostaniemy. – Powiedziałam pocieszająco. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę. John był jednak bardzo zdenerwowany i rozmowa zbytnio się nie kleiła. - Pójdziemy dzisiaj do tego kina? Planowaliśmy. – Zapytałam. - Dobra, ok. O 20:00 u ciebie. – Stwierdził bez entuzjazmu. Pożegnaliśmy się.
Minęło 10 dni. Profesor Johnson ostatecznie wyraził zgodę na mój wyjazd. Pojechałam z Johnem do Instytutu Chorób Tropikalnych i zaszczepiliśmy się. Moja rodzina wiedziała, że jadę z chłopakiem do Kanady. Miałam wyrzuty sumienia, że tak ich okłamuję, ale zdawałam sobie sprawę, że nigdy nie zgodziliby się na mój wyjazd do Afryki. Wylot mieliśmy za 4 dni. Nigdy nie przypuszczałam, że należy tyle rzeczy kupić i przygotować. Większością zajął się profesor Johnson. Formalności na uczelni były już zapięte na ostatni guzik. W 2 dni przed odlotem byliśmy zupełnie gotowi. Pozostawało tylko czekać.
Nie będę opisywała podróży do Nairobi. Nie działo się nic godnego uwagi. Gdy już znaleźliśmy się na lotnisku w Nairobi, odebraliśmy bagaże i wyszliśmy na rozgrzaną słońcem ulicę. - Gdzie teraz idziemy? – Zapytał John. - Jack zaraz powinien przyjechać. – Odpowiedział z roztargnieniem John, rozglądając się dookoła. - Kto to jest Jack? – Zapytałam. - To jest właśnie jeden z członków ekipy – historyk. Znawca języków starożytnych. – Wyjaśnił mi John. - O, to świetnie. Od kiedy ekipa jest na miejscu? - Zaledwie od dwóch dni. – Powiedział Johnson. Nagle podjechał do nas błękitny Jeep. Kierowca zatrąbił i zatrzymał się. Z samochodu wysiadł niski, krępy mężczyzna w okularach. Nosił jeansy i koszulę. Ciuchy miał wytarte i nieco przybrudzone. - Cześć. – Powiedział. Dopiero teraz spojrzałam na jego twarz. Oczy miał czerwone z sinymi obwódkami dookoła. Twarz jego była szara i zmęczona. - Cześć, Jack. To jest John Kinley – chyba się znacie. To jest Kate Harrison – dziewczyna Johna. – Przedstawiał nas profesor. Jack podał nam rękę. Wszystkie jego ruchy były bardzo powolne. Zachowywał się jak chory. - Jack, bardzo źle wyglądasz. Czy coś ci dolega? – Zagadnął go profesor. - Nie, czuję się dobrze. Tylko... Tylko stało się coś bardzo złego w obozie. – Powiedział łamiącym się głosem historyk. Profesor momentalnie zbladł, a na twarz wystąpiły mu kropelki potu. - Tego można było się spodziewać. Wsiadajmy do samochodu. – Stwierdził cicho. Włożyliśmy torby do bagażnika i usadowiliśmy się wygodnie. - Przed nami 6 godzin drogi, jeśli wszystko pójdzie dobrze. – Stwierdził Jack. Ruszyliśmy. - Co dokładnie wydarzyło się w obozie? – Zapytał profesor. Nadal był bardzo spięty. - Skończyliśmy pracę. Zrobiło się już ciemno. Fred poszedł po drzewo do ogniska. Przyniósł wystarczającą ilość, więc zacząłem rozpalać. Stwierdził, że musi rozprostować kości. Ostrzegłem go, żeby nie odchodził za daleko. Wyszedł i nie wrócił. Zorganizowaliśmy poszukiwania, ale nie przyniosły żadnego rezultatu. – Opowiedział Jack. - Aha, w ten sposób, tak myślałem. Co z resztą? – Pytał Johnson. - Jest tak, jak w tym dzienniku – bębny, tańce, okrzyki i deklamacje w dziwnym języku. - Jaki to język według ciebie? - Przypomina grekę albo łacinę, ale nimi nie jest. Nie należy do żadnych języków, którymi porozumiewają się ludzie w Afryce. – Wyjaśnił Jack. - Mówią chyba w swahili. Nie udało się wam wyłowić ich normalnych rozmów? - zapytał profesor. - Nie, tylko kiedy odprawiają te swoje obrzędy, są tak głośno. Innych rozmów po prostu nie słyszeliśmy. - Porozmawiam z tymi idiotami z ministerstwa. To zaczyna naprawdę źle wyglądać. Nie zamierzam stracić całej ekipy i sam zginąć, bo ktoś chce zrobić sobie atrakcję turystyczną. Co z tego, że odkopiemy to miasteczko? Tothe będzie robić wszystko, aby nikt się tam nie pokazał? Kto wie, ilu ludzi jeszcze zabiją? – Mówił z przejęciem profesor. Zapanowała martwa cisza. Nikt się nie odzywał. - „jeśli w takiej atmosferze będziemy przez cały pobyt w Afryce, to chyba wszyscy powariujemy.” – Pomyślałam. Wszyscy dalej milczeli. Oparłam się wygodnie na siedzeniu. Zasnęłam.
Obudził mnie poirytowany głos profesora. - Mówią, że mamy jeszcze kilka dni poczekać! Oni chyba są zupełnie głusi – jak poinformowałem ich, że straciliśmy człowieka, to powiedzieli: „Za parę dni kogoś wyślemy.”. To jest chore! Chore! Chore! – Krzyczał. Jack i John kiwnęli potakująco głowami. Ja nie miałam na nic siły. Zaczęło padać. - Tylko trochę cieplej niż w Londynie. – Stwierdziłam bezładnie. - Tak. – Potwierdził martwo John. Powoli zaczynałam żałować swojej decyzji. Znowu zasnęłam.
- Jesteśmy! – Zawołał John. Otworzyłam oczy. Było prawie ciemno. Staliśmy przed obozem składającym się z kilkunastu baraków. Oprócz wszechobecnego świergotu ptaków i innych zwierząt nic nie było słychać. - Gdzie są wszyscy? – Zapytałam. - Pewnie siedzą w baraku centralnym. – Stwierdził Jack. Zostawiliśmy torby w samochodzie i ruszyliśmy do leżącego w samym środku obozu, największego baraku. Gdy otworzyliśmy drzwi, przekonaliśmy się, że rzeczywiście, wszyscy znajdowali się w tym baraku. Było kilkunastu studentów i dwóch profesorów. Wszyscy wyglądali mniej więcej jak Jack. Dominowało zmęczenie, zmartwienie i przerażenie. Wszyscy siedzieli przy stole, pijąc herbatę. Gdy weszliśmy, zapanowała kompletna cisza. Ledwie zdążyliśmy się przywitać, profesor opowiedział o rozmowie, którą odbył w samochodzie. - Czyli jutro dalej kopiemy. – Stwierdził jakiś chudy, blady profesor. - Tak. – Odparł Johnson – Albo Tothe się uspokoi, albo my opuścimy to miejsce. Rozmowa została zakończona. Wszyscy porozchodzili się do baraków. Johnson przydzielił mi i…
— koniec bezpłatnego podglądu —
Zaloguj się lub załóż konto, aby czytać pełne teksty, zapisywać i oceniać.
Znalazłeś problem w tym tekście? Zaloguj się, aby zgłosić tekst.
Czytelnicy tej publikacji
Zbieramy dane o lekturze. Publiczne statystyki pojawią się po osiągnięciu 20 czytelników pełnego tekstu.
Ostatnie 30 dni, z dzisiejszą aktywnością. Aktualizacja raz na godzinę. Liczby są zaokrąglone. Pomiar od 2026-09-12.
Jak liczymy?
Popularność łączy liczbę czytelników pełnej treści, średni postęp i odsetek ukończeń. Same kliknięcia nie dodają punktów.
Wynik = √liczby czytelników × (0,20 + 0,30 × średni postęp + 0,50 × odsetek ukończeń). Postęp i odsetek we wzorze mają wartości od 0 do 1.
Pulę Popularnych liczymy od uruchomienia nowej wersji serwisu (27 września 2026). Kwalifikuje się tekst z co najmniej 2 czytelnikami pełnej treści. Raz na godzinę wybieramy 100 najwyższych wyników. Strona główna losuje z tej puli do ośmiu publikacji. Starszy tekst również może się zakwalifikować.
Ukończenie oznacza szacowaną lekturę przynajmniej 90% treści, dotarcie do zakończenia i odpowiedni czas. Szybkie przewinięcie, ukryta karta, własne odczyty autora i powtórzenia nie zwiększają wyniku. Postęp łączymy między wizytami. Koniec bezpłatnego fragmentu liczymy oddzielnie.
Pomiar jest szacunkiem i obejmuje działający czytnik w przeglądarce. Liczby czytelników dotyczą kont; wizyty gości są osobną statystyką. Dane o lekturze zbieramy od wdrożenia nowego pomiaru. Dawne odsłony pozostają archiwalnym licznikiem.
Chronimy małe próby i zaokrąglamy liczby do piątek oraz odsetki do pięciu punktów procentowych. „—” oznacza brak wystarczających danych. Nie ujawniamy zachowań poszczególnych osób.
Komentarze czytelników
Profil magda-koz
Aby komentować, zaloguj się.
Wczytywanie komentarzy…